Słysząc: Paryż, myślę – Piaf

Nie było istoty bardziej trwoniącej życie, która przez wszystkie okna rzucała złotem.

Jean Coteau o Edith Piaf

Od kilku ładnych lat marzę sobie po cichutku o odwiedzeniu tego miejsca. Po cichutku, gdyż nie planuję, nie przeglądam przewodników, nie błądzę palcami po mapie, wyobrażając sobie, że wieczorami spaceruję po Polach Elizejskich, a popołudnia spędzam na zielonych trawnikach nad wodami Sekwany. Nie robię tego, gdyż wierzę, że pewnego dnia postawię swoją nogę w samym sercu Francji, a obawiam się, że oczekiwania, jakie już teraz wiążę z miastem miłości, mogłyby okazać się zbyt wygórowane w porównaniu z rzeczywistością. A takiego zawodu zwyczajnie bym nie zniosła. Skoro więc powstrzymuję się od wyimaginowanych podróży na sam szczyt wieży Eiffela, skąd te oczekiwania, którymi, chcąc nie chcąc, nabijam sobie głowę? Już wyjaśniam. Słysząc Paryż, myślę Piaf. Słysząc Piaf, myślę Paryż. 

Edith Piaf jest dla mnie wizytówką Paryża równą niemal samej Eiffel Tower. Lecz choć ta najsłynniejsza budowla miasta wyrasta do dziś dumnie ponad dachy Paryża, Edith, mierząca zaledwie 147 centymetrów, była bardziej niczym maleńki ptaszek, drepczący skromnie jego ulicami. Zresztą ptaszek to nieprzypadkowe określenie: Piaf to pseudonim, który nadał młodej Edith poznany przez nią na ulicy impresario, Louis Leplee, a znaczy dokładnie tyle, co wróbelek. To właśnie on wyrwał ją z obskurnych ulic Paryża i postawił na scenie, dając artystyczny początek jednej z najwybitniejszych pieśniarek w dziejach nie tylko Francji, lecz także – śmiem twierdzić – świata.

O jej życiu krąży równie wiele faktów, co mitów. Życie Edith, porzuconej przez niespełnioną artystycznie matkę, wychowywanej wśród prostytutek w prowadzonym przez jej babkę domu publicznym, zarabiającą na jedzenie śpiewaniem, było niemal gotowym scenariuszem na film. Film dramatyczny, przepełniony tragizmem i niespodziewanymi zwrotami akcji, lecz takim, w którym pierwsze skrzypce grają nie sensacyjne wydarzenia z jej życia, a właśnie ona – jej muzyka. Czysta, prawdziwa, emocjonalna. W naszej rodzimej historii muzyki do pieśni Edith Piaf jestem w stanie przyrównać tylko utwory Ewy Demarczyk. Paryski wróbelek hipnotyzował bowiem swoim śpiewem. Wydaje mi się niemal niemożliwe, iż taki głos potrafił wydobyć się z tak niewielkiego, kruchego ciała… A jednak.

Śpiewała niemal tylko i wyłącznie o miłości. Otoczona wieloma mężczyznami (na liście jej kochanków nie brakowało sławetnych w ówczesnej Francji nazwisk), zmagająca się z uzależnieniami, traumatycznymi wspomnieniami (miłość jej życia, bokser Marcel Cerdan, zginął tragicznie w katastrofie lotniczej, w drodze na spotkanie z nią) oraz przytłaczająca momentami sława sprawiały, że emocje, jakie w sobie nosiła, wystarczyły na obdarowanie nimi wszystkich tych, którzy mieli okazję wsłuchać się wtedy w jej głos płynący ze sceny, jak i tych, dla których już jedyną, niestety, możliwością, jest zamknąć oczy i napawać się jej głosem płynącym z płyt – teraz.

Marion Cotillard jako Edith Piaf w filmie Niczego nie żałuję, 2007

W 2007 roku na ekrany kin wyszedł film biograficzny o Edith Piaf pod polskim tytułem Niczego nie żałuję, nawiązującym do jednej z pieśni, śpiewanej przez nią u schyłku kariery i życia. Brawurową rolę zagrała w nim Marion Cotillard, zgarniając po kolei wszystkie możliwe nagrody, przez Cezara, BAFTA, Złotego Globa aż po Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej (2008). Przed obejrzeniem Niczego nie żałuję miałam pewne obawy. Chociaż biografie w wersjach książkowych pochłaniam z wielką pasją, filmy biograficzne ogląda mi się dość ciężko. A to głos nie ten, a to twarz nie ta… Bałam się, że ciężko będzie przekonać mnie to tego, że ta Edith – to Edith. Kreacja Marion Cotillard przeszła jednak moje najśmielsze oczekiwania, odzwierciedlając głos, mimikę, emocje i niemal każdy gest Piaf w taki sposób, że – dosłownie – wbiło mnie w fotel. I choć w achronologiczności filmu trudno się na początku zorientować, końcowe Non, je ne regrette rien rekompensuje widzowi wszystko, czego wcześniej nie zrozumiał.

W życiu głupstw nie robi się bezkarnie. – Edith Piaf

Wierna od zawsze melodyjności i pięknu języka rosyjskiego, na rzecz Edith i jej niebywale drapieżnego r, zrobiłam w sercu trochę miejsca dla języka francuskiego. Nikt bowiem wcześniej nie przekonał mnie do niego tak bardzo, jak uczuciowe mon amour płynące z jej ust podczas Hymnu do miłości czy dramatycznego krzyku: Zatrzymać, zatrzymać muzykę! przy zakończeniu utworu L’Accordeoniste. Tak jak i ten Paryż, który od narodzin, aż do samej śmierci w 1963 roku był jej miejscem na świecie, nie ciągnął mnie do siebie aż tak bardzo, zanim nie posłuchałam Soul le ciel de Paris, wyobrażając sobie owo palące się nad głowami zakochanych niebo Paryża i ulatującą ku niemu piosenkę.

Obrazek wyróżniający jest kadrem z filmu Niczego nie żałuję w reżyserii Oliviera Dahana (2007).

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany