Biznes, który na 100% wypali!

Zastanawiali się Państwo kiedyś nad rolą przypadku w Waszym życiu? Chyba w dziesiątkach liczyć mogę przypadkowe sytuacje, które zawsze pozostawiały dziwne poczucie oddziaływania jakiejś osobliwej energii. Splot wydarzeń, osób, faktów często wydawał się być wtedy tak niewiarygodny, że nie pozostawało nic jak rzucić się krzyżem (lub plackiem, jak kto woli) na ziemię i dziękować owej energii za pomyślność losu (lub łkać, gdy dzieło przypadku niekoniecznie miało wartość dodatnią).

Zupełny przypadek sprawił, że czytają Państwo to, co z mozołem przelałem na papier. Bo przypadkiem trafiłem w kawiarni na osobę odpowiedzialną za dobór piszących na tym zacnym portalu. Może okazać się, że to zupełnie przypadkowe spotkanie otworzy przede mną, i kilkoma osobami jeszcze, zupełnie nowe drzwi i poprowadzi w nieznane. Dlatego, że zupełnie nieprzypadkowo, po przypadkowym spotkaniu, odżył w mojej głowie pewien pomysł, który zrodził się ładnych parę lat temu. Zdradzać nie mogę, bo nie ma co zapeszać. Niemniej jednak pomysł jest już wcielany w życie.

I tu słów kilka o czymś co wyrzucić z siebie czas najwyższy. Otóż, cierpię niestety na pewną osobliwą przypadłość. Przypadłość, która sprawia, że pomysł raz pojawiający się w głowie, zazwyczaj nie umiera śmiercią naturalną. Prócz wygodnego rozmyślania, dumania i gdybania, najczęściej idę o krok dalej. Sprawę pogarsza fakt, że proces realizacji pomysłu staję się w danym momencie życia sprawą priorytetową, a reszta spychana jest na margines. Reszta – a więc wszystko i wszyscy. Droga od pomysłu do realizacji jest zazwyczaj krótka. Zaraz, zaraz, dlaczego – niestety? Przecież taki ogarnięty, przedsiębiorczy i z głową na karku facet to skarb! – wykrzyknie kilka szanownych czytelniczek, wiodących życie u boku Janusza, Piotra, czy Marcina, dla których opłacenie rachunków za energię elektryczną to zadanie z kategorii tych nie do ogarnięcia. Wyjaśniam.

Często prawdziwie ubolewam nad tym, że daleko mi do tych, którzy biorą życie w pakiecie BASIC, a pakiet ten w zupełności im wystarcza. Oczywiście, pewnie każdy z chęcią podniósłby coś więcej, gdyby grzecznie leżało tuż przed stopami, ale skoro nie leży – to trudno. A podjęcie wysiłku, żeby to coś zdobyć, leży w sferze baśni lub opowiadań fantastycznych.

Podejrzewam, że takich osobników jest zdecydowana większość. Ja jednak, niestety, lubię szukać i działać. Działać nawet wtedy, kiedy w zasadzie mam wszystkiego na poziomie wystarczającym. Jest co jeść, w co się ubrać, a nawet na przyjemności się znajdzie. Telefon póki co dzwoni i jakiś pieniądz co miesiąc wpada. No właśnie: póki co.

Jedyna podłość tego zawodu polega na tym, że niezbyt korzystnie wpływa na psychikę, jeżeli idzie o bezpieczeństwo finansowe (o emeryturze nie wspominając). Przecież telefon może przestać dzwonić! Co roku na rynek wskakuje ok. 80 absolwentów szkół teatralnych, których spokojnie można traktować jako potencjalną konkurencję. Jeśli się nie ma wyrobionej sensownej opinii na mieście, na temat swojego talentu, pracowitości, wyobraźni, umiejętności pracy w zespole itp., to z roku na rok pod naciskiem nowych, świeżych i pięknych adeptów sztuki aktorskiej, nasza pozycja na liście spada. W tym momencie możemy zacząć walić głową w ścianę jeszcze mocniej, zadając pytanie: jak, gdzie i kiedy mamy wyrobić sobie tę opinię?

Tego typu rozterki to niestety nieodłączna część zawodu aktora. Wybierając go, jeszcze nie wiemy, że czeka nas stąpanie po grząskim gruncie przez resztę życia. Przez resztę życia czekać będziemy na ten telefon, mając nadzieję, że nagle gdzieś, ktoś, przypomniał sobie o mnie. O mnie! Że właśnie ja będę pasował do roli lepiej niż setki równie utalentowanych kolegów.

I to właśnie dlatego staram się robić wszystko, aby ten telefon nie był zbawienny. Więcej! Abym mógł powiedzieć nie, dziękuję, kiedy dzwonią z propozycją zagrania w czymś, w czym grać zwyczajnie nie mam ochoty, albo zamanifestować, że aktor też swoją godność ma i za 2 zł, to ja dziękuję, postoję. Jeśli myślą Państwo, że w tym zawodzie wszyscy zarabiają tyle, że stać ich na luksusowe apartamenty i wakacje na Bali, to duży błąd. Bardzo duży. Jeśli komuś powodzi się dobrze, najczęściej okupione jest to ciężką pracą. Pozowanie na ściankach, wywiady, pokazywanie się w mediach to część tej ciężkiej pracy. Proszę jednak pamiętać, że nie zawsze ma się ochotę na bycie osobą publiczną, uśmiechy na zawołanie i bycie miłym.

Osobnik taki jak ja na swoją popularność nie ma co liczyć. Z domu wyniosłem cechy, które pchają mnie do nieustannego kombinowania. Potrzeba zapewnienia spokoju finansowego (a w następstwie psychicznego) bierze się z wewnętrznego dziecka, które zakodowane ma pamięci wieczne przepychanki o kilka złotych – bo nie starczy do pierwszego. Powiedziałem sobie: nie! Nie chcę nigdy, od nikogo usłyszeć, że nie wystarczy do pierwszego. Że dziadujemy, że co to za życie. Nie!

Więc kombinuję. Niestety, dlatego, że mógłbym czasem mniej. Że nie potrzeba aż tyle. Że realizacja kolejnych pomysłów nie jest po prostu dobrym pomysłem. Że inwestycje pochłonęły już naprawdę sporo pieniędzy. Że może lepiej odpocząć. Że czas najwyższy korzystać z życia! Proszę mi wierzyć, że w głowie poddaję solidnej weryfikacji pomysły, w które warto byłoby zainwestować. Było tego (i nadal jest) sporo. Dla zobrazowania: import szczoteczek do zębów z Chin, perfumeria internetowa, aplikacja na smartfony, doradzająca w wyborze najlepszych filmów na domową randkę, pizzeria franczyzowa w mieście rodzinnym na Podkarpaciu, internetowy portal oferujący gotowe rozwiązania sprzedażowe dla lokalnych sprzedawców, a obecnie – rolki sushi oraz to coś, z czym nie będę zapeszał. Oczywiście to kropla w morzu tego, co przewija się codziennie przez moją głowę i kropla w morzu obowiązków, które przy okazji inwestowania w kolejne biznesy, wykonywać jednak trzeba. Skąd brać na to czas?

Drogie Panie! Być może zauroczone tym elokwentnym, operatywnym Panem, proszę łaskawie porównać czy ów Janusz, Piotr czy Marcin, który w zasadzie po robocie życie spędza w domu i jest do dyspozycji, czy nie jest lepszy od takiego, co próbuje zmieniać świat? Co go na okrągło nie ma? A jeśli jest, to i tak nie ma, bo głowa gdzieś daleko, pochłonięta Bóg wie czym. Czy jest sens się w to pakować? Tolerować i znosić te wszystkie biznesy, które na 100% wypalą?

Pewnie i nie ma. Niestety. Dla mnie niestety, rzecz jasna. Jednak wcale nie łkam i nie płaczę. Dlatego, że dzień, w którym nie stworzy się czegoś, choćby najmniejszego drobiazgu, choćby myśli, która może kiedyś zakiełkuje, choćby nowej znajomości albo po prostu pozytywnej energii, jest dniem straconym. Innego życia nie uznaję, nie chcę i nie lubię.

Paweł Ciołkosz

Aktor, który prócz spełniania się w swoim ukochanym zawodzie, próbuje wgryzać się w świat z każdej strony. Zamiast leżeć woli postać i przy okazji zrobić coś pożytecznego. Morze, sport, dobre jedzenie... Nic nadzwyczajnego.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany