Gdzie Dolan mówi dobranoc… – recenzja ,,To tylko koniec świata”

Będąc na bieżąco z dokonaniami młodego Kanadyjczyka – Xaviera Dolana, byłem przyszykowany na pewną stylistyczną pułapkę, którą reżyser serwuje swoim widzom niemal w każdym prezentowanym przez siebie filmie. Spodziewając się psychologicznej wycieczki, w dość niepokojącą naturę portretowanych przez Dolana bohaterów – od pierwszych sekund To tylko koniec świata,  zaangażowałem się w behawioralne tło historii, wierząc bohaterom w słowa, czyny i nadekspresyjne charaktery. Problem pojawił się jednak wtedy – gdy owa wybuchowość dostarczana nam w postaci zalewających kadr fali agresji, trwa przez dziewięćdziesiąt minut – i wychodząc z seansu masz jedynie wrażenie, że kupiłeś bilet na zbyt długą sztukę, która pokonała reżysera gdzieś między kolejnymi ujęciami. Ale!

 

Zdjęcie pochodzi z serwisu internetowego http://www.imdb.com

 

Największą wartością To tylko koniec świata są aktorzy. Reżyser odpina pasy bezpieczeństwa, zaprasza ich do swojego świata, który notabene pędzi bez jakichkolwiek hamulców – i pozwala im na wszystko. Ważne, by było mocno, dosadnie i okrutnie. Bo to kamera kocha najbardziej, to uwypukla na ekranie najważniejsze grymasy i szarże. Przez to również, film nie jest jednostajny – choć możemy wysnuć argumenty, że historia traktuje jedynie o rozmowach o niczym, gdyż widz wrzucony w środek zawirowań rodzinnych, nie dostaje żadnych konkretnych wskazówek, nie wiemy co się stało wcześniej, dostajemy tylko skrawki informacji, mających wytłumaczyć kolejne wybuchy i pułapki rodzinne.

Na wyróżnienie z grupy wspaniałych francuskich twarzy, zasługują przede wszystkim Vincent Cassel oraz Marion Cotillard. Oboje zdają się porzucać swoje wypracowane emploi i całkowicie oddają się wizji reżyserskiej, kształtując się na nowo jako aktor, ale przede wszystkim jako wiarygodna postać, której – my jako widzowie – ufamy najbardziej.

 

Zdjęcie pochodzi z serwisu internetowego http://www.imdb.com

 

To Tylko koniec świata zasługuje jeszcze na jedną pochwałę – mianowicie montaż połączony z muzyką, która eksponuje nawet najmniejsze emocjonalne zacięcia. Xavier Dolan od swojego głośnego debiutu, jakim był Zabiłem moją matkę – obraz równie mocno nacechowany trudną psychologiczną rozgrywką między dwoma najważniejszymi postaciami, był przepełniony popkulturową wrażliwością reżysera. Teledyskowe ujęcia, kadry – sposób łączenia poszczególnych scen, przepiękne utwory.

To wszystko wyróżnia filmy Dolana na tle innych twórców młodego pokolenia.

Skąd więc moje zażalenia ze wstępu? To tylko koniec świata jest adaptacją sztuki teatralnej, w której na pierwszy plan wychodzą nagie relacje, które zazwyczaj są skrzętnie ukrywane na tle rodzinnych więzi.

Ból, gniew, rozczarowanie, śmierć, przemijanie, starzenie się – o tym głównie mówi zarówno sztuka jak i film. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy na język filmowy przekształcamy bohaterów, dane sytuacje, które nakreślone jednej do jednego względem sztuki – na taśmie filmowej wypadają karykaturalnie, obco i nieludzko. Historii wtedy brakuje ciągłości i realności – gdyż widz wybijany jest z seansu kolejnymi zgrzytami charakterologicznymi prezentowanych postaci.

 

Zdjęcie pochodzi z serwisu internetowego http://www.imdb.com

 

Popkulturowy rollercoaster, którym z lubością kieruje Xavier Dolan, w zderzeniu z subtelną i dosyć gorzką naturą podejmowanego przez niego tematu – broni się jedynie w warstwie koncepcyjnej. Aktorzy są świetni – montaż, muzyka, zdjęcia – oddają niesamowity klimat ciasnej klatki, po której bohaterowie poruszają się związani swoimi tajemnicami, emocjonalnymi wyrzutami. Ale na ekranie – nazbyt duża wrażliwość, zarysowana do skrajnej skali odczuwania wypada sztucznie i męcząco.

Po seansie film zostaje w głowie z jednego powodu – widz zastanawia się bowiem, czy widział jeden ze słabszych filmów utalentowanego Kanadyjczyka..?

Adrian Nowacki

Lubi filmy oglądać i o nich pisać.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany