Na ekranie, za kurtyną…

Iga: Długo byłam na bakier z Teatrem Telewizji. Bo to jednak telewizja, a mój związek z telewizją nie jest zbyt zażyły. Na dodatek w teatrze zawsze najbardziej fascynowała mnie bliskość drugiego człowieka, fakt, że wszystko dzieje się tu i teraz. Do teatru za szkłem musiałam się więc dość długo przekonywać. Półtora roku temu, gdy zdecydowałam się pisać o nim pracę licencjacką, byłam już jednak na etapie: Jak to dobrze, że istnieją spektakle telewizyjne! Wciąż nie rozumiałam jednak, czym taki spektakl różni się od normalnego filmu; nie wiedziałam, gdzie doszukiwać się tych subtelnych elementów odróżniających teatr od kina; gubiłam się w definicjach. Poświęciłam temu konkretnemu tematowi cały rozdział, a i tak miałam wrażenie, że wiem o nim bardzo mało. W ogóle – o Teatrze Telewizji nie dość, że mało się mówi, to na dodatek – bardzo mało się pisze. Moja bibliografia świeciła pustkami. Z tego powodu postanowiłam dołączyć do swojej pracy ankiety. Zadałam w niej najbanalniejsze pytanie: Czy ogląda Pan(i) spektakle telewizyjne? I bardzo, ale to bardzo zasmuciłam się wynikami. Wiesz, że tylko 20% ankietowanych odpowiedziała twierdząco?

Justyna P.: Myślę że z Teatrem Telewizji jest podobnie jak z teatrem – widownia jest i będzie, ale są to stale ci sami ludzie, od lat wiernie śledzący telewizyjne realizacje. Dlatego ich pierwiastek w takim badaniu jest niewielki i nie napawa optymizmem. Z drugiej strony zawsze był problem dobrego umiejscowienia Teatru Telewizji w ramówce – a to za wcześnie, a to za późno, a to konkurował z jakimś serialem, dla dużej części Polaków stanowiącym cotygodniowy rytuał wspólnego oglądania. Kto wie, może to, w połączeniu z dość mizernym reklamowaniem Teatrów Telewizji, też ma jakiś wpływ na to, że nadal tak rzadko poświęcamy im uwagę?

Dla mnie Teatr Telewizji to przede wszystkim pierwsza forma kontaktu z wielkimi nazwiskami, której doświadczyłam długo przed tym, zanim zaczęłam interesować się teatrem jako takim. Jako nastolatka nie miałam możliwości takiego swobodnego kontaktu ze sztuką, jaki mam dziś. Telewizyjne spektakle (często odkopywane w czeluściach Internetu) służyły mi więc za jedyną możliwość poznania, przynajmniej w takiej formie, jak z teatralnym tekstem radzili sobie niektórzy aktorzy, reżyserzy…

Iga: Masz rację, Teatr Telewizji to genialna alternatywa dla tych, którzy na co dzień zwyczajnie nie mają możliwości obcowania z – tutaj pewnie pojawi się oburzenie niektórych czytelników tym sformułowaniem – kulturą wysoką. Po Twojej wypowiedzi przypomniałam sobie także, że wyniki ankiety wykazały dokładnie to o czym mówisz – wielu korespondentom nie odpowiadała godzina emisji spektakli telewizyjnych, jeszcze inni – szczególnie ci młodsi – nie wiedzieli w ogóle o istnieniu Teatru Telewizji! To smutne, niemniej chyba wszyscy mamy świadomość, że po części wynika to z tego, jak po macoszemu traktowany jest w medium telewizyjnym teatr.

Skupmy się jednak na superlatywach, których też jest przecież niemało. W tym roku Teatr Telewizji kończy przecież… 65 lat! Co prawda na prawdziwy pokaz całego spektaklu widzowie musieli poczekać do listopada 1953 roku (było to przedstawienie Okno w lesie wyreżyserowane przez Słotwińskiego), ale już w październiku 1952 roku telewizja wyemitowała pierwszy, trwający około 30 minut, program składający się z montażu form artystycznych. Kiedy myślę o początkach Teatru Telewizji, zachwyca mnie fakt, że jego funkcjonowanie znacznie różniło od jego współczesnego modelu. Spektakle grane były w studiu telewizyjnym i pokazywane w telewizji na żywo. Nikt zapewne nawet nie przypuszczał, że wkrótce model ten odejdzie w niepamięć i zostanie zastąpiony elektronicznym rejestrowaniem dzieł. Wszystkie następujące po sobie zmiany, rozwój technologii, efekty specjalne stosowane w spektaklach przełożyły się na ilość produkcji. W latach 90. przygotowywano średnio 100 spektakli rocznie! W porównaniu ze współczesnymi statystykami, gdzie produkcja 10 telewizyjnych przedstawień uznawana jest za sukces, robi to wielkie wrażenie…

„Okno w lesie”, źródło: Tvp.pl

Justyna P.: Dlatego ja chętnie odkopuję nagrania archiwalne i bardzo ubolewam, że tak niewiele z nich się zachowało. To 65 lat tradycji w sposób niedostateczny pielęgnowanej. Szkoda, bo właśnie w tym tkwi dla mnie magia Teatru Telewizji – choć nie oddaje emocji, towarzyszących spektaklom na żywo, pozbawia teatr ulotności, pozwala sięgać do tego, czego – chociażby z racji wieku – nie mogliśmy zobaczyć. I nie mielibyśmy takiej możliwości, gdyby nie to, że ktoś, kiedyś wymyślił, aby realizować te nagrania. Przecież to niezwykłe widzieć dziś, jak kiedyś robiono Czechowa, Dostojewskiego, Gombrowicza, Fredrę; jak reżyserowali Grzegorzewski, Jarocki, Bardini, Hanuszkiewicz, Hübner. Poza tym ile wybitnych kreacji aktorskich powstało przez te lata! Dlatego żałuję, że ze Złotej Setki Teatru Telewizji (czyli rankingu stu najlepszych spektakli w historii TT, stworzonego w 1999 roku przez Akademię Teatru Telewizji), niewielki ułamek daje się odnaleźć w archiwach.

Chciałabym móc kiedyś wracać do moich ulubionych spektakli, odkrywać w nich coś po latach na nowo. Dlatego cieszę się, że jeden z tych ukochanych spektakli – Tango, w reżyserii Jerzego Jarockiego – o którym pisałam już w osobnym tekście, jest właśnie tym spektaklem, który wciąż mogę oglądać w Teatrze Narodowym, ale też mogę w każdej chwili wrócić do nagrania z 2012 roku. Coraz więcej jest jednak spektakli, które powstały wyłącznie na potrzeby Teatru Telewizji i nigdy na deskach teatralnych nie gościło. Masz wśród nich jakichś szczególnych ulubieńców?

Iga: Oczywiście! Trudno będzie wybrać mi tylko kilka tytułów, ale postaram skupić się na tych spektaklach, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Wszystko – mam tu oczywiście na myśli moją przygodę z Teatrem Telewizji – zaczęło się chyba od Trzech sióstr Czechowa w reżyserii Bardiniego. To właśnie w tym spektaklu (zrealizowanym w 1974 roku) debiutowały trzy genialne aktorki: Ewa Ziętek, Krystyna Janda i Joanna Szczepkowska. Młodym aktorkom debiutowali doświadczeni aktorzy – Bronisław Pawlik, Zbigniew Zapasiewicz czy Jerzy Kamas. Obejrzałam Trzy siostry Bardiniego z obowiązku, ale potem wielokrotnie powracałam (i powracam) do tego spektaklu z wielką czułością i sentymentem. Lubię wykreowany przez Bardiniego świat, lubię jego metafory (jak chociażby ta pojawiająca się w scenie, w której Czebutykin tłucze zegar). I przede wszystkim – lubię Czechowa, uważam, że jego teksty stworzone są dla teatru.

„Trzy siostry”, źródło: Teatrtelewizji.tvp.pl

Pozostając jeszcze na moment w latach 70., nie mogę nie wspomnieć o Mężu i żoniespektaklu Bohdana Korzeniowskiego, opartym na dobrze znanej wszystkim komedii Aleksandra Fredry. To właśnie po tej sztuce zakochałam się w Marcie Lipińskiej, jak również utwierdziłam w przekonaniu, że Zapasiewicz to aktor doskonały. Lata 80. to Nie-Boska komedia w reżyserii Zygmunta Hübnera. Nigdy nie byłam miłośniczką dramatu Krasińskiego, od zawsze romantyzm był moją znienawidzoną epoką, ale wykreowany przez Hübnera świat pochłania mnie bez reszty. Bez wątpienia duża jest w tym także zasługa pięknej Anny Dymnej, wcielającej się w postać Żony. Rok 1988 to Ławeczka Macieja Wojtyszki – cudowny popis aktorskich zdolności Joanny Żółkowskiej i Janusza Gajosa. Tekst Aleksandra Gelmana opowiada o spotkaniu dwojga zwyczajnych ludzi, w zwyczajnym parku, którzy próbują dowiedzieć się o sobie czegoś (nad)zwyczajnego, pragną swojej akceptacji.

Muszę się tutaj przyznać, zupełnie szczerze, że mam duże zaległości w spektaklach zrealizowanych w latach 50. i 60., stąd też jako pierwszy telewizyjny spektakl wymieniłam Trzy siostry. A jak to wygląda u Ciebie?

Justyna P.: Dla mnie jedno z pierwszych wspomnień, związane z Teatrem Telewizji to Teorban – sztuka oparta na tekście francuskiego dramaturga Christiana Siméona w przekładzie Barbary Grzegorzewskiej, reżyserowała Maria Zmarz-Koczanowicz. Spektakl ten powstał z okazji ósmej rocznicy ataku na World Trade Centre i stanowi odtworzenie wydarzeń z 11 września, z perspektywy Joanny – młodej kobiety, grającej na zabytkowym teorbanie (w tej roli Magdalena Walach) oraz jej partnera Grega (Rafał Maćkowiak), pracującego w jednym z biurowców, w który tego dnia uderzają samoloty Al-Kai’idy. Kiedy Joanna zostaje przypadkowo zatrzaśnięta w mieszkaniu, z którego nie może się wydostać, nie wie jeszcze, że nie dotarcie na przesłuchanie nie będzie najgorszym, co może jej się tego dnia przydarzyć. Choć to spektakl stosunkowo młody (podchodzi z roku 2009), wspominam go szczególnie, niekoniecznie dlatego, że był wyjątkowo dobry, ale dlatego, że było to jedno z moich pierwszych, w pełni świadomych spotkań z typowo telewizyjną, nowoczesną realizacją.

„Teorban”, źródło: Teatrtelewizji.tvp.pl

Jeśli miałabym wskazać jednak na najstarszy spektakl, który oglądałam, na myśl przychodzą mi Damy i huzary z 1973 roku. Danuta Szaflarska, Ryszarda Hanin, Zofia Kucówna – prawdziwa uczta aktorska, w wykonaniu przecudnych Pań. Cieszę się, że do tego tekstu powróciła po przeszło 40 latach Krystyna Janda, równie uroczo ujmując ten fredrowski utwór, który swoją drogą – na równi ze Ślubami panieńskimi – nigdy nie należał do moich ulubieńców, dopiero w teatralnej otoczce zyskał dla mnie na wartości. Wielokrotnie zresztą serwowałam sobie Teatr Telewizji jako dodatek do przeczytanej lektury i tak wyróżnić mogę tu jeszcze z pewnością Zbrodnię i karę Wajdy z 1987 roku z fantastycznymi kreacjami Jerzego Radziwiłłowicza i Jerzego Stuhra.

Iga: Gdy myślę o współczesnym Teatrze Telewizji, mimowolnie mam przed oczami Między nami dobrze jest Grzegorza Jarzyny; spektakl, w którym Osowiałą Staruszkę zagrała cudowna Danuta Szaflarska. Nie mogę napatrzeć się na aktorkę w tym przedstawieniu, wielokrotnie powracam do materiałów zza kulis, gdzie zapętlam moment, w którym reżyser daje Szaflarskiej wskazówki. Rozczula mnie to niesamowicie. Rozczulają mnie monologi Staruszki o wojnie, które w ustach Szaflarskiej – prywatnie biorącej udział w Powstaniu Warszawskim – brzmią niezwykle autentycznie i wzruszająco. I ten wygląd wspomnianej Osowiałej Staruszki, współgrający idealnie z wyglądem Małej Metalowej Dziewczynki (Aleksandra Popławska). Nigdy nie byłam miłośniczką twórczości Masłowskiej (dla przypomnienia – Między nami dobrze jest to jej dzieło), ale wizję Jarzyny mogłabym oglądać wielokrotnie.

„Między nami dobrze jest”, źródło: Culture.pl

W ogóle mam wrażenie, że rok 2015 był łaskawym czasem dla Teatru Telewizji. Wtedy też pojawił się przecież na ekranie spektakl Ich czworo w reżyserii Marcina Wrony. Po prawie 110 latach od premiery, tekst Zapolskiej ożył na nowo dzięki nowoczesnej interpretacji Wrony. I dzięki – moim zdaniem – fenomenalnych kreacji aktorskich Małgorzaty Kożuchowskiej i Agaty Buzek.

Pamiętam też doskonale transmisję, prosto ze studia telewizyjnego, monodramu Janusza Gajosa – Msza za miasto Arras. To był grudzień, byłam wtedy na wymianie studenckiej w Pradze i przez cały dzień myślałam tylko o tym, czy uda mi się obejrzeć ten spektakl, czy znajdę połączenie internetowe… Udało się, a ja do dzisiaj cytuję czasem niektóre teksty ze sztuki.

„Pamiętam, jak grało się Teatr TV na żywo – to dopiero było coś. Mówiło się wtedy, że to forma teatru, która dociera do ludzi w najdalszych zakątkach kraju. I to była prawda. Ludzie we wsiach, małych miasteczkach mieli okazję zobaczyć najwspanialszych aktorów. Mogli oglądać wartościowe przedstawienia i przede wszystkim wybitne klasyczne dzieła. Dziś telewizjami rządzą reklamodawcy i chyba wszystko skurczyło się do tego poziomu”.

– Janusz Gajos

Justyna P.:  Jest coś magicznego w transmisjach na żywo i cieszę się, że po latach zdecydowano się kilkukrotnie do tej tradycji nawiązać. Z czułością wspominam zarówno wieczór przed ekranem z Boską, jak i z Daily Soup – spektaklem Teatru Narodowego z cudną, wspomnianą przez Ciebie Danutą Szaflarską, lecz również z niezapomnianą Haliną Skoczyńską oraz z genialnie dopełniającym kobiece grono, Januszem Gajosem. Co ciekawe, wszystkie transmisje gromadziły ponad milionową widownię. Więc może to jest kluczem do sukcesu? Może faktycznie chętniej oglądamy teatr, który daje nam poczucie oglądania czegoś, co dzieje się tu i teraz?

Przyznaję, że najbardziej lubię spektakle, realizowane w teatrach. Nie muszą być transmitowane na żywo, najważniejsze, żeby zachowane było środowisko naturalne, czyli scena. Lubię te ciemne, tajemnicze przestrzenie, skrzętnie przygotowane scenografie. A najbardziej lubię widok aktorów, po tej scenie się przechadzających, to zawsze wzbudza we mnie szczególne emocje, niemożliwe do odtworzenia wtedy, gdy akcja zostaje przeniesiona w inne miejsce.

Co nie zmienia oczywiście faktu, że wiele realizacji Teatru Telewizji w ten sposób stworzonych uwielbiam. Do moich ulubionych dodałabym jeszcze W roli Boga z 2010 roku. Tu znów, podobnie jak w Teorbanie, odtworzone zostają nowojorskie realia, tym razem jednak akcja osadzona jest w jednym ze szpitali. Zbiera się w nim komisja, która ma za zadanie podjąć decyzję o tym, kto otrzyma serce do przeszczepu w pierwszej kolejności. Mamy w tym spektaklu przede wszystkim dyskusję o wartościach, o absurdzie ludzkiego losu, o niełatwych decyzjach. To teatralny thriller z rewelacyjną obsadą, na czele której stoi wymieniany już w tym tekście wielokrotnie Janusz Gajos. Towarzyszą mu Katarzyna Gniewkowska, Magdalena Schejbal, Dominika Ostałowska, Andrzej Zieliński, Krzysztof Stroiński i Paweł Królikowski.

Iga: Teraz tak sobie myślę, że niezwykle trudno napisać o Teatrze Telewizji w kilku zdaniach. Bo im więcej piszę, tym więcej sobie przypominam i odnoszę wrażenie, że mogłabym przed komputerem spędzić całą noc, przywołując kolejne tytuły, nazwiska… A nie sposób zrobić tego przecież w jednym tekście. Tych, którzy z Teatrem Telewizji są jednak na bakier, namawiam – dajcie się przekonać, włączcie sobie kiedyś, zamiast kolejnego odcinka serialu, choć jeden spektakl telewizyjny. Zaparzcie herbatę, usiądźcie w fotelu i pozwólcie się przenieść w inny wymiar. Najbliższa taka okazja już za tydzień – 27 marca o godzinie 20:30, Śluby panieńskie w reżyserii Jana Englerta (spektakl z repertuaru Teatru Narodowego).

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

1 Komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany