Jerzy Stuhr zza kurtyny

Do teatru chodzi się między innymi po to, żeby móc z bliska podziwiać talent genialnych aktorów. Te słowa idealnie sprawdzają się w kontekście Jerzego Stuhra, który sprawia, że teatralna scena staje się świadkiem najwyższej klasy aktorstwa. Stuhr za kurtyną daje rozrywki na najwyższym poziomie. I chyba nikomu tłumaczyć tego nie trzeba…

Iga:  Jerzy Stuhr zawsze kojarzył mi się bardziej filmowo niż teatralnie. To zasługa wielu genialnych kreacji aktorskich, o które na przestrzeni lat aktor wzbogacił polską kinematografię. Pierwszy raz zobaczyłam Stuhra na scenie dwa lata temu w 32 omdleniach na podstawie opowiadań Czechowa. Pamiętam, że wyszłam z teatru autentycznie wzruszona. Wzruszona ostatnim monologiem, w którym Stuhr mówi o istocie aktorstwa. To poruszający moment, szczególnie jeśli ma się w pamięci nie tak dawną chorobę aktora, jego walkę z własną fizycznością, słabościami ciała, tak istotnego w pracy aktora.

Pytam o sens naszej sztuki, o publiczność. Czego ona potrzebuje? Teatr, w który wierzę, który kochałem całe życie, to teatr słowa, stwarzania iluzji słowem.

– Jerzy Stuhr w wywiadzie do Gazety Wyborczej

Justyna K.: 32 omdlenia to również pierwszy spektakl, w którym zobaczyłam Stuhra na scenie. Znałam te jednoaktówki Czechowa już wcześniej, byłam bardzo ciekawa ich inscenizacji, zwłaszcza, że na scenie trio wybitnych aktorów: Krystyna Janda, Ignacy Gogolewski i właśnie Jerzy Stuhr. Pamiętam, że poza ogromną dawką humoru, wspaniałego, inteligentnego humoru, ta sztuka to właśnie ten poruszający monolog z ostatniego aktu, o którym wspomniała Iga. Monolog przejmujący do cna, mamy wrażenie, że Jerzy Stuhr przestaje być na te ostatnie trzy minuty graną postacią, a stoi przed nami jako on sam, a te słowa – to jego osobiste wyznanie.

Iga: Podsłuchałam rozmowę wychodzących ze spektaklu starszych pań, które pamiętały Stuhra jeszcze z pierwszych spektakli Kontrabasisty (a więc z połowy lat 80.). Zachwycały się niegasnącą energią aktora, siłą jego głosu, niezmiennym perfekcjonizmem. On ma w sobie po prostu takie coś. Coś czego nie można wypracować – co albo się ma, albo się nie ma. Od niego nie sposób oderwać wzroku – mówiły. To prawda. Oglądając spektakle z udziałem Stuhra, ma się wrażenie, że podgląda się prawdziwego mistrza. To w jaki sposób aktor kreuje swoje postacie, jak dba o najmniejsze szczegóły, sprawia, że jego bohaterowie zawsze przyciągają uwagę i – nawet jeśli są to zwyczajni, nudni ludzie – kradną całe show.

Justyna K.:  Dokładnie, pamiętam jak oglądałam Kontrabasistę. Sztuka na pozór prosta, historia – wydawać by się mogło – banalna, a jednak nie można było się od niej oderwać. Jerzy Stuhr ma tę wspaniałą cechę, że potrafi prostymi środkami rozśmieszyć do łez. Kontrabasista, podobnie jak wspomniany monolog z 32 omdleń, ma w sobie pewną nostalgię, tęsknotę za czymś, co przemija i niezgodę na obecną rzeczywistość.
Premiery spektaklu Na czworakach w Teatrze Polonia, szczerze mówiąc, nie mogłam się doczekać, ale też bardzo się jej obawiałam. Czytałam ten dramat Różewicza na studiach i – choć lubię dramat absurdu – w tym akurat tekście nie mogłam znaleźć nic dla siebie. Zastanawiałam się, jaki sposób na inscenizację tego trudnego dramatu znajdzie Jerzy Stuhr. Nie zawiodłam się na tej sztuce. Choć odrobinkę mi czegoś zabrakło i mam wrażenie, że można było wykrzesać z Różewicza jeszcze więcej, to jest to spektakl, który oglądam z przyjemnością.

Iga: Do mnie absurd zupełnie nie przemawia, dlatego przypuszczam, że bałam się tej premiery bardziej niż Ty. Oglądałam ten spektakl w tzw. międzyczasie, czyli podczas mojego krótkiego, dwudniowego pobytu w Warszawie. Byłam wtedy na wymianie studenckiej w Pradze i postanowiłam – z tęsknoty za polskimi, a właściwie stołecznymi teatrami – przyjechać na weekend do Warszawy i obejrzeć ile się da. Na czworakach miało kilka dni wcześniej premierę. Wahałam się – iść, nie iść… Może wybrać jakiś bezpieczniejszy tytuł? W końcu wygrała jednak moja fascynacja Stuhrem, chciałam zobaczyć jak rozprawił się z Różewiczem. Efekt był taki, że wracając do Pragi przepłakałam pół drogi, chcąc jak najszybciej zamieszkać w Warszawie, bo przecież tu są artyści, których kocham.

Justyna K.: Twoje ostatnie zdanie, to właściwie jeden z moich głównych powodów przeprowadzki do Warszawy. Ogromnie się cieszę, że odkąd tu jestem mam dostęp do tylu wspaniałych spektakli. Ostatnim ze spektakli z Jerzym Stuhrem, które widziałam, to Ich Czworo, Gabrieli Zapolskiej. Jak to mówi Stuhr do widowni na sam koniec: tragedia ludzi głupich, tragedia ludzi czworga, która wzbudziła śmiech, Wasz śmiech… Rola w moim odczuciu zupełnie inna niż trzy poprzednie. Zapewne wynika to również z faktu, że jest to dramat klasyczny, o prostej, linearnej konstrukcji. Jerzy Stuhr jest tak samo wiarygodny w tego typu dramacie, co w całkowicie odrealnionym dramacie absurdu Różewicza. Stuhr w programie do spektaklu napisał:

„Ich czworo” towarzyszy mi przez całe me zawodowe życie. W latach siedemdziesiątych grałem Fedyckiego w uznanym spektaklu telewizyjnym, potem wielokrotnie tekst ten służył mi w pracy (…). Fenomen tej sztuki polega na tym, że zawsze kiedy przez te wszystkie lata po nią sięgałem, wydała mi się aktualna, jakby pisana na ten czas, w którym się nią zajmowałem.


Nie można nie wspomnieć, że zarówno Ich czworo, jak i Na czworakach to sztuki wyreżyserowane przez samego aktora. Widać w nich jak swobodnie Stuhr porusza się w różnych gatunkach, nie tylko jako aktor, ale i reżyser. Jak udaje mu się uwypuklać uniwersalne wartości. Najważniejsze jednak – wzruszać i rozśmieszać do łez.

Iga: Widać, że Stuhr na scenie czuje się idealnie. Że kreowanie teatralnego świata to dla niego nie tylko nowe wyzwanie, ale także przyjemność. Wychodzę z założenia, że dobry spektakl musi opierać się na dobrej energii osób go tworzących. I tę energię dostrzegam w sztukach, w których występuje, które reżyseruje Stuhr.

Zdjęcie wyróżniające jest autorstwa Jacka Marczewskiego (@Agencja Gazeta).

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany