Są takie sceny w spektaklu, które szczególnie zapadają w pamięci…

Czasem jeszcze długo po wyjściu z teatru nie potrafimy uwolnić się od tego, co przed chwilą zobaczyliśmy na scenie. W pamięci zapadają nam genialne kreacje aktorskie, pięknie wyreżyserowane światło, wprowadzająca w klimat muzyka, tekst poruszający niebanalny temat… Dziś wspominamy o konkretnych scenach, o które – pomimo upływającego czasu – nie możemy zapomnieć.

Garderobiany – Teatr Narodowy, reż. J. Englert

Garderobiany to mistrzowski duet Englert – Gajos. Cała sztuka to opowieść o granicach, jakie musi przekraczać aktor, to historia o byciu (za)pamiętanym. Choć od momentu, gdy widziałam spektakl minęły już trzy miesiące, wciąż mam przed oczami scenę, w której Sir (Jan Englert) podkreśla, że zawsze na widowni siedzi jeden taki widz, który wszystko zrozumie i tak naprawdę tylko dla tego jednego widza aktor – bez względu na to, w jakiej jest kondycji fizycznej czy psychicznej – powinien zagrać, dając z siebie wszystko, wszystkie emocje na jakie jest go stać. To niezwykle intymny moment, w którym wywiązuje się dziwna nić porozumienia pomiędzy widownią a aktorami, znika czwarta ściana, a monolog zyskuje na sile szczególnie przez to, że są to słowa wypowiadane przez Englerta, który – mogłoby się tak wydawać – odgrywa w Garderobianym rolę samego siebie.

Biała bluzka – Och-Teatr, reż. M. Umer

O tym, jak ważnym spektaklem jest dla mnie Biała bluzka pisałam już w innym tekście. I choć trudno jest pisać o tej sztuce w kontekście konkretnych scen (Biała bluzka jest po prostu genialna w każdym calu, zarówno pod względem tekstowym, jak i aktorskim), myśląc o spektaklu zawsze mam przed oczami jeden konkretny moment. To fragment, w którym padają słowa: A do kogóż Ja mam być przystosowana? (…) Do przepisów z piekła rodem? Czy ja po to zeszłam z drzewa, żeby grać w komórki do wynajęcia? Żeby się mieścić w jakimś Stąd-Dotąd? A może Ja chcę dokonać czegoś wspaniałego, może Ja nie mam zbyt wiele czasu, może ja muszę się liczyć ze stratami?… Niby nic, niby ten sam rytm utrzymujący się od początku spektaklu, jednak emocje i energia, jaką dzieli się z widzami dokładnie w tym momencie Krystyna Janda są wprost zatrważające.

Towiańczycy; królowie chmur – Stary Teatr, reż. Wiktor Rubin

Scena, którą pamiętam najintensywniej, to ta, w której aktorzy podchodzą do widzów, siadają przed nimi i zaczynają patrzeć im w oczy, kiedy w tle ciągle toczy się akcja. Mnie wybrała sobie Marta Ścisłowicz, grająca Karolinę Towiańską. Usiadła tuż przede mną i zaczęła się uśmiechać. W takich momentach traci się poczucie czasu, więc nie potrafię stwierdzić ile trwała ta scena. Wiem natomiast, że składała się ona z intymnego spotkania obcego człowieka z obcym człowiekiem. Wrażliwość vs. wrażliwość, starcie, które zakończyło się solidną porcją łez płynących po policzkach. Od szerokiego uśmiechu przeszłyśmy do płaczu – po drodze zahaczając o całą gamę uczuć. Za pomocą spojrzenia „powiedziałyśmy” sobie tak wiele rzeczy, którymi nigdy nie podzieliłybyśmy się z obcym człowiekiem, „zajrzałyśmy” do środka. Po tych kilku, może kilkunastu minutach ścisnęła mi kolano, otarła twarz i wróciła na scenę. A ja zdałam sobie sprawę, że przeżyłam prawdziwe oczyszczenie.

Szewcy – Stary Teatr, reż. Justyna Sobczyk

Do całego spektaklu mam wielkie zastrzeżenia i zdecydowanie nie zostanie on jednym z moich ulubionych, ale ze względu na tę jedną scenę na pewno długo będę go pamiętać. Hiper-Robociarza gra tutaj Krzysztof Globisz, który po ciężkiej chorobie i w trakcie wymagającej rehabilitacji, wraca na scenę Starego Teatru. Po obejrzeniu spektaklu jestem pewna, że Globisz w pełni oddaje czystą formę, o której pisał Witkacy. Aparat mowy odmawia posłuszeństwa aktorowi, ale w środku organizmu powstaje niezwykle duża potrzeba grania i bycia na scenie. Z tej potrzeby ekspresji i komunikacji ze światem rodzi się codzienne przełamywanie ograniczeń ciała. Globisz wyśpiewuje swoje kwestie, wykrzykuje, wydaje różne dźwięki, które tylko przypominają słowa, a mimo tego komunikuje się z widzami. Paradoksalnie, w swojej niemożności komunikacyjnej jego przekaz pozostaje klarowny, a występ niezapomniany.

Będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk – Teatr Nowy Poznań, reż. Agata Duda-Gracz

Aby coś zapadło mi głęboko w pamięci – wystarczy drobiazg. Nie musi to być scena mocna ani wyjątkowo znacząca dla całego spektaklu. Czasem wystarczy jedno spojrzenie, słowo, gest, bym w głębi serca poczuła, że to, czego w tym momencie doświadczyłam, było naprawdę ważne. Taka sytuacja miała miejsce niedawno w trakcie oglądania spektaklu Będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk. Bohaterami spektaklu są typowi mieszkańcy niewielkiej miejscowości, w której każdy każdego zna, a co za tym idzie – każdy rości sobie prawa do wydawania opinii, osądów, komentowania tego, jak ktoś się prowadzi, z kim i jakiego rodzaju relacje utrzymuje. Takiego zdarzenia doświadczyła Pani Jusia, zwana Ścierwą (w tej roli Edyta Łukaszewska). To właśnie scenę, w której pozostali mieszkańcy Kamyka drwią z niej, wytykając jej rozwiązłość, obwiniając za wszystko, co tylko przychodzi im na myśl, zapamiętałam najbardziej z całego spektaklu. Nie jest to jednak ten rodzaj pamiętania, który skupia się na konkretnych słowach, które padały, ale przed oczami wciąż utrzymuje mi się obraz samej bohaterki – jej spojrzenie, z jednej strony beznamiętnie utkwione w martwym punkcie, z drugiej zaś – pełne emocji, być może właśnie tych, o jakie sądzący ją nawet jej nie podejrzewali.

Maria Callas. Master Class – Och-Teatr, reż. Andrzej Domalik

Sztuka niezwykła jak sama Maria Callas, bardzo wyjątkowa, piękna pod każdym względem. Zawiera liczne monologi artystki, które w ustach Krystyny Jandy wybrzmiewają z wyjątkową siłą. Trudno jest mi zapomnieć jednak słów, które padają pod koniec sztuki i tego, jakie ciarki poczułam na całym ciele, gdy je usłyszałam pierwszy raz. Żadnego znaczenia nie miało to, że z tym cytatem spotkałam się wcześniej wielokrotnie. Dopiero w kontekście całej historii, opowiedzianej w spektaklu oraz losu polskiej kultury w ostatnich miesiącach, ostatni monolog zrobił na mnie tak niezapomniane wrażenie. Kiedy Janda, drżącym głosem wykrzyczała niemalże: Ja wiem, że świat się nie zawali, jeśli od jutra nie będzie przedstawień Traviaty. Ja to wiem. Ale wierzę, że wybierając sztukę, przyczyniamy się do tego, żeby ten świat stawał się piękniejszy i lepszy. Że zostawiamy go mądrzejszym i bogatszym, dzięki sztuce. Im jestem starsza tym mniej wiem. Ale wierzę, że to co robimy ma sens. – zamarłam. Spotkałam się kiedyś z jakże trafnym określeniem, że jest to wyznanie wiary w sztukę, niezwykle zresztą wzruszające.

Koza, albo kim jest Sylwia? – Och-Teatr/Teatr Polonia, reż. Olga Chajdas i Kasia Adamik

Koza, albo kim jest Sylwia? to jeden z tych spektakli (a nie było ich wiele), po którym długo nie mogłam dojść do siebie. Kontrowersyjny tekst Edwarda Albeego oraz bezkompromisowa reżyseria duetu Chajdas – Adamik, sprawiła że jest to spektakl mocny, ważny i przekraczający wiele granic, ale w sposób zrównoważony i jedyny właściwy.
Od ponad 8 lat widziałam wszystkie role teatralne, w które wcieliła się Maria Seweryn, jednak to właśnie jedną ze scen z jej udziałem w tym spektaklu uważam za absolutny majstersztyk. Monolog Stevie, kobiety która właśnie dowiedziała się o zdradzie męża, a dodatkowo, o tym, że jego kochanka – Sylwia – nie jest kobietą, a… kozą, to najbardziej poruszająca scena, jaką widziałam w teatrze kiedykolwiek. Kontrowersyjny i oburzający temat romansu z kozą przestaje mieć znaczenie, na pierwszy plan wysuwa się wołanie o pomoc skrzywdzonej kobiety. Seweryn zagrała te scenę tak, że ciężko mi znaleźć słowa, którymi mogłabym opisać te emocje, które towarzyszyły mi za każdym razem, gdy oglądałam spektakl.

4.48 Psychosis – TR Warszawa, reż. Grzegorz Jarzyna

Na niemal pustej scenie, na krześle siedzi główna aktorka spektaklu – Magdalena Cielecka. Światło skierowane tylko i wyłącznie na nią, poza Cielecką nic innego nie widać, nic innego nie jest istotne. Jest niemal naga, niektóre części ciała owinięte są bandażem. Z jej ust padają słowa: To ja zagazowałam Żydów, to ja wybiłam Kurdów, to ja spuściłam bomby na Arabów… Po czasie jakby obłąkana zaczyna biegać po scenie, potykając się o krzesło, stół, rzucając się na ściany, uderzając w nie – jakby przez to błagała o pomoc – zostawiając na nich czerwone ślady przypominające krew, przeraźliwie krzycząc: Kochaj mnie, kochaj mnie. Na widowni panuje absolutna cisza, wszyscy są dogłębnie poruszeni dramatem kobiety, która niewątpliwie potrzebuje wsparcia i miłości. I ostatnia ten moment, w którym widać jedynie twarz Cieleckiej, nieustannie powtarzającej słowa: Patrz jak znikam, patrz jak znikam, patrz, patrz…

Koncert życzń – TR Warszawa/ Teatr Łaźnia Nowa, reż. Yana Ross

To spektakl, który cały czas do mnie powraca, zwłaszcza jedna konkretna – zresztą moja ukochana – scena. Na scenie znajdują się wszystkie najpotrzebniejsze meble oraz urządzenia, które w dzisiejszych czasach znajdziemy w niejednym z domów. Bohaterka (Danuta Stenka) zasiada do stołu, żeby zjeść kolacę. W radiu słyszymy głos Wojciecha Manna, prowadzącego wieczorną audycję. W pewnym momencie zostaje puszczona piosenka Leonarda Cohena I’m Your Man. Za każdym razem, gdy słyszę słowa: If you want
a partner, take my  hand or if you want to strike me down in anger. Here I stand. I’m your man, przez całe moje ciało przechodzą dreszcze, a w oczach pojawiają się łzy. Cohen śpiewa, Stenka odpala papierosa, po jej policzkach spływają łzy. Pamiętam, że ja także nie mogłam ich wtedy powstrzymać. To był pierwszy raz, kiedy płakałam w teatrze.

Chodź ze mną do łóżka, Teatr Polonia, reż. Adam Sajnuk

Historia Joanny (w którą wciela się Sonia Bohosiewicz) oparta jest na faktach. Chodź ze mną do łóżka to godzinny monodram, opowieść kobiety, która w wieku lat 30 – kilku została sparaliżowana.  Wszystkie słowa wypowiadane ze sceny to tak naprawdę monolog wewnętrzny bohaterki. Autor sztuki Andrzej M. Żak, spróbował wcielić się w rolę kobiety, która od lat leży przykuta do szpitalnego łóżka, którą określa się mianem rośliny, której odebrano wszystko.  Odwiedza ją rodzina, lekarze, widzi i słyszy ich, ale nie może zareagować, nic powiedzieć. Sajnuk stworzył na scenie bajkowy świat, w niczym nie przypominający szpitalnej, smutnej sali. Bohosiewicz skupia uwagę przez cały czas, historia nas pochłania od pierwszej minuty.  Najbardziej przejmująca scena tego monodramu, na której nie mogłam powstrzymać łez, to ostatni monolog, trwający może nawet około 5 minut, Bohosiewicz stoi na proscenium, jedynie w spocie  światła i wypowiada kolejne zdania: nie mogę żuć gumy, jeździć na rowerze, pocałować się na dzień dobry, przeżyć orgazmu, zjeść lodów, pojechać nad morze, itd, itd…. Monolog kończy krótkim, ale wbijającym  nóż w serce – ale myśleć mogę, mogę myśleć, myśleć.


Tekst opracowały: Iga Herłazińska, Justyna Arabska, Justyna Potasiak, Justyna Kowalska i Natalia Rieske.

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany