Dziennik (pod)różny: Południowa Kalifornia

Chociaż doświadczenie już dawno nauczyło mnie, by starać się niczego nie oczekiwać i dać się pozytywnie zaskoczyć, zauważyłam, że podróżując trudno mi uniknąć typowego nastawiania się. Mimo że dotychczas szczególnie zachwyciły mnie miejsca, od których w większości niczego nie oczekiwałam, fakt, że posiadam subiektywną listę miast do odwiedzenia jest dla mnie dość oczywisty i naturalny. Stworzyłam ją na długo przed rzeczywistą przeprowadzką za ocean i nie jest tajemnicą, że – choć to najbanalniejsza z wszystkich możliwych opcji – jeszcze do niedawna na jej szczycie widniało Los Angeles i Nowy Jork. Dzisiaj, mieszkając tu już osiem miesięcy, muszę przyznać, że spis ten uległ całkowitej modyfikacji, a ówczesne pierwsze pozycje zostały całkowicie wykreślone.

Tygodniowej wyprawie na Wschodnie Wybrzeże – w tym do mojego wymarzonego Nowego Jorku – poświęciłam cały felieton, do którego mogę teraz odesłać wszelkich zainteresowanych. O Los Angeles natomiast nie napisałam w Dzienniku (pod)różnym praktycznie żadnego konstruktywnego zdania, mimo że było to jedno z pierwszych miejsc, które tutaj odwiedziłam. Wracając stamtąd do Chicago parę miesięcy temu, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jest to chyba jedno z największych rozczarowań w całym moim życiu. Siedząc w samolocie podczas czterogodzinnego lotu, byłam niemalże przekonana, że pokonuję tę trasę po raz ostatni, bo moja noga już nigdy więcej nie stanie w Kalifornii, a przynajmniej na pewno nie w jej południowej części.

Ojai, Kalifornia

Wyraźnie zawiedziona po pierwszej wizycie, niemalże pół roku zastanawiałam się, czy powinnam dać drugą szansę najludniejszemu i zarazem najbogatszemu stanowi Ameryki. Na moją decyzję wpłynął – jak to zwykle bywa – zbieg okoliczności. Mieszkająca tam znajoma, którą poznałam niegdyś w drodze, zaproponowała mi zrobienie małego road tripu podczas jednego z weekendów. Obiecała pokazać mi najmniej turystyczne, a zarazem w jej opinii najbardziej zachwycające miejsca w południowej Kalifornii i – jak sama przyznała – trzymanie się jak najdalej od Los Angeles jest jedyną receptą na to, by dostrzec prawdziwe piękno tego obszaru.

Nie widziałyśmy się ponad rok, dlatego w sobotni poranek podróż z lotniska w LA do pierwszego punktu na wyznaczonej trasie, mija nam niemal momentalnie. Prawdopodobnie z powodu niekończących się rozmów, lecz równie dobrze może być to kwestia, jak to określiła Natasha, jednej z najbardziej majestatycznych dróg na świecie. Rzeczywiście, Ventura Freeway – ciągnąca się wzdłuż wybrzeża Oceanu Spokojnego aż do Ventury – bez wątpienia robi wrażenie i sprawia, że jazda samochodem może być choć odrobinę przyjemniejsza.

Ojai, Kalifornia

Jestem wręcz przekonana, że podróżując w pojedynkę, prawdopodobnie nigdy nie dotarłabym do oddalonego od Los Angeles o niecałe dwie godziny drogi Ojai. Tymczasem to nieduże miasto w hrabstwie Ventura okazało się być jednym z najurokliwszych miejsc, jakie kiedykolwiek miałam okazję odwiedzić. Kultura Ojai mocno koncentruje się na ekologii, zdrowiu, duchowości, muzyce, jak i wszelkiego rodzaju sztuce lokalnej, dlatego postrzega się je jako miasto przyjazne ruchowi hipisowskiemu. Wszystko to sprawia, że nawet najprostszy sklepik zlokalizowany w śródmieściu potrafi zaprzeć dech w piersiach. Jako ciekawostkę warto dodać, że to właśnie tam kręcono Łatwą dziewczynę z Emmą Stone w roli głównej.

Nasz następny przystanek – Santa Barbara, nie bez powodu nazywana przez wielu Amerykańską Riwierą – widniała na mojej liście, odkąd po raz pierwszy zobaczyłam To skomplikowane. Już pierwsze ujęcia filmu Nancy Meyers zdają się pokazywać to, co najbardziej urzeka w jednym z najpiękniejszych miast nadbrzeżnych na świecie. Z jednej strony majestatyczne góry, z drugiej natomiast spektakularne plaże. Docieramy tam późnym popołudniem, dlatego musi mi wystarczyć krótki spacer po okolicy i wieczór spędzony w Funk Zone, czyli znajdującej się między oceanem oraz Highway 101 dzielnicy znanej z nagromadzenia różnego rodzaju restauracji, barów, galerii i butików.

Santa Barbara, Kalifornia

Na spędzenie drugiego i zarazem ostatniego wspólnego dnia mamy dwa pomysły: udanie się do Los Angeles bądź wędrówkę po Malibu Creek State Park. Niemal 22 kilometry szlaków spacerowych wzdłuż jeziora Malibu, piękna pogoda oraz niesamowite widoki kontra brudne i zatłoczone LA. Wybór wydaje się być banalnie prosty i w efekcie obieramy kierunek do parku stanowego obejmującego osiem tysięcy akrów wzgórz głównego pasma gór Santa Monica.

Dwa pełne dni wystarczyły, by mój sposób myślenia o południowej Kalifornii obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Słowa Natashy, które usłyszałam jeszcze przed swoim przylotem, wydają się być tego idealnym podsumowaniem. Rzeczywiście, nie warto postrzegać całego obszaru przez pryzmat rozczarowującego Los Angeles. Zwracam honor, Kalifornia zdecydowanie potrafi zachwycić i zaprzeć dech w piersiach.

Dominika Kanafa

Jej znakiem rozpoznawczym jest szeroki uśmiech, którym obdarowuje otoczenie bez względu na porę dnia czy nocy. Ciągle w ruchu. Zatrzymuje się tylko po to, by czasami narysować coś na kolanie. Nie potrafi funkcjonować w ciszy. Miłośniczka historii sztuki i kotów. Uzależniona od teatru, muzyki, kina, jedzenia, szminek, miętowej herbaty, podróży i ludzi. Niepoprawna optymistka. Drażnią ją ludzie o ograniczonym światopoglądzie stąd-dotąd. Wierzy, że nie ma rzeczy niemożliwych i stara się wyciskać z życia, ile się da.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany