Trzy razy wiosna: Brodka, Tove Jansson i pikniki

Wiosna jest najbardziej wyczekiwaną przeze mnie porą roku, a przez to – ulubioną. Całą zimę wyczekuję powrotu zieleni, pierwszej wiosennej burzy, ciepłego wiatru i słońca. Gdy tylko termometr pokazuje przynajmniej 10 stopni, zaklinam i wywołuję wiosnę kolorowymi sukienkami i zdecydowanie niedostosowanymi do pogody odkrytymi kostkami i cienkimi płaszczami. Wiosna wkrada się nie tylko do mojej szafy, ale i na półkę z książkami, do playlisty i na talerz. Celebruję każdy pierwszy promień słońca, ciesząc się kolorem i światłem po szarej zimie.

Dłuższe dni i przyjemniejsza dla ciała i ducha temperatura dodają energii i sił do działania. Pierwszym symptomem poziomowego entuzjazmu są zdecydowane zmiany poczynione w mojej playliście. Odstawiam na bok melancholijne ballady czy smutne ambienty i włączam coś, co sprawia, że nogi same tańczą. Od kilku dobrych lat wiosennej energii niezmiennie dostarcza mi Brodka. Z zainteresowaniem i podziwem śledzę rozwój kariery Moniki. Chętnie słucham zarówno tego, co sama tworzy, jak i z przyjemnością zaglądam do jej inspiracji w trójkowej audycji Lamenty i odmęty. Co wiosnę zapętlam Grandę – przełomowy krążek, który wyniósł Brodkę na szczyty muzyki alternatywnej. Ta płyta jest dla mnie kompletna, rzadko kiedy słucham jej wybiórczo, zwykle kończy się na przesłuchaniu od początku do końca. Po tylu przesłuchaniach sama nie wiem, czy wracam do Grandy ze względu na jakość samej płyty, czy z uwagi na ilość wspomnień, jakie zdążyły jej towarzyszyć. Ma w sobie wszystko co wiosenne – barwę, melodię i ciepło. Jeszcze tylko lato mogłoby się kłócić o przywłaszczenie sobie Grandy, dla mnie pozostanie ona jednak typowo wiosennym krążkiem, który zapowiada długie ciepłe wieczory i piekące słońce.

Wiosną częściej niż powinnam budzę w sobie wewnętrzne dziecko i wracam do ukochanych literackich postaci. Kiedy miałam 10 lat, każdej wiosny myślałam o tym, jak pięknie byłoby malować pisanki, zbierać narcyzy i skakać po płocie w towarzystwie dzieci z Bullerbyn. Każdego lata, jesieni i zimy przypominam sobie opowiadania z doliny Muminków dedykowane właśnie tym porom roku. Tak się nieszczęśliwie składa, że piękna wiosna nie doczekała się osobnej pozycji, ale to właśnie w marcu zaczytywałam się w książce Tove Jansson – Mama Muminków. Za kochanymi na całym świecie postaciami z Doliny Muminków stała silna kobieta o pięknej duszy. Tove dorastała w artystycznej rodzinie, w której towarzyszyło jej nieustające uczucie, że może więcej. Lektura traktuje przede wszystkim o trudnej drodze na szczyt – wyrzeczeniach i rozczarowaniach. Wreszcie o pułapce własnego sukcesu, kiedy Muminki zaczęły stawać się rozpoznawalnym towarem, inne prace literackie, malarskie i rzeźby zostały nimi przyćmione. Miło obserwować coraz większe zainteresowanie wydawców niemuminkową twórczością artystki i piętrzące się na półkach księgarń biografie, opracowania i zapomniane przez lata opowiadania.

Źródło: Pinterest

Kto mnie zna, wie, że uwielbiam gotować, jednak gdy przychodzi wiosna, bardziej ciągnie mnie na zewnątrz niż do przysłowiowych garów. Mam to szczęście, że mieszkam w bliskim sąsiedztwie targu, gdzie chodzę choćby po to by nacieszyć oko nowalijkami i powrotem świeżych, pachnących ziół, warzyw i owoców. Jako że po miesiącach zimna i szarości słońce zachęca do spędzania czasu na zewnątrz, najlepszym rozwiązaniem jest jedzenie na wynos, przygotowane własnoręcznie, rzecz jasna. Gdy tylko na straganach pojawiają się chrupiące rzodkiewki, pachnące ogórki i zielony szczypiorek, przygotowuję wiosenny twarożek z warzywami. W drugim wariancie – pasta z najbardziej przywołującego wiosnę owocu – zielonego awokado. Pasty rozsmarowuję na chrupiącym pieczywie, ładuję do plecaka i biegnę łapać pierwsze promienie słońca. Nawet najprostsze jedzenie – garść truskawek, zawinięte w papier kanapki czy lemoniada smakują najlepiej na świeżym powietrzu. Najlepiej razem z prowiantem spakować książkę albo wziąć na spacer dobrego przyjaciela, a wtedy proste składniki spożywane na trawie urosną do rangi prawdziwej uczty.

Źródło: Pinterest
Kasia Siewko

Zakochana w Katowicach i brzydkiej architekturze. Zapytana o ulubioną poetkę od wielu lat odpowiada- Poświatowska.

1 Komentarz
  1. Bardzo ładna, wiosenna refleksja. Szkoda tylko, że znów zima. Jednak i ona ma swoje uroki. Więcej czasu na książki i picie herbaty. Co do Muminków, cały ten ich mikrokosmos był bardzo pięknie wykreowany. Na pewno była to jedna z moich bajek młodości, którą lubiłem oglądać. Potem widziałem też jakiś pełnometrażowy, chyba japońsko-belgijski film o nich, czyli „Kometa nad Doliną Muminków”. Pamiętam, że była to chyba jedyna pełnometrażowa animacja, którą obejrzałem, w nieistniejącym już siemiatyckim kinie „Chrobry”. Czytałem w jakimś tekście, chyba z „Wysokich Obcasów” tekst na temat pisarki, artystki Tove Jansson. Była tam wzmianka, czego nie wiedziałem, bo aż takim jej fanem nigdy nie byłem, że miała preferencje homoseksualne. Czyli była lesbijką. Tę jej biografię, też bym sobie być może przeczytał. Ogólnie skandynawski film, literatura, sztuka, mają swój wyjątkowy klimat, nastrój, jakąś poezję. Swego czasu, to już piszę na marginesie, zrobił na mnie wielkie wrażenie film „Kontener” Lukasa Moodyssona. Zachwyciłem się tym niszowym, awangardowym dziełem. Wyjątkowo ciekawe kino.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany