Co zwycięstwo „Moonlight” mówi o przyszłości Oscarów?

Czytając opinie i komentarze dotyczące tegorocznej gali przyznania złotych statuetek, doszedłem do jednego ważnego wniosku. Moonlight został powszechnie uznany za rozdmuchany przez krytyków fenomen, który nie zasłużył na największy honor – to często powtarzająca się teza. Trudno mi się z tym twierdzeniem zgodzić, jednak jednego jestem pewien – analizując rezultaty głosowania Akademii można zauważyć kilka ważnych drogowskazów dotyczących przyszłości.

Barry Jenkins kupił mnie swoim filmem i zdecydowanie nie z powodu homoseksualności głównego bohatera. Dla mnie to przede wszystkim świetnie zagrany dramat, w którym reżyser nie wykłada mi wszystkiego na stół – wręcz przeciwnie, daje mi swobodę analizowania i pozwala samemu wyrobić sobie zdanie o głównym bohaterze,  Chironie. To rzadkość, której zaznać można właśnie w kinie artystycznym, niszowym, Indie, czy jakkolwiek chcemy je nazwać.

Ale niechęć do Moonlight jest dla mnie zrozumiała. Amerykański dramat jest hermetyczny, pozbawiony akcji, ze specyficznym duchem nieoczywistości. I rozumiem, że znaleźli się widzowie, którzy w tym onirycznym, aczkolwiek depresyjnym obrazie, nie doszukali się piękna.

Ryan Gosling tuż po ogłoszeniu prawdziwego werdyktu.

Jestem także daleki od dyskredytowania filmu Chazelle’a. Chociaż musical to gatunek mi obcy emocjonalnie – nawet pomimo tanecznej przeszłości – doceniam La La Land. To film dynamiczny, bajkowy i poniekąd tandetnie naiwny, ale to w tym tkwi jego siła. Jest cukierkiem na zły dzień, którego czasem każdy z nas potrzebuje jak tlenu. Zgadzam się co prawda ze stwierdzeniem mojej znajomej, że ostatnią rzeczą jakiej potrzebowaliśmy na świecie jest stepujący Ryan Gosling, La La Land efektywnie zaczarował miliony widzów.

Zestawiając jednak te dwa filmy, pojawia się dla mnie oczywisty dylemat członków Akademii. Czy chcemy uhonorować trudny dramat, którego widzowie nie pokochali, tym samym udowadniając, że znamy się także na kinie offowym, ale wyjdziemy przy tym na bufonów kochających tylko krytyków? A może wolimy pozostać nudni i przewidywalni, wielbiąc film, który jest de facto o nas, o naszym małym światku Hollywood? Wynik tej rozterki znamy. Pomimo wpadki PwC, Akademia wybrała Moonlight.

Cofnijmy się jednak w czasie. Bowiem zwycięstwo Moonlight potwierdza pewne zjawisko – Akademia od lat stara się zmieniać swój zatwardziały wizerunek wielbicieli rozbuchanego kina, pośród którego nie ma miejsca dla kina festiwalowego. Dla przykładu, w 2004 roku zwyciężył Władca Pierścieni, ale w 2006 Akademia zaskoczyła chociażby przyznaniem statuetki Angowi Lee za Tajemnicę Brokeback Mountain, gdzieś po drodze najlepszym filmem roku nieomalże został Avatar. Zwyciężali również bracia Coen, czy Martin Scorsese – wielkie nazwiska. Ale dzisiejsze nominacje są już inne. Akademia upodobała sobie Birdmana, który zdecydowanie nie był filmem dla mas. Zwycięstwo J.K. Simmonsa za fenomenalną rolę w Whiplash było kolejnym sygnałem, że czasy się zmieniają. A tegoroczne nominacje były także sporym zaskoczeniem – któż mógł podejrzewać, że Aż do piekła zgarnie kilka nominacji?

mat. z filmu „Moonlight”

Akademia zaczyna się zatem powoli zmieniać. To widać poprzez wybory jej członków. Do głosu dochodzą tzw. festival darlings, filmy, które jeszcze kilka lat temu nie miałyby miejsca w tym prestiżowym gronie pluskającym się w swoim samozachwycie. I zwycięstwo Moonlight jest niewątpliwie tego dowodem. Znajdą się pewnie i tacy, którzy zgodnie z Twitterową burzą z ubiegłego roku, będą wołać, że mamy nowy trend w hashtagach opisujący Akademię – #OscarsSoBlack. Jednak warto posłuchać słów Mahershali Aliego, który zapytany o swoją nagrodę odpowiedział:

Kolor skóry nie powinien być istotny. Było mnóstwo czarnoskórych aktorów, którzy nie otrzymali Oscara, ale czy nie było również wielu białych aktorów, którzy zostali na lodzie całkowicie niezasłużenie?

Prawdziwym fenomenem jest jednak inne zjawisko. Kontrowersyjna wpadka PwC przejęła newsy, ale pozwolę sobie przypomnieć coś, co przyprawiło mnie o zawał serca – statuetka dla Legionu samobójców. I nieważne, że to najmniej istotną kategoria makeup’u i stylizacji fryzur – zapamiętamy fakt, że koszmarna klapa DC dostała Oscara. Z pozoru brzmi to jak absurd, jednak ma to swój sensowny powód. To przecież znowu Akademia szukająca dialogu z nowoczesnym widzem – skoro widzowie kochają superbohaterów, to musimy ich uwzględniać. Był czas Heatha Ledgera, ale pominięto Deadpoola oraz nowego Kapitana Amerykę, zatem ktoś musiał dostać jakiś ochłap. I padło na Legion samobójców. Może kiedyś członkowie Akademii nagrodzą film Uwe Bolla – zakładając, że reżyser cofnie swoje zapowiedzi o końcu kariery?

Zatem dla wszystkich wielbicieli La La Land, którzy czują się pokrzywdzeni – nie rozpaczajcie. Sześć statuetek to ogromne wyróżnienie, wartość dodana do pokaźnej liczby zwycięstw na festiwalach z całego świata. Zaś wygrana Moonlight to dobry znak. Gdyż może za kilka lat, Oscary nie będą tylko dniem splendoru bogatych ludzi, którzy klepią się po ramieniu z szyderczym uśmiechem. Może za kilka lat będziemy wszyscy siadać w nocy i przeżywać galę, będąc zaskakiwanymi w co drugiej kategorii, a filmy Indie będą przemieszane z tylko najlepszymi produkcjami z Hollywood. Ja osobiście w to wierzę.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany