Alfabet Teatralny: „Najważniejszy jest aktor” – wywiad z reżyserem światła, Katarzyną Łuszczyk

Z Kasią Łuszczyk spotkałam się zawodowo przy okazji spektaklu Matki i Synowie w Teatrze Polonia, pierwszy raz miałam wtedy okazję oglądać przy pracy reżysera świateł. Do tej pory pracowałam przy spektaklach, gdzie to sam reżyser zajmował się światłami. Kasia od razu kupiła mnie swoją pogodą ducha i wspaniałym podejściem do pracy. Widziałam wiele spektakli, do których robiła światła i muszę przyznać, że to właśnie dzięki niej zrozumiałam jak ważne są w one teatrze.

To przy okazji spektaklu oświetlanego przez Kasię pierwszy raz powiedziałam: Piękne światła, nie mogę przestać o nich myśleć. Cieszę się, że teraz miałyśmy okazję porozmawiać o jej pracy.

Justyna: Kasiu, na sam początek pytanie dość ogólne. Wiele osób nie rozumie, czym się tak naprawdę zajmujesz. Możesz zdradzić na czym polega Twoja praca?

Katarzyna Łuszczyk: Jestem reżyserem światła. Czyli w dużym skrócie to ja powoduję, że widz widzi to co widzi. To ja, w porozumieniu z reżyserem i scenografem, decyduję o tym jak w danej scenie wygląda ostatecznie świat, który pokazujemy. Steruję uwagą widza, podkreślam to co istotne, kładę akcenty, skupiam percepcję. Jednocześnie pojawiając się na samym końcu procesu pracy nad spektaklem, spajam przy pomocy światła wszystko w całość. Scenografię, kostium, muzykę, ruch i aktora. To bardzo duża odpowiedzialność sprostać temu zadaniu, a jednocześnie jeszcze wydobyć – co jest dla mnie bardzo istotne – każdy element pracy osób, które już stworzyły spektakl. Bo światło może zepsuć najpiękniejszą scenografię, kostium, a nawet muzykę czy najbardziej wypracowaną choreografię. Tak samo jak może zniszczyć wspaniałą pracę aktora. Jak powiedziała kiedyś w wywiadzie Felice Ross: Światło kontroluje wszystko.

Pracujesz z wieloma reżyserami – czy któreś z tych spotkań wspominasz szczególnie, wyjątkowo?

KŁ: Mam ogromne szczęście do ludzi, których spotykam na swojej drodze zawodowej. W większości te spotkania są bardzo twórcze i zazwyczaj nie kończą się na jednym spektaklu. Uwielbiam na przykład pracować z Pawłem Passinim, bo za każdym razem znajdujemy się w kompletnie nowej historii, nowej estetyce. Blisko mi też bardzo do myślenia Pawła o teatrze, ale też o życiu. Ważna jest dla mnie praca z ludźmi, których szanuję i podziwiam. Jedną z najważniejszych takich osób jest Krystyna Janda, z którą pracuję od lat. To takie spotkanie ludzkie, za które jestem ogromnie wdzięczna. Mamy za sobą siedem spektakli i mam nadzieję – następne przed sobą. To Krysia dała mi szansę niezwykłego zupełnie spotkania z własnym potencjałem twórczym, proponując mi zrobienie świateł do spektaklu, oratorium Pamiętnik z Powstania Warszawskiego, zbudowanego wyłącznie na muzyce, śpiewie chóru i głosie Krysi. A do tego moje światła, dopełniające i wzbogacające opowieść, jaka miała miejsce w hali Muzeum Powstania Warszawskiego, bez żadnej scenografii czy dodatkowych akcji scenicznych. Bardzo duże wyzwanie, które pięknie wspominam. Wspaniale pracowało mi się z Agnieszką Glińską, Wiktorem Rubinem czy też zupełnie niezwykle z Bogusławem Lindą, który nauczył mnie jak świecić kadry, spojrzeć na światło bardziej filmowo.

Fundamentem najważniejszym jest jednak dla mnie spotkanie z Agatą Dudą-Gracz. Mamy za sobą 19 (!) spektakli w ciągu ośmu lat pracy, a następnych  pięć już w planach. To ogromny zaszczyt, bo jako jedyna osoba jestem dopuszczona do budowania plastyki świata Agaty, która poza tym że reżyseruje, sama projektuje scenografię i kostiumy. I to jest taki rodzaj porozumienia, że ma się wrażenie, że Agata robi też światło. Ktoś kiedyś powiedział, że plastyka w jej teatrze wychodzi z jednej głowy. Moim zdaniem wychodzi po prostu z jednego serca. Bardzo dobrze się rozumiemy już na etapie analizy tekstu, a miałyśmy szanse przez te lata dojść ze sobą do porozumienia absolutnego. Uwielbiam się też z Agatą twórczo kłócić.  Ona też daje mi największą szansę spełnienia się jako malarki światła, w pracy z nią naprawdę mogę malować.

Na ile podczas prób dostajesz wolną rękę przy reżyserii świateł? To zawsze jest praca twórcza, czy zdarza się, że jedynie realizujesz wolę reżysera?

KŁ: Bardzo starannie dobieram projekty przy których pracuję. Po 61 zrobionych premierach mam tę możliwość. Zdecydowanie bardziej wolę pracować twórczo, a to jest możliwe tylko przy relacji partnerskiej z reżyserem i innymi współtwórcami. Jeśli ktoś zaprasza mnie do współpracy, musi się liczyć z tym, że mam swoją silną wizję, która oczywiście podlega dyskusji i może ewoluować w ramach dobra spektaklu. Lubię jednak pracę, która opiera się na wzajemnym szacunku, gdzie spotykamy się wszyscy po to, żeby coś zrobić razem. Najpiękniej jest jak w pracy tworzy się wspólnota. Oczywiście szanuję reżyserów, którzy mają swoją wizję i tylko jej chcą się trzymać, ale myślę, że nie potrzebują oni wtedy takiego reżysera światła jak ja. Dla mnie najważniejszy jest dialog na styku, którego dochodzimy do zbudowania świata. I wolność, a co za tym idzie – przyjemność z pracy, bo wtedy jesteśmy najbardziej twórczy.

Studiując Wiedzę o Teatrze wiedziałaś już, że chcesz zająć się teatrem od strony praktycznej? Skąd pomysł na pracę ze światłem? To spełnione marzenie czy wynik różnych zdarzeń losowych?

KŁ: Marzeniem było aktorstwo. Na szczęście po dwóch nieudanych próbach przyjęłam do wiadomości, że nie jest to droga dla mnie. Studiowałam polonistykę, ale o teatrze nie mogłam nie myśleć, bo od trzynastego roku życia spędzałam w nim każdą wolną chwilę. Jestem z pokolenia, które pół liecum spędziło oglądając Metro Janusza Stokłosy i Janusza Józefowicza. Ale też mając 15 lat, widziałam np. Kalkwerk Krystiana Lupy czy – mając 18 lat – Roberto Zucco Krzysztofa Warlikowskiego. Pójście na Wydział Wiedzy o Teatrze było takim pomysłem wejścia do teatru innymi drzwiami. Kompletnie jednak wtedy nie wiedziałam, że reżyseria świateł stanie się moim zawodem. Sprawcą wszystkiego jest Krzysztof Warlikowski.

Dobrze, że o tym mówisz, bo oczywiście nie mogę nie zapytać o Twoją wieloletnią współpracę z Warlikowskim. Jak to się wszystko zaczęło?

KŁ: Sporo spraw w moim życiu wynika z pewnego bodźca od rzeczywistości, który dostaję, a na który w zasadzie zazwyczaj reaguję wrodzoną przekorą. I te bodźce potem nie mają wielkiego wpływu, ale są pierwszym impulsem do powstania w głowie myśli, odważenia się na nią. Pierwszym takim impulsem było ogłoszenie, które zobaczyłam w Akademii Teatralnej, w którym było napisane, że Grzegorz Jarzyna szuka asystenta do spektaklu 4:48 Psychosis, ale tylko płci męskiej. Drugim, jak dawno temu podczas pracy w Atenach jako asystent Renate Jett, dostałam od niej propozycję zrobienia świateł i całą noc nie spałam z podekscytowania, wymyślając swoje pierwsze światła, a rano dowiedziałam się od dyrektora, że nie ma mowy, że nie mam doświadczenia i na pewno sobie nie poradzę, a poza tym jestem kobietą, więc odpada. I tak to się zaczęło…

A bardziej opisowo – spektakle Krzysztofa oglądałam od dawna, ale Oczyszczeni zmienili kompletnie wszystko. Po obejrzeniu tego spektaklu wiedziałam, że nie ma innej opcji, musiałam w tym świecie zostać na dłużej. Asystentem Krzysztofa od czterech spektakli był wtedy mój kolega z roku – Iwo Vedral, który jest teraz samodzielnym reżyserem. On poznał mnie z Warlikowskim, który zgodził się, żebym przychodziła na próby do Burzy, taka była też wtedy tematyka mojej pracy magisterskiej. Niestety, chyba po dwóch tygodniach prób Krzysztof chciał mi podziękować. Twierdził, że niepotrzebny mu bierny obserwator, który nic nie mówi i nie wnosi nic w proces prób. Miałam 24 lata i o teatrze naprawdę nie wiedziałam nic, na dodatek paraliżował mnie stres uczestniczenia w tym wszystkim. Uratowała mnie wtedy Renate Jett, którą mozolnie uczyłam monologów Kalibana. Powiedziała Krzysztofowi, że ja coś tam notuje na próbach. I on powiedział żebym to przyniosła i jeśli coś w tym jest, to mogę zostać. Pamiętam do dziś noc przepisywania tych kartek na komputerze i poczucie, że zaraz ten sen się może skończyć. Na szczęście Krzysztof przeczytał i pozwolił mi zostać. I tak – 11 czerwca 2017 roku – minie 15 lat od tej pierwszej próby. Nie wiem tego na pewno, ale wydaje mi się że jestem najdłużej pracującym asystentem jednego reżysera. Jest jeszcze wspaniały Paweł Kulka pracujący z Grzegorzem Jarzyną i reżyserami pracującymi w TR Warszawa, ale on chyba przyszedł chwilę po mnie. Wszystko co wiem o teatrze, wiem przez Krzysztofa, od Krzysztofa i dzięki Krzysztofowi. On nauczył mnie przede wszystkim miłości do teatru. Pokazał zarówno ogromny potencjał emocjonalny, jak i estetyczny. I on zaraził mnie miłością do światła, bo przywiązywał do niego zawsze ogromną wagę. Praca asystenta kończy się z dniem premiery. To Warlikowski wymyślił, że będę jeździła na wyjazdy ze spektaklami. To tam nauczyłam się bardzo wiele, obserwując pracę Felice Ross i oświetleniowców z nią pracujących. Potem sama zaczęłam adaptować jej światła. To Krzysztof wrzucił mnie na głęboką wodę. Zresztą zawsze tak robił, odkąd pamiętam poszerzał moje możliwości, pokazywał mi, że mogę więcej, że potrafię, że mogę się odważyć. Miałam ogromne szczęście, że zobaczył we mnie to wszystko i że wciąż to widzi.
Realizując też moje dawne marzenia o aktorstwie, często na próbach wznowieniowych lub w trakcie pracy nad spektaklem, prosząc pod nieobecność któregoś z aktorów o przyklejenie mikroportu, a zdarzało się się, że i włożenie kostiumu i peruki. Wtedy już nie mam wątpliwości, że jestem po dobrej stronie i Jan Englert miał rację nie przyjmując mnie na wydział aktorski. Myślałam o reżyserii, ale nie potrafiłabym po tylu latach współpracy oddzielić się od teatru Krzysztofa. Dlatego reżyseria światła stała się tą drogą, gdzie mogę być w 100% samodzielna w tym, co propnuję. I tak z dnia na dzień uczyłam się świecić, uruchamiać wyobraźnię i wrażliwość. Bardzo ważna jest wiedza techniczna, którą zdobyłam w praktyce, pracując przy montażach i demontażach, tnąc filtry i zwijając kable.  Dlatego też bardzo doceniam wysiłek wszystkich oświetleniowców, z którymi pracuję. Wiem jaka to jest ciężka praca, dlatego zawsze staram się przyjeżdżać przygotowana. Boli mnie serce jak jednak się pomylę i trzeba coś przestawić lub zmienić filtr. Bardzo ważna jest dla mnie relacja z nimi, bo zawsze jestem tak dobra, jak moja ekipa. Ja wyjeżdżam i zostawiam im pod opiekę moje świetlne dzieci. Muszę tak budować relację, żeby kochali je jak własne. Zazwyczaj się to udaje.

Pracujesz w wielu miastach w Polsce. Masz szansę poznać od środka wiele teatrów, zespołów aktorskich. Czy takie życie na walizkach ma więcej zalet czy wad?

KŁ: Myślę, że jeśli wybierasz teatr jako swoją miłość i pasję, a ja tak zrobiłam, to nie myślisz o wadach i zaletach. Na początku musisz się oddać i zatracić. Myślę, że inaczej nie da się dojść daleko. Życie na walizkach ma swoje wady i zalety, tak jak i życie w ogóle. Dla mnie podróżowanie i stykanie się z różnymi zespołami teatralnymi jest bardzo ożywcze i potrzebne. Rozwija i otwiera. Poza tym, że pracuję w wielu miastach w Polsce, od 15 lat podróżuję po całym świecie ze spektaklami Warlikowskiego. Wiadomo, że cierpi na tym ogromnie życie prywatne. Wszystko jest jednak kwestią naszych wyborów. Ja zawsze idę za sercem i za intuicją, a one pokierowały mnie tu gdzie jestem.

Zdradź jeszcze na koniec, co jest dla Ciebie najważniejsze w pracy w teatrze?

KŁ: W pracy w teatrze najważniejsze jest spotkanie. Z każdym kto spektakl współtworzy. Jestem jednak takim reżyserem światła, który jeśli mam dylemat czy wziąć udział w jakimś projekcie czy nie, to decyduje o tym skład aktorski. Aktor jest najważniejszym elementem mojej pracy, tak jak jest najważniejszym elementem teatru w ogóle. Zawsze zaczynam od świecenia aktora, potem świecę przestrzeń. Jestem z tej starej, mimo 39 lat, szkoły świecenia, która lubi widzieć aktora, jego twarz, oczy. Każdy aktor w spektaklu, który świecę ma światło. O każdym aktorze myślę indywidualnie, analizuję twarze, sylwetki, a na etapie prób – role. Kolory, faktury, kształty światła biorę z aktora. Oglądając przebieg spektaklu w świetle roboczym, czerpię ze stanów, z emocji aktorów i potem z tego maluje ich świat. Prowadzę aktorów światłem. Jestem w myśleniu o świetle najbliżej aktorów jak się tylko da. To najważniejsze i najprzyjemniejsze jednocześnie. Na warsztatach, które prowadziłam w Sao Paulo dla młodych studentów reżyserii światła, zapytano mnie skąd wiem, że dane światło, które właśnie zapaliłam jest tym idealnym i jedynym, czym się kieruję, czy mam wytyczne? Odpowiedziałam, że zawsze słucham intuicji, a ona dla mnie płynie z serca. Po prostu zapalam ileś wersji i pewnym momecie wiem/czuję, że to jest to. I tylko tym się kieruję. Jak to samouk.

Bardzo Ci dziękuję za rozmowę, z niecierpliwością czekamy na kolejne spektakle z Twoim światłem!


Źródło: Katarzynaluszczyk.carbonmade.com

Katarzyna Łuszczyk (1977) – reżyser światła.
Studiowała na wydziale Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej w Warszawie i na wydziale Polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2002 roku jest stałym asystentem Krzysztofa Warlikowskiego, m.in. przy spektaklach: „Dybuk” , „Krum” , „Anioły w Ameryce”, „(A)pollonia”, „Koniec”, „Opowieści afrykańskie według Szekspira”, „Kabaret Warszawski” i najnowszym „Francuzi”. Wyreżyserowała światła do ponad 60 przedstawień w: TR Warszawa, Teatrze Polonia, Teatrze Narodowym, Teatrze Polskim, Och-Teatrze, Teatrze Ateneum, Teatrze Collegium Nobilium i Nowym Teatrze w W-wie, Teatrze im. S. Jaracza i Teatrze Wielkim w Łodzi, , Teatrze im. J.Słowackiego w Krakowie i Operze Krakowskiej, Teatrze Capitol , Teatrze Polskim i Teatrze Współczesnym we Wrocławiu, Małopolskim Ogrodzie Sztuk i Starym Teatrze w Krakowie, Teatrze Nowym i Teatrze Wielkim w Poznaniu oraz Teatrze Polskim w Bydgoszczy i Teatrze im. J.Kochanowskiego w Opolu oraz Opolskim Teatrze Lalki i Aktora. Stale współpracuje jako projektant oświetlenia z Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie.  Na stałe związana z Nowym Teatrem Krzysztofa Warlikowskiego.

Justyna Kowalska

Miała być aktorką, ale okazało się, że zdecydowanie woli stać za sceną niż na niej. Marzycielka. Włóczykij.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany