Lana Del Rey, czyli hipnotyzująca dawka muzyki z duszą

Kiedy w życiu człowieka pojawia się artysta, którego twórczość dotyczy bezpośrednio aktualnej sytuacji lub konkretnych emocji, które odczuwa słuchający, momentalnie powstaje niewidzialna więź między nimi. Istotą tego zjawiska jest uzależnienie od poszczególnych wersów opisujących codzienność, czy też dźwięków, wydobywających się ze specjalnie kupionych głośników. Lanę Del Rey poznałam pięć lat temu. Miałam czternaście lat.

Elizabeth Grant to amerykańska wokalistka, urodzona w Nowym Jorku. Wielokrotnie była nominowana do Nagrody Grammy, później do Złotego Globu za utwór Big Eyes; nazywana gangsterską Nancy Sinatra. O sobie mówi w piosence Ride:

Zawsze byłam niezwykłą dziewczyną. Moja matka mówiła, że mam duszę kameleona, że brak mi moralnego kompasu, który wskazywałby północ, że mam zmienny charakter i wewnętrzny brak zdecydowania, tak nieokiełznany jak wzburzony ocean.

Wielowymiarowa osobowość Lany uwidoczniona jest w jej twórczości, której początek sięga roku 2005. Warto zauważyć, że odwołuje się w niej do popkultury lat 50. i 60.,  świadczą o tym psychodeliczne dźwięki, słowa, nawiązujące do amerykańskiej historii oraz sam ubiór artystki. Jej kolejne albumy: Born To Die, Paradise, Ultraviolence i Honeymoon, podbiły runek muzyczny, czyniąc ją jedną z najbardziej rozpoznawalnych artystek na świecie.

Letni wieczór. Deszcz cicho przypominał o własnym istnieniu, gdy wyjrzałam ukradkiem przez okno. Trzymając w ręku świeżo przygotowaną herbatę, zadałam sobie pytanie – jaki utwór byłby idealny dla tego momentu – kiedy pogoda współgra z wnętrzem danej osoby – chwiejnym, ale spokojnym, jednocześnie ocieplonym nadzieją. Lana pojawiła się niespodziewanie, niczym rycerz na białym koniu. Od tamtej chwili byłam świadoma zdrowego uzależnienia od jej artyzmu oraz charakteru, mającego znaczący wpływ na powstałe utwory. Wszystko zaczęło się od albumu Born to Die. Dziś, po pół dekady od słuchania Lany, nie jestem w stanie ocenić, który singiel jest moim ulubionym. Każdy diametralnie różni się od siebie. Początkowo można nie zachwycić się daną kompozycją, jednak pod wpływem czasu lub własnych przeżyć, nabiera ona głębszego znaczenia.

W tym miesiącu ukazał się najnowszy jej singiel. Dowiedziawszy się o nim, natychmiast pobiegłam (dosłownie) do komputera, chcąc usłyszeć hipnotyzujący głos Lany – pełen tajemnicy i ciemności. Moim zdaniem, Love jest powrotem do przeszłości, ale także czymś nowym, jeszcze nieodkrytym. Pisząc felieton, właśnie ten utwór – obok Cola i Body Electric z płyty Paradise, akompaniuje mi, kreując nowy wymiar, niezależny od niczego. Kreuje całkowitą wolność. Kwintesencją Del Rey są słowa: Live fast, die young, be wild and have fun. Dostosujesz się do nich?

Małgorzata Światlak

Zafascynowany muzyką diabeł, który lubi dobrą kawę i wciągającą książkę o psychologii. Aspirująca poliglotka. Freak.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany