Dziennik (pod)różny: Marzenie jest formą planowania

Wyruszam w podróż, bo wiem, że w każdym momencie mogę wrócić do domu. Wracam, bo mam świadomość, że zawsze mogę ponownie wyjechać.

Moment, w którym wraz ze znajomymi oznajmiliśmy światu, że zakładamy swój własny portal o kulturze pamiętam, jakby nie wydarzyło się to dwanaście miesięcy, a dosłownie parę tygodni temu. W marcu ubiegłego roku – kiedy rozpoczynaliśmy akcję promocyjną w mediach społecznościowych – wracałam ze Szkocji i siedząc w jednej z kawiarni w Amsterdamie, próbowałam skonstruować sensowne zdania, by radosna nowina dotarła także do moich facebookowych znajomych. Ekscytacja nowym projektem sięgała zenitu, jednak nie uwierzyłabym wówczas, gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że Kultura do góry nogami – a właściwie jej przyszli odbiorcy – będą towarzyszyć mi podczas dotychczas najciekawszych i najbardziej intensywnych miesięcy w moim życiu.

Kiedy wiedziałam już, że tuż po maturze spakuję walizkę i przeprowadzę się za ocean, zaczął kiełkować we mnie pomysł na stworzenie Dziennika (pod)różnego. Nie byłam wówczas do końca pewna, jakie tematy chcę poruszyć w swoich felietonach czy jak długi będzie mój autorski cykl. Już wtedy miałam jednak świadomość, że zapiski tego rodzaju także dla mnie będą niezapomnianą pamiątką czasu spędzonego w Ameryce. Przez ostatni rok dostawałam od Was – czytelników – masę wiadomości. Pisałam z wielu miejsc i w przeróżnych okolicznościach: przeważnie spóźniona, niewyspana czy spędzając noc na lotnisku; dodawałam wpisy prosto z Nowego Jorku, siedząc w hostelu w Kalifornii czy – tak jak teraz – jadąc pociągiem. Słowa, które niejednokrotnie adresowaliście do mnie są jednoznacznym potwierdzeniem tego, że było warto. Cztery dni temu dostałam formularz dotyczący wyboru preferowanego lotu do domu. Moja przygoda wielkimi krokami zbliża się ku końcowi, dlatego dzisiejszy felieton jest dla mnie szczególny, bo tworzę go ze świadomością, że to już ostatni.

Bezustannie w podróży – tak wyglądał mój ostatni rok. Nieważne czy mniejszej, czy większej. Czy prawdziwej, czy tylko w mojej głowie. Nawet, kiedy z różnych przyczyn nie mogłam rzeczywiście wyruszyć w drogę, wciąż snułam plany na nadchodzące wyjazdy. Odkryłam, że już sam etap planowania sprawia mi niesamowitą radość. W ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy spacerowałam po Brooklyn Bridge, wspinałam się na Wzgórza Hollywood, przez semestr uczęszczałam do amerykańskiego collegu, brałam udział w proteście przed Massachusetts State House w Bostonie, nauczyłam się niemal na pamięć rozkładu korytarzy w chicagowskich muzeach, wyruszyłam w road trip po Wschodnim Wybrzeżu, jak i po Południowej Kalifornii. Mój subiektywny spis miejsc wartych zobaczenia był mimo wszystko o wiele dłuższy i przyznaję, że nie udało mi się wszędzie dotrzeć. Jednakże owe wszędzie wciąż pozostaje na mojej liście, bo – choć niedługo wracam – nie mówię ostatniego słowa.

Decyzje są najlepsze, kiedy podejmuje je osoba, której rzeczywiście one dotyczą.

Do kroku, jakim był udział w programie Au Pair, nikt mnie szczególnie nie zachęcał, lecz jednocześnie nikt mi go wyraźnie nie zabronił. Wyprawa do Stanów niemal od początku do końca była moją świadomą decyzją i – mimo że mam świadomość, że nie każdy ma tak wyrozumiałych bliskich jak ja – każdego będę do takiego posunięcia namawiać. Marzyłam o Ameryce przez większość swojego życia, a jak twierdzi Gloria Steinem – marzenie jest formą planowania. Skoro byłam na tyle odważna, by snuć w myślach przeróżne wizje o krainie dolarem i Colą płynącej, dlaczego nagle miałabym stchórzyć i nawet nie starać się ich zrealizować?

W sytuacjach mniej lub bardziej kryzysowych powtarzałam sobie, że nikt nie odbierze mi nagromadzonych wspomnień. Dzisiaj wiem także, że nikt nigdy nie będzie w stanie zabrać mi czasu, który dałam sobie samej na zweryfikowanie własnych planów, postanowień i relacji. W ciągu ostatniego roku mój pomysł na życie zmienił się diametralnie i prawdopodobnie nie doszłabym do podobych wniosków, gdybym znajdowała się teraz w jakimkolwiek innym miejscu.

Na zakończenie pozwolę sobie umieścić tutaj ostatni akapit z pierwszej odsłony Dziennika – po spędzeniu roku za oceanem wiem już na pewno, że żadne z poniższych słów nie mija się z prawdą.

Podanie o przyjęcie na studia zamieniłam na formularz wizowy. Indeks na paszport. Pierwszy rok licencjatu na dwanaście miesięcy na innym kontynencie. Z dala od rodziny, przyjaciół, wszystkiego, co mi bliskie i znane. Ale jeśli nie teraz, to kiedy? Nie chcę żyć odtąd-dotąd, przez zaniechanie, według utartych schematów. Jakkolwiek patetycznie to brzmi, wierzę, że trzeba dać życiu szansę i w miarę możliwości robić wszystko, aby było ono jak najbardziej kolorowe. Wbrew wszystkiemu chwyciłam za swoje kredki i Was także do tego namawiam.

Dwa pierwsze cytaty w wolnym tłumaczeniu pochodzą z książki Glorii Steinem My Life on the Road. 

Dominika Kanafa

Jej znakiem rozpoznawczym jest szeroki uśmiech, którym obdarowuje otoczenie bez względu na porę dnia czy nocy. Ciągle w ruchu. Zatrzymuje się tylko po to, by czasami narysować coś na kolanie. Nie potrafi funkcjonować w ciszy. Miłośniczka historii sztuki i kotów. Uzależniona od teatru, muzyki, kina, jedzenia, szminek, miętowej herbaty, podróży i ludzi. Niepoprawna optymistka. Drażnią ją ludzie o ograniczonym światopoglądzie stąd-dotąd. Wierzy, że nie ma rzeczy niemożliwych i stara się wyciskać z życia, ile się da.

2 komentarze
  1. Serdecznie pozdrawiam ,gratuluję udanego roku ,Śledziłam to co robisz z ciekawością .Pozdrawiam Czajkowska

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany