„W grze o tron zwycięża się albo umiera…” – dyskusja o serialu

AdrianSiedemnastego kwietnia, niemal sześć lat temu, pierwszy raz zetknąłem się ze światem jaki prezentuje franczyza stworzona przez amerykańskiego pisarza  – i wpadłem jak śliwka w kompot. Po pierwszym odcinku – Winter is coming  Gra o tron stała się nieodłączną częścią wczesnej jesieni mojego życia naznaczonego liczbą 20. Wchodząc w ten wiek, zaobserwowałem w sobie niegasnącą chęć pogłębienia wiedzy o Winterfell i całym produkcie, jakim jest legendarny już serial stacji HBO.

Justyna P.: Moja przygoda z Grą o tron nieco krótsza. Na pewno nie śledziłam serialu od początku, a z pierwszego roku emisji pamiętam jedynie słowa mojego brata, który opowiadając mi o serialu, jaki właśnie oglądał (wówczas jego nazwa – szczerze mówiąc – nawet nie zapadła mi w pamięci), powiedział, że to dziwne, gdy w pierwszym sezonie ginie bohater uznawany przez wszystkich za głównego. Dlatego właśnie najważniejsza z niespodzianek pierwszej transzy nie była dla mnie zaskoczeniem. Nieprędko jednak przyzwyczaiłam się do tego, z jaką lekkością George Martin (autor powieści, na podstawie których powstał scenariusz serialu) uśmierca bohaterów, czyniąc to właściwie bez żadnych sentymentów. Dla mnie, jako osoby niezwykle sentymentalnej, łatwo przywiązującej się do fikcyjnych postaci, była to sytuacja nowa. Dziś jednak widzę, że taki rodzaj emocji i nieoczekiwanych zwrotów akcji, to jedna z największych zalet produkcji.

Karolina: Przyznam szczerze, że nigdy nie przepadałam za pozycjami przygodowymi i fantastycznymi. Jednak gdy wszyscy moi znajomi bez ustanku zachwycali się Grą o tron, a sam serial zbierał niezwykle pochlebne recenzje, stwierdziłam, że wypada nadrobić zaległości. Wszystkie odcinki obejrzałam już po wyemitowaniu 6. sezonu w czerwcu ubiegłego roku. Czas letniej sesji egzaminacyjnej wydał mi się idealny, przecież wtedy wszystko wydaje się ciekawsze od nauki. Po obejrzeniu pierwszego epizodu miałam jednak mieszane uczucia. Gra o tron karmi nas brutalnością i dosłownością przedstawianego świata – pierwsze zderzenie z nim było piorunujące, lecz z czasem odnalazłam w tym pewną wartość. Niekiedy to, co oglądamy na ekranie wydaje się odrealnione, a ta produkcja, choć należy do gatunku fantastyki – jest prawdziwa aż do bólu.

Adrian: Macie oczywiście rację. Serial poza tym, że zebrał znakomite recenzje na starcie, przede wszystkim pobił kilka znaczących rekordów pod względem liczby osób, które oglądają/oglądały serial na żywo, w dniu premiery danego odcinka. Od 2011 roku HBO może pochwalić się złotą kurą, znoszącą niesamowicie drogie jajka.

Dla mnie jednak w Grze o tron najważniejsza jest wartość, którą serial przemyca do świata telewizji – pierwszoplanowe i pełnowartościowe postaci kobiece. Arya, Daenerys, Sansa czy Cersei – to bohaterki dobrze przemyślane, które nie są jedynie ozdobnikami lub dodatkami do mężczyzn, przy których mają wyglądać pięknie, zgrabnie, przybrane w kilka pasków materiałów. Te postaci to złożone stadia emocji – świadome swojej potęgi, wewnętrznej mocy, same układają sobie plan zwycięstwa, do którego dążą.

Justyna P.: Zgodzę się z Tobą. Mnie swego czasu na tyle urzekły postaci kobiece w tym serialu, że wplotłam je w swoją prezentację maturalną. Krążąc wokół tematu miłości matczynej, analizowałam jakim uczuciem darzą swoje pociechy serialowe matki – Catelyn i Cersei. Szczególnie inspirujące wydało mi się to, że nie były to relacje jednoznaczne, lecz budowane w bardzo interesujący, wielowymiarowy sposób. Właściwie każda rzecz z przeszłości, o której widz stopniowo się dowiadywał, miała znacznie dla fabuły, dla zrozumienia psychiki bohatera. Postępowanie wielu postaci można było zrozumieć dopiero wtedy, gdy wyszły na jaw wydarzenia, które ich ukształtowały. Idealnym przykładem jest tu Cersei oraz jej brat Jaimie – w pierwszych sezonach najbardziej znienawidzone przeze mnie postaci, z odcinka na odcinek, wraz z odkrywaniem ich przeszłości, zyskiwali moją sympatię. Polubiłam tę nieprzewidywalność, tak samo jak polubiłam całą obsadę, w której właściwie brak słabego punktu. Każdy z aktorów ma niełatwe zadanie do wykonania, a jednak radzi sobie z nim w sposób mistrzowski. Czyje losy śledzicie najuważniej?

Znalezione obrazy dla zapytania daenerys gif

Adrian: Zdecydowanie Deanerys – nie potrafię ukryć, że ta postać fascynuje mnie od samego początku. Jej historia jest trudną opowieścią, wzbogaconą o ból, przepiękną fizyczność, która funkcjonuje raczej jako broń, cecha charakteru niżeli przymiot określający postać. Deanerys przez wszystkie sześć sezonów zdążyła przejść największą metamorfozę. Od postaci, która niosła największy krzyż do pierwszoligowego gracza, który ma szansę zgarnąć całe królestwo. Nie zapominajmy również, że białowłosa to Matka Smoków, które wystylizowane i wytworzone w świecie komputerowych efektów specjalnych, wyglądają niczym wyjęte ze świata Władcy Pierścieni.

Przez ostatnie dwa sezony bacznie przyglądam się siostrom z rodu Starków: Aryi i Sansie. To postaci młode, które życie dopiero kształtuje. Ich rodowód dysponuje pewnymi cechami charakteru, które mimo wszystko w żaden sposób na nich nie wpływają – przynajmniej nie do końca. Arya – Człowiek-Nikt, w tym momencie ma szansę na najciekawsze wątki w serialu. Znajduje się na rozdrożu swojej ścieżki, wiodącej ku zemście – może zrobić wszystko i być wszędzie. Sansa natomiast czuje na plecach oddech zbliżającego się finału.

Justyna P.Arya i Sansa to są dla mnie dwie bohaterki, po których upływ czasu widać najwyraźniej – doświadczenia wszystkich sezonów przeżyły w sposób bardzo dotkliwy, przez to ich dojrzewanie zostało w sposób przymusowy przyspieszone. Ich matka – Catelyn Stark – była moją ulubioną postacią. Niezwykle inteligentna, silna, kochająca. Kierowała się w życiu hasłem Rodzina. Obowiązek. Honor, charakterystycznym dla rodu, z którego się wywodziła. Nie pełniła jednak żywota damy zatroskanej, biernie przypatrującej się temu, jak życie jej dzieci zostawało powoli zdominowane przez układy polityczne, panujące w Królestwie. Żałuję tylko, że twórcy serialu postanowili nie być wierni temu, co napisał George Martin i tym samym – nie przywrócili pośmiertnie tej bohaterki, która na kartach powieści odradza się jako Lady Stoneheart. Myślę że jej pojawienie się mogłoby nieco odwrócić siły w całej krainie…

„Nigdy nie zapominaj o tym, kim jesteś, bo świat na pewno o tym nie zapomni. Uczyć z tego swoją siłę, a wtedy przestanie być twoim słabym punktem. Zrób z tego swoją zbroję, a nikt nie użyje tego przeciwko tobie”.

– George R.R. Martin

Karolina: Zdecydowanie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Dla mnie w ogóle małżeństwo Catelyn i Neda Starków było jak związek idealny – trwały, mocny, oparty na wzajemnej miłości, ale przede wszystkim szacunku i wsparciu. Oboje byli ludźmi niezwykle silnymi i odważnymi. Chociaż nie zawsze zgadzali się ze swoimi decyzjami, zawsze pozostawiali drugiej stronie wolny wybór. Myślę, że nie sposób nie wspomnieć o bohaterach, którzy są piętnowani i wyśmiewani przez serialowe społeczności, a zyskali moją wielką sympatię. Mowa tu o Tyrionie Lannisterze, który z powodu swojej karłowatości jest uważany za zakałę wielkiego rodu słynącego z wybitnych rycerzy. Chociaż Tyrion ma cięty język, lubi wino i kobiety, jest przy tym szalenie inteligentnym mężczyzną i sprawnym strategiem. Posiada znakomity zmysł obserwacji, dzięki któremu na scenie politycznej czuje się jak ryba w wodzie. Drugą postacią jest Jon Snow, którego poznaliśmy jako bękarta Neda Starka. Chociaż bardzo sprawnie władał mieczem, ze względu na swoje pochodzenie zdecydował się dołączyć do Nocnej Straży. Tam wykazał się szlachetnością i lojalnością, choć nie bał się podjąć kontrowersyjnych decyzji, zawsze jednak zgodnych z jego wartościami. Z niecierpliwością czekam na to, co może nam przynieść nowy sezon, bowiem Jon może okazać się nie tym, za kogo go uważaliśmy i odegrać jedną z głównych ról w walce o Żelazny Tron.

Adrian: W Grze o tron na duże oklaski zasługuje również strona wizualna przedsięwzięcia. Twórcy nie boją korzystać się z realnych lokacji, co nadaje charakterystycznego dla serialu rozmachu. Tła, na których dzieją się historie naszych bohaterów, są pięknie filmowane – producenci z sezonu na sezon starają się zadbać o swojego widza, pokazując mu, że to, co mają dostępne dzięki dobrodziejstwu przeszłości Ziemi, mogą wykorzystać w stu procentach na ekranie. Efekty specjalne, scenografia to, jak na budżet telewizyjnego giganta stacji kablowych HBO, majstersztyk. Nikt nie boi się przyznać, że pieniądze, które zostały włożone w Grę o tron widać w każdym ujęciu, szacie, czy też w stworzonych na potrzeby fabuły przez specjalistów komputerowych – potworów, smoków oraz innych zjawisk nadnaturalnych.

Justyna P.: A czy ktoś z Was łączył oglądanie serialu z lekturą powieści George’a R.R. Martina? Dużo mówi się o tym, że twórcy serialu dość wcześnie, bo właściwie już po pierwszym sezonie, zdecydowali się pójść własną drogą. Przeczytałam właściwie tylko cztery tomy Sagi Pieśni Lodu i Ognia i trudno jest mi się z tym nie zgodzić, nie potrafię się jednak o to gniewać, w końcu liczy się efekt, a ten jest niezwykły. Lubię sposób budowania emocji w serialu, gęstość fabuły, ciekawe przeplatanie ze sobą wątków. Pracowanie na takim tekście, wymaga mimo wszystko pewnego pomysłu – co warto pokazać, a co można pominąć. A sceneria, masz rację, jest niezwykła i to nie tylko ujęcia typowo krajobrazowe. Osobiście zakochana jestem w miastach, które odwiedzają Matka Smoków oraz Arya Stark. Mają wspaniały, zachowany niemalże w każdym calu klimat – od miejsc począwszy, na wyglądzie i sposobie zachowywania się mieszkańców skończywszy.

KarolinaDla mnie sceneria jest jak dodatkowy bohater, niemniej ważna niż akurat rozgrywane sceny czy prowadzone dialogi. Jest po prostu bajkowa. Do moich ulubionych miejsc należy Królewska Przystań – skąpana w słońcu zatoka, przepych, bogactwo i piękna architektura. Mogą podobać się też, może nie wizualnie czy estetycznie, ale pod względem dopracowania szczegółów, obskurne zamczyska mroźnej Północy. Zachwycają mnie także kostiumy, a przede wszystkim śliczne i dopieszczone w każdym elemencie stroje i fryzury dam – Cersei czy Margaery Tyrell. Szczerze przyznam, że nie czytałam książek z serii Pieśni lodu i ognia, więc trudno wypowiedzieć mi się na ten temat. Jednak uważam, że serial osiągnął tak wysoki poziom, że odstępstwo od powieści, na kanwie których powstał, nie wydaje się aż tak wielkim przewinieniem. Rozmawialiśmy o ulubionych postaciach, a czy są takie, których szczerze nie znosicie? Podzielaliście wszechobecną niechęć do Joffreya Baratheona?

Justyna P.: Jeśli mam być szczera, w kwestii nielubianych postaci zachodzi u mnie to zjawisko, o którym wspominałam wcześniej. O ile na początku z dużą łatwością oceniałam bohaterów, dzieliłam ich na tych dobrych i tych złych, po sześciu sezonach – już tego nie robię. Owszem, Joffrey to była zdaje się jedna z najbardziej irytujących postaci, ale wszystko było tak naprawdę po coś i w takim kontekście nauczyłam się o tym myśleć. Wspominałam również o Cersei – początkowo znienawidzonej przeze mnie równie bardzo, jak jej syn, obecnie natomiast jest to jedna z moich ulubionych postaci, prowadzona w niezwykle interesujący i niebanalny sposób. Z każdego bohatera ma szansę wyjść coś dobrego i coś złego, każdy z nich ma jakąś przeszłość, jakieś cele, ambicje, coś go pcha do zwycięstwa, na czymś mu zależy. W obliczu walki o tron, wiele się potrafi zmienić i myślę, że kolejne sezony jeszcze nieraz nas w tej kwestii zaskoczą.

Adrian: Wiele postaci w Grze o Tron zbudowanych jest na skrajnych charakterologicznych przeciwieństwach. Na szczęście scenarzyści na przestrzeni tych lat, w których serial rozwinął skrzydła,  dawali szansę na metamorfozę bohaterów. Produkcja HBO, która bazuje na powieściach George’a R.R. Martina – stała się popkulturowym fenomenem. Ostre sceny seksu, nieograniczona przemoc fizyczna, psychiczna, postaci, które dążą do zwycięstwa za wszelką cenę –  wszystko to doprowadziło do jednego, bardzo ważnego punku w historii serialu: pierwszego miejsca na liście najchętniej oglądanych, wyczekiwanych i wzbudzający największe zainteresowanie w mediach nowoczesnych i tradycyjnych produkcji serialowych. Dla mnie Gra o tron to czysta rozrywka skonstruowana w piekielnie inteligentny sposób.

Justyna Potasiak

Nieustannie zatopiona w planach kulturalno-wyjazdowych. Kulturę najchętniej pochłania w bezpośrednim kontakcie z twórcami, bo kontakt z żywym człowiekiem, z emocjami „tu i teraz” uważa za najwyższą wartość.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany