Pocztówka ze świata: wszystkie zapachy Lizbony

Dzisiaj mija dokładnie szósty pełny dzień mojego pobytu w Lizbonie. Zdaję sobie sprawę, że po tak krótkim czasie ciężko jest ukształtować sobie sensowną opinię o czymkolwiek. Jednocześnie wychodzę jednak z założenia, że pierwsze wrażenie najczęściej doskonale odzwierciedla późniejszy stosunek do danego miejsca – przynajmniej tak było zawsze w moim przypadku.

W zeszły poniedziałek po południu wraz z przyjaciółką wylądowałyśmy na lotnisku w Lizbonie. Każda z nas z wielkim plecakiem na plecach, drugim – mniejszym – na brzuchu i z torbą z laptopem na ramieniu. Żółwim tempem doczłapałyśmy się do metra, gdzie (na szczęście!) udało nam się zająć miejsca siedzące. Parę minut dalej usłyszałam pytanie: Ty, czujesz? Czemu tu tak pachnie popcornem?

Tę zagadkę rozwiązałyśmy następnego dnia. Okazało się, że maszyny z popcornem stoją niemal na każdej stacji. Przed wejściem do metra każdy z pasażerów może kupić sobie paczkę słonego przysmaku; jakby jeżdżenie podziemnym pociągiem było co najmniej tak fascynujące jak kinowy seans.

W ogóle szybko zauważyłyśmy, że Lizbona jest pełna… zapachów. Począwszy od faktu, że podczas pierwszego dłuższego spaceru co chwilę czułyśmy woń polskiego żurku. W parkach przechodzi on często w zapach tytoniu pomieszanego z konopią. Jako że w tej części Europy wiosna zaczyna już powoli roztaczać dookoła swoje wdzięki, każda zielona przestrzeń pięknie pachnie różnego rodzaju kwiatami.

Absolutnym hitem okazał się zapach sklepu Pingo Doce, będącym portugalskim odpowiednikiem naszej Biedronki. Po wejściu do budynku nasze nozdrza uderzył bardzo mocny i uważany raczej za średnio przyjemny zapach ryby. Szybko okazało się, że jest to sprawka bacalhau – solonego i suszonego dorsza, który od XV wieku uważany jest za jeden z narodowych przysmaków Portugalii. W większych supermarketach znajdują się zwykle całe półki bacalhau, co zdecydowanie daje sklepom bardzo charakterystyczną atmosferę.

Bacalhau

Spacery szybko okazały się świetną formą zwiedzania miasta. Główne dzielnice położone są na tyle blisko siebie, że z powodzeniem można je przejść na piechotę. Należy jednak pamiętać, że miasto znajduje się na siedmiu wzgórzach, a co za tym idzie – droga prawie zawsze prowadzi w górę lub w dół. Zanim tu przyjechałam, traktowałam to z dystansem – przecież moje rodzinne miasto też położone jest na wzgórzu. Jednak lizbońskie wzniesienia naprawdę dają popalić!

Do tej pory udało nam się też zdobyć kilka tak zwanych miradouros, czyli punktów widokowych. Lizbona jest nimi wprost przepełniona – zresztą nic dziwnego, skoro co kilka kroków znajduje się wzniesienie, z którego roztacza się piękna panorama miasta. Kilka z nich jest z pewnością opisanych w przewodnikach, ale są też pozornie niepozorne, z których widoki zapierają dech w piersiach.

W najbliższym czasie wybieramy się oglądać klify nad oceanem, choć kto wie, gdzie ostatecznie wylądujemy. Życie w Portugalii zdaje się jak do tej pory być nieco nieprzewidywalne. Plan planem, ale czasami, mimo że droga prowadzi prosto, po lewej ukazuje się jakaś klimatyczna uliczka. Zawsze w nią skręcamy. Nigdy jeszcze nie pożałowałyśmy.

 

Nasze własne podwórko!
Najstarsza dzielnica Lizbony – Alfama.
Street art w Alfamie.
Widok z Miradouro de São Pedro de Alcântara.
Marquês de Pombal.
Street art w dzielnicy Saldanha.
Magda Futyma

Trochę przeraża ją bezczynność. Autostopowiczka, fanka gór i długich poranków.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany