Nie gram, jestem – rozmowa z Magdą Umer

Rozmawiamy w teatrze, o teatrze. Kilkanaście minut po wywiadzie Magda Umer stanie na scenie, żeby wystąpić w swoim imieniu podczas koncertu zorganizowanego z okazji Dnia Walki z Depresją. Najpierw jednak, pijąc kawę, wspomina Agnieszkę Osiecką, której 20. rocznica śmierci przypada 7-ego marca 2017 roku, opowiada o roli Racheli w Weselu Wyspiańskiego, mówi, dlaczego nie mogłaby być aktorką… A my podziwiamy jej wrażliwość – tę prywatną i tę sceniczną.

 

Porozmawiajmy o teatrze. Gdzie lepiej się Pani odnajduje – na scenie czy za stolikiem reżysera?

Magda Umer: Ani tu, ani tu. W teatrze najchętniej jestem widzem. Idąc do teatru, trzeba się ładnie ubrać, pójść do fryzjera, wyczyścić buty i – siedząc pośród tłumu – obserwować uważnie aktorów, którzy robią wszystko, żeby nas czymś poruszyć. Zauważyłam ostatnio, że im jestem starsza, tym trudniej wyciągnąć mnie do teatru. Na stare lata to kino jest moją miłością. Bo – co odkryłam ostatnio ze smutkiem – czuję się trochę zażenowana tym, że przysłowiowe krew, pot i łzy oglądam z tak bliska. Wolę, kiedy od aktorów dzieli mnie ekran. Kiedy przeżywam coś tu i teraz, ale wiem, że nakręcone było to jakiś czas temu. Właściwie sama nie wiem dlaczego tak się stało. W młodości mogłam chodzić na dwa przedstawienia dziennie i nie miałam dosyć. Mamy przecież tylu wspaniałych aktorów! Jak na takie maleństwo, jakim jest Polska, naprawdę jest w czym wybierać. Jako młoda dziewczyna uwielbiałam to – podpatrywać innych, patrzeć jak aktorzy przeżywają coś na scenie, zachwycać się nimi i tym o czym mówią. Teraz, jeśli już mam iść do teatru, to tylko na coś dobrego literacko i co będzie zagrane przez najlepszych. Ostatnio takim teatralnym przeżyciem były dla mnie 33 omdlenia Czechowa [spektakl Teatru Polonia – przyp. red.].

Ja jestem tak naprawdę człowiekiem literatury, przede wszystkim literatury. Lubię siedzieć sama w pokoju, czytać książki, które zapraszają mnie do innego świata. Muszę wtedy uruchomić teatr swojej wyobraźni, zobaczyć jak bohaterowie się kochają, jak się przestają kochać, jak cierpią, jak nie radzą sobie ze światem, jak się rodzą i umierają. Wolę to sobie wyobrażać niż oglądać.

Gdyby jednak miała Pani opowiedzieć o swoich najważniejszych teatralnych wspomnieniach, to o czym by Pani wspomniała?

MU: W 1969 roku, gdy byłam studentką polonistyki, mój przyjaciel Marek Weiss-Grzesiński, mający znajomości w Teatrze Narodowym, załatwił nam (mnie, Januszowi Wiśniewskiemu i może jeszcze Antkowi Liberze) możliwość przychodzenia na próby Hamleta w reżyserii Adama Hanuszkiewicza, z tytułową rolą Daniela Olbrychskiego. Pamiętam swoje poruszenie i oszołomienie tym, że mogłam uczestniczyć w procesie powstawania spektaklu. To było dla mnie szalenie ciekawe; zachwycało mnie, że we wtorek pomysł na jakąś scenę był taki, a następnego dnia, w środę, uznawano, że to bez sensu, i zupełnie zmieniano konwencję. Ciekawiła mnie także możliwość obserwowania, jak pracują wielcy artyści, żeby osiągnąć coś, co nas potem zachwyci. Wyobrażałam sobie zawsze tych artystów jako jakichś półbogów, a potem – nie wiadomo kiedy i dlaczego los tak chciał – sama weszłam w ten świat.

W 1974 roku zagrałam Rachelę w Weselu Wyspiańskiego u boku największych aktorów i nagle ci wszyscy ludzie z teatrów, z kin, jak dotąd zupełnie dla mnie nieosiągalni, stali się zwyczajnymi ludźmi, którzy przychodzą do bufetu na kawę, na obiad, żeby porozmawiać o swoich codziennych problemach. To było niesamowite zderzenie poezji z prozą życia.

Kolejne cztery lata, podczas których byłam teatralną aktorką, pokazały mi, że teatr interesuje mnie najbardziej od strony psychologicznej. Fascynowało mnie przeobrażenie się aktora z osoby prywatnej w graną przez niego postać. I wtedy też uświadomiłam sobie, jak często wielką cenę płacą aktorzy za swój talent, jak za chwilę sukcesu i szczęścia płacą nerwami, lękami, nałogami. Ja nie mogłam być aktorką. Mnie samej jest za dużo, nie umiem poradzić sobie z tymi kilkoma osobami, które są we mnie, a co dopiero odgrywać jakąś jedenastą czy dwunastą postać. Oszalałabym. I choć od prawie pół wieku występuję na scenie, to jest to zawsze występowanie w moim imieniu. Nie gram, jestem. Z jednej strony to jest trudne, bo wymaga całkowitej szczerości, ale z drugiej strony – o wiele łatwiejsze, żeby nie zwariować, żeby móc być tym, kim jestem w danym momencie mojego życia.

Miałam i mam wielką czułość dla aktorów, szczególnie dla utalentowanych. Wydaje mi się, że ich dobrze rozumiem.

W takim razie co takiego musi się stać w teatrze albo może – kto musi pojawić się na scenie, żeby mogła Pani z czystym sercem powiedzieć: Podobało mi się?

MU: Czasem jest tak, że bardzo interesuje mnie sztuka i autor; widziałam to ileś lat temu w wykonaniu innych artystów i jestem ciekawa, jak zrobiono to teraz. Wtedy idę do teatru ze zwykłej ciekawości. A jeśli spektakl mi się nie spodobał, przeżywam katusze. Pamiętam, że kiedyś byłam oburzona, gdy Jeremi Przybora mówił, że nie lubi teatru. A dzisiaj ja sama do zachwytu potrzebuję aktorstwa na najwyższym poziomie, jak np. aktorstwa Krysi Jandy. Ją mogę oglądać nawet w średnio interesującym mnie temacie, przedstawieniu, ponieważ fascynuje mnie, jak ona pracuje. Z jaką chęcią i z jaką pasją. Ciągle nie mogę się temu nadziwić.

Razem z Panią Krystyną stworzyły Panie piękny spektakl w oparciu o opowiadanie Agnieszki Osieckiej Biała bluzka. Patrząc z perspektywy czasu…

MU: … to wciąż jest dla mnie niezwykle ważny spektakl. Zarówno do pierwszego, jak i do drugiego przedstawienia [premiera spektaklu odbyła się w 1987 roku; druga premiera miała miejsce w 2010 roku, w Och-Teatrze – przyp. red.] namawiała mnie Krysia. Na jedną z prób, w 1986 roku, przyszedł Andrzej Wajda i powiedział, że to wszystko jest bez sensu, że ja powinnam grać, a Janda reżyserować, bo nikt nie uwierzy, że Krysia jest taką znerwicowaną, nieszczęśliwą, nie dającą sobie rady z życiem osobą. I to był chyba pierwszy raz, kiedy pan Andrzej się pomylił, bo zagrała genialnie.

Mijają lata (prawie ćwierć wieku!), dzwoni telefon, Krystyna. Musimy w miesiąc zrobić ponownie „Białą bluzkę”. Dałam się namówić, jednak ze strachem, bo bałam się jak Krysia, mając już swoje lata, zagra osobę, która psychicznie jest o wiele mniej dojrzała. Dlatego reżyserując Białą bluzkę po raz drugi, zmieniałam piosenki, na przykład zamiast Szukam kogoś na stałe dałam Ogólnie zaś chodzi o to, żeby nie być idiotą. Dodałam Jeżeli miłość jest i Orszaki, dworaki do końcowej sceny.

Dzisiaj jest to znowu odważne politycznie przedstawienie i chyba bardzo potrzebne, przede wszystkim dla młodego pokolenia, które chce zrozumieć tamte czasy. To manifest zagubienia jednostki w świecie zdominowanym przez bombardującą ją historię i politykę.

Pamięta Pani jak powstał tekst Białej bluzki?

MU: Agnieszka pisała ten tekst przy mnie. Zamykała się w pokoju i pisała, pisała… Gdy już skończyła pisać, nikt nie chciał tego wydać, dała go Dorocie Stalińskiej, bo do głowy jej nie przyszło, że mogłaby to zagrać Krysia. Co więcej, gdy powiedziałam jej, że chcę to robić z Krysią Jandą, Agnieszka powiedziała, że to jest bez sensu, że to nie może się udać, ponieważ uważała, podobnie jak Andrzej Wajda, że nikt nie uwierzy kobiecie sukcesu w te wszystkie nieszczęścia i zawirowania losu. A kiedy już przekonałam Agnieszkę i zaczęłam pracę nad adaptacją, zrozumiałam jak trudne jest to zadanie. Nauczyłam się wtedy, że najtrudniejszym elementem reżyserii jest sztuka rezygnacji. Dokonanie skrótów, poprowadzenie myśli – to wszystko musi wziąć na siebie reżyser. Jeśli dodatkowo – tak jak my w Białej bluzce – dokłada się do tekstu piosenki, to dzieło zaczyna być jednak trochę czymś innym. Powieść Agnieszki była bardzo linearna. I trzeba było stworzyć dramaturgię, tak, żeby poprowadzić widza właściwą drogą, przez właściwe emocje. W czasie pracy walczyłyśmy jak lwice, ale była to twórcza i serdeczna walka, bo wszystkie marzyłyśmy o tym, żeby wyszło. I żeby to, co powstało było ważne, dobre i potrzebne. I chyba się udało. Nigdy nie zapomnę nocy po premierze we Wrocławiu, kiedy tańczyłyśmy w klubie festiwalowym, szczęśliwe i wykończone emocjami, z jakimiś kolorowymi gumko-kwiatami we włosach, które podarowała nam Agnieszka. To była wielka chwila w naszym życiu! Publiczność oszalała i Krysia wędrowała z tym przez Polskę bardzo długo.

Minęły lata, a Biała bluzka nie straciła na aktualności. Wręcz przeciwnie – nabrała w dzisiejszych czasach zupełnie nowego znaczenia.

To, co napisała Agnieszka Osiecka, wyprzedziło epokę. Pamiętam, że gdy chciała wydać Białą bluzkę, poszła do Henryka Berezy, który po przeczytaniu, powiedział: Agusiu, co ty tutaj za banialuki powypisywałaś? Wtedy nikt jeszcze nie rozumiał fenomenu tego opowiadania. Tego, że Agnieszka namalowała nim portret osoby chorej z nadwrażliwości, chorej na zapalenie osobowości. Portret ofiary epoki. Robiąc spektakl, zastanawiałam się do jakiego stopnia jest to opowieść o samej Agnieszce. Dopiero po latach, zrozumiałam, że to jest opowieść także o niej, że Elżbieta Czyżewska była tylko jedną z osób dramatu.

Wiemy, że to trudne i wręcz niemożliwe do wykonania, ale gdyby miała Pani wskazać ulubione utwory Osieckiej, to byłyby to…

Wszystkie teksty, które zaśpiewałam. I jeszcze więcej. Uwielbiam całą Wadę serca. Jest taki krótki wiersz, który kończy się słowami: O tym nie będzie wiersza, opowiadania, o tym tylko serce trzaśnie jak sucha leśna gałązka. Piękny.

Kiedy byłam blisko Agnieszki, kiedy włóczyłam się z nią przez życie przez te kilkanaście lat, bywałam dla niej za surowa. Nie chciałam śpiewać wszystkiego, bo nie wszystkie teksty mi się podobały.

Aż trudno w to uwierzyć, przecież utworami Osieckiej zachwycała i zachwyca się cała Polska.

To prawda. Mija czas i to, jak jest kochana, wielbiona i przede wszystkim – potrzebna, świadczy o tym, że to, co napisała jest ważne i wybitne. Źródłem zrozumienia twórczości Agnieszki jest zdanie, które kiedyś powiedziała mi w filmie o Jeremim Przyborze. Powiedziała, że wielbiąc jego twórczość i widząc jego doskonałość, wyciągnęła taki wniosek, że nawet gdyby umiała pisać lepiej, wolałaby pisać gorzej, żeby się dostać bliżej do człowieka. I ona rzeczywiście – w przeciwieństwie do Jeremiego, który był geniuszem, ale jednak geniuszem elitarnym – bardzo chciała być dla wszystkich, chciała być kochana i rozumiana na różnych piętrach. I czasem pragnęła, żeby to, co pisze było proste i zrozumiałe dla wszystkich, żeby pofrunęła w świat piosenka, która będzie słuchana przez miliony, a z drugiej strony – dążyła także do tego, żeby pisać rzeczy wybitne.

Minęły lata, Agnieszki nie ma już od dwudziestu lat. I dziś mogę bez zawahania powiedzieć, że jej filozofia była słuszna. Nie trzeba być wcale za wszelką cenę doskonałym, trzeba chcieć dotrzeć do jak największej liczby ludzi, trafić do ich serc, otworzyć ich serca i oczy na świat. Trzeba chcieć – tak jak chciała tego Agnieszka – pomagać i być potrzebnym każdemu. Agnieszka miała wielką czułość do ludzi. I dlatego jest tak bardzo w dalszym ciągu kochana.

Coraz bardziej mi jej brakuje…

Od lewej: Agnieszka Osiecka, Magda Umer, Krystyna Janda i Magda Czapińska, fot. Zuzanna Łapicka
Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany