Śpieszmy się kochać wenę, tak szybko odchodzi

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, skąd autorzy tekstów czerpią inspiracje do ciągłego tworzenia? Czytając gazety, książki, telegazetę i miliony treści w Internecie, trzeba mieć świadomość, że bez względu na poziom merytoryczny tych publikacji, stoi za nimi realny człowiek. Taki, który czasami ma wszystkiego dosyć, ma gorszy dzień albo niepohamowaną chęć odcięcia się od Worda, chociaż na jeden dzień. Ze szczególnym niedowierzaniem od zawsze spoglądam na autorów książek. Kolumnę tekstu, przy dobrych lotach, każdy jest w stanie napisać, ale potężną książkę (kilka tomów, o zgrozo!) – tylko niewielu.

Najbardziej oklepanym i banalnym stwierdzeniem twórców jest, że inspiruje ich wszystko wokół. Przyznaję jednak, że bez względu na to, jak trywialnie to brzmi, jest w tym mnóstwo prawdy. Całe złoża inspiracji otaczają nas ze wszystkich stron. Są ukryte w zjawiskach, wydarzeniach, uczuciach, ludziach, ale także głęboko w nas. Ta ostatnia opcja jest mi, czytelnikowi, najbliższa. To takie treści sprawdzają się najlepiej, bo ich autentyzm porusza nasze serca. Łapie mięsień sercowy ukryty w klatce piersiowej i ściska go na dłuższą chwilę. Znacie to uczucie? Tak? To jest właśnie prawdziwa sztuka.

Inspiracje są wszędzie. Twórcy nakręcają się wszystkim. Słuchają na słuchawkach najbardziej melodyjnych utworów Katy Perry, a innego dnia, powolnych skrzypków i odgłosów wprost z Kampinosu. Inni wolą tworzyć w ciszy, bo w niej można usłyszeć coś, czego w przeciwnym razie nie byłoby się w stanie wyłapać. Można np. usłyszeć sąsiadów z góry, na dworze zaś skrawek jakieś rozmowy telefonicznej i już rodzi się w głowie temat na tekst. Nic tylko łapać za komputer. I pisać. Zimą natchnienie pojawia się wraz z płatkami śniegu opadającymi bezwładnie na zmarznięte dłonie; wiosną, wraz z rodzącymi się do życia liśćmi i pąkami, które na naszych oczach ukazują swe piękno światu. Latem nadchodzi wraz z rozgrzanymi buziami skierowanymi ku słońcu i nocnymi powrotami do domu, często pod wpływem alkoholu. Jesienią inspiracje przybywają wraz z pluchą, mroźnymi wiatrami i marazmem, który zadomawia się w umysłach i ciałach.

Umówmy się, wena jednak nie przychodzi ot tak. Należy ją w sobie pielęgnować, podlewać jak delikatną roślinkę, doglądać jak ząbkujące niemowlę, a przede wszystkim – dbać, aby jej nie zaniedbać. Zaniedbanie jest najgorsze, bo może skończyć się dla twórcy, mówiąc wprost – tragicznie. Jak mówią, mięsień nieużywany zanika, tak i chęć komentowania w tekstach otaczającej rzeczywistości, również może zaniknąć. Boże, chroń!

Pisać uwielbiałam od zawsze, ale dopiero na studiach przeszłam przez niezły obóz zagłady, którym było pisanie tekstów totalnie dla mnie odległych, nieinteresujących i, mało tego, w ilościach hurtowych. My, grupa zapalonych studentów dziennikarstwa i nowych mediów, z idealnym wyobrażeniem na temat tego, jak ta nasza przygoda ma wyglądać, zderzyliśmy się z rzeczywistością już pierwszego dnia. Pisaliśmy teksty jak maszyny. Tematy były różne: od polityki, przez cywilizację Chin, rynek giełd, premiery kulturalne, sytuację na Bałkanach czy sprzedaż węgla. Po tygodniu takiego intelektualnego wysiłku, mieliśmy poczucie kompletnego wypalenia. Momentami, co nie zabrzmi wcale inspirująco, ale jak najbardziej będzie związane z prawdą, czuliśmy, że napisaliśmy już wszystko, co było do napisania, że więcej już nie potrafimy. Okazało się, że tworzenie treści, w ilościach takich jak produkcja bielizny w chińskiej fabryce, niszczy nas, a nic fantastycznego nie powstaje na siłę. Na zawołanie. Zrozumieliśmy szybko, że tylko teksty stworzone z pomysłem i nieprzymuszone deadlinem są w stanie się obronić. Prawda zawarta w słownych małżeństwach zawsze się obroni, a czytelnicy to mądre bestie, które wyczuwają każde zakłamanie, każdy fałsz.

Chęć pisania jest potrzebna do stworzenia czegoś dobrego. Mimo to, zdarzają się momenty inspiracyjnej posuchy. Ale uwaga! Jak śpiewali w Budce Suflera: a po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój, tak po chwili zwątpienia, chwilowego wypalenia i uczucia, że jest się pontonem bez powietrza, wreszcie przychodzi upragnione olśnienie. Nagle zdania same się rodzą, palce ze zdwojoną siłą chcą tańczyć po klawiaturze i tworzyć niesłychane zbitki słowne, a mózg produkuje tysiąc tematów na minutę, że aż ciężko się zdecydować od czego zacząć. To moment święta dla każdego autora. Chwila, kiedy całym sobą chce się napisać jakiś tekst. Taki prosto z serca.

Drodzy, śpieszmy się kochać wenę, tak szybko odchodzi. Całe szczęście jest ona jak bumerang, szybko znika, ale zawsze, prędzej czy później – wraca.

Milena Fringee

Kojarzę słowa w pary - żongluję nimi, na pozór karłowate, scalam w finezyjne duety

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany