„Moonlihgt”, czyli dorastanie w świetle księżyca

Justyna: Moonlight to jeden z dwóch filmów tegorocznej nominacji do Oscarów, na który czekałam z niecierpliwością. Pierwsze, enigmatyczne opisy głosiły, że dzieło będzie opowiadać o czarnoskórym, homoseksualnym chłopcu, który musi odnaleźć się w niebezpiecznym świecie narkotykowych gangów. Brzmi jak idealny scenariusz na oscarowego faworyta… Oczywiście do czasu, aż na horyzoncie nie pojawi się musical ze stepującym Ryanem Goslingiem. Kiedy wreszcie obejrzałam film, miałam mieszane uczucia, ponieważ spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Na ekranie na pewno nie zobaczymy zbyt wielu scen związanych bezpośrednio z narkotykami. Nie poznamy też tajników gangów. Scenariusz skupia się bardziej na bohaterach, ich emocjach i problemach.

Iga: Tak, emocje wychodzą w tym filmie na pierwszy plan. Spodobał mi się pomysł z podzieleniem filmu na trzy części, a raczej na trzy etapy życia Chirona. Mały chłopiec szykanowany przez kolegów z klasy poznaje przypadkowo Juana – dilera narkotyków. Nastolatek zmagający się z nałogiem matki i odrzucony przez społeczeństwo przeżywa pierwsze doświadczenie seksualne ze swoim kolegą, Kevinem. I wreszcie – dorosły, umięśniony mężczyzna, ze złotą nakładką na zębach, bransoletkami na nadgarstkach, tatuażami i przeraźliwie smutnym spojrzeniem, handlujący narkotykami. Wszystkie etapy życia Chirona zdefiniować można jednym słowem: samotność.

Źródło: Dramaonline.press

Justyna: To zabawne, że właśnie u Juana i jego dziewczyny, Teresy, Mały znajduje trochę ciepła i spokoju. Narkotykowy boss jest dla niego jak ojciec, uczy go, zabiera na plażę, daje pieniądze. To właśnie w  jego domu dzieciak ma azyl, do którego może uciec podczas wybryków swojej matki. Trzeba zaznaczyć, że mężczyzna nigdy nie namawiał chłopaka do sprzedaży narkotyków, bardzo chciał go od tego uchronić. Jednak myślę, że tak naprawdę nie dało się tego uniknąć, skoro to Juan był jedynym męskim wzorcem, jaki miał chłopak. Samotność zbudowała tę postać, widać to najwyraźniej w ostatnim rozdziale, kiedy to Black ma już szacunek wszystkich na ulicy i mnóstwo pieniędzy, a podskórnie marzy tylko o odrobinie ciepła i dotyku…

Iga: Z racji, że dla mnie gwarantem dobrego filmu jest aktorstwo na wysokim poziomie, skupiłam uwagę na kolejnych wcieleniach Chirona. Zarówno Alex R. Hibbert (Little), Ashton Sanders (Chiron), jak i Trevante Rhodes stworzyli genialne postaci. Czy zauważyłaś, że oni wszyscy są też naprawdę podobni do siebie fizycznie? Oglądając film, miałam wrażenie jakbym oglądała kadry z życia jednego chłopaka. Nie było w tym sztuczności, bo aktorzy cudownie potrafili powtórzyć niektóre gesty, sposób poruszania się. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, bo bałam się trochę, że pomiędzy kolejnymi częściami zapanuje chaos, a aktorskie zmiany (konieczne przecież w tej produkcji) nie sprawdzą się w takim stopniu, w jakim bym tego chciała. Te obawy okazały się jednak bezpodstawne. Chociaż nie mogę powiedzieć, że wyszłam z kina w pełni usatysfakcjonowana. Bez wątpienia – to był piękny film z pięknymi zdjęciami. Ale czegoś mi w nim zabrakło. Może nieprzewidywalności? Moonlight to mistrzowsko opowiedziana historia, ale – jak dla mnie – historia zbyt statyczna.

Źródło: Hollywoodreporter.com

Justyna: Zgadzam się z tym, że jest to aktorski majstersztyk, zresztą nie bez powodu dostał Oscara dla najlepszego filmu, aktora drugoplanowego (Mahershala Ali) oraz za najlepszy scenariusz adaptowany. Oglądając zmieniające się barwne kadry, czułam się jakbym była na wystawie – wszystko dopracowane, dopasowane, dopełniające się. Widzę w tym filmie także brak przypadkowości, liczba aktorów, nawet tych na dalszych planach, jest wystarczająca, tak samo jak scenografia i dialogi. Nie ma tu zbyt wielu słów, niektóre kwestie zostają przemilczane, inne wyrażone tylko metaforycznie. Jednak po zakończeniu (bardzo drastycznym i smutnym) drugiej części, zauważyłam spadek tempa. Faktycznie, miałam taki moment, że odczuwałam pewne zachwianie akcji, zwłaszcza, kiedy zobaczyłam Chirona po metamorfozie. Jego kreacja wydała mi się co najmniej przesadzona, jednak tylko do ostatniej sceny, której emocjonalność pięknie dopełnia obraz głównego bohatera i fabułę.

Iga: Ostatnie minuty filmu rzeczywiście wciskają widza w fotel. To także idealna klamra tej historii, uświadamiająca człowiekowi, jak wiele jego życiowych decyzji, jak wiele jego zachowań ma swoje źródło w przeżyciach z dzieciństwa i wieku dojrzewania. Często patrząc na młodych ludzi, nie myślimy o tym, jak środowisko, w którym się wychowują, ludzie, którymi się otaczają wpływają na ich przyszłość. A tymczasem nierzadko te wszystkie elementy determinują ich dorosłe życie.

Źródło: Moviescounter.com
Justyna Barańska

Jest miłośniczką dobrej sztuki. W teatrze zawsze siada w drugim rzędzie.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany