Dziennik (pod)różny: Amerykańskie życie w jednej walizce

Kilka dni temu, przy okazji porządkowania rzeczy w pokoju, znalazłam w szafie grubą teczkę pełną przeróżnych broszur, które dostałam tuż po swoim przylocie do Stanów osiem miesięcy temu. Dzisiaj – spędziwszy tutaj już tyle czasu – muszę przyznać, że niesamowicie rozbawiły mnie umieszczone na nich hasła pokroju Właśnie rozpoczynasz swój American Dream! Pisząc o tym, wbrew pozorom nie mam zamiaru tworzyć kolejnego wpisu, w którym skonfrontuję zastaną rzeczywistość z moimi wcześniejszymi oczekiwaniami. O tym, że Ameryka w mojej wyobraźni funkcjonowała jako zupełnie inne miejsce, wspominałam już niejednokrotnie. Znalezione dokumenty i reklamy uświadomiły mi jednak, że wielkimi krokami zbliża się koniec mojego pobytu za oceanem. Zostały mi trzy pełne miesiące i mimo że kiedyś pomyślałabym, że to masa czasu, dzisiaj niestety mam świadomość, że okres ten zleci niemal niepostrzeżenie. Trzy miesiące i tyle nieodkrytych zakątków, nieodwiedzonych miejsc, niepoznanych ludzi. Będąc na etapie odbierania wizy w czerwcu ubiegłego roku, zatrzegałam się, że nic nie przekona mnie do tego, żeby zostać tutaj na dłużej. Co prawda, do dzisiaj nie zmieniłam zdania, jednak wcale nie dziwię się już dziewczynom, które decydują się na to, by przedłużyć program. Rok tylko z pozoru strasznie się dłuży. W rzeczywistości, mając tak długą listę rzeczy do zrobienia oraz miejsc do odwiedzenia, z jaką ja się tutaj przeprowadziłam, okazuje się, że dwanaście miesięcy to wciąż niewystarczająca ilość czasu.

Moje myśli o zbliżającym się powrocie do domu spowodowane są także faktem, że większość osób, które poznałam podczas swojego pobytu, jest aktualnie na etapie mierzenia się z problemem, jak spakować całe swoje amerykańskie życie do jednej walizki. Kilka trudnych pożegnań już za mną – te z dziewczyn, które przeniosły się za ocean trzy, cztery miesiące przede mną, rozpoczynają właśnie swój ostatni travel month, czyli miesiąc, kiedy nie mają już żadnych zobowiązań względem host rodziny czy agencji i przez 30 dni mogą do woli eksplorować Amerykę. Choć znałyśmy się stosunkowo krótko, bo tylko ponad pół roku, zdążyłam utwierdzić się w przekonaniu, że nic tak nie zbliża jak wzajemne odnalezienie się na obczyźnie, gdzie jesteśmy początkowo strasznie osamotnione i pozostawione niemal same sobie. Najlepszym potwierdzeniem jest fakt, że znajomości, które zawarłam, będąc Au Pair w Hiszpanii ponad dwa lata temu, przetrwały do dnia dzisiejszego. Zresztą, Torin – Amerykanka, która niejako zainspirowała mnie do tego, by jednak odważyć się na rok w Stanach – dzisiaj mieszka w Pradze i parę tygodni temu wysłała mi wiadomość z prośbą o porady dotyczące zwiedzania Polski. Nieczęsto jesteśmy na jednym kontynencie w tym samym czasie, dlatego od momentu wyprowadzki ze słonecznego Valladolid nie było dane nam się spotkać, choć w sierpniu byłyśmy już o krok od złapania się w Waszyngtonie. Podczas gdy ja zwiedzałam stolicę, ona odwiedzała swoje rodzinne strony. Jak się później okazało, z powodu małych komplikacji do spotkania nie doszło, jednak mimo wszystko wciąż pozostajemy kontakcie i wiemy, że w razie czego wzajemnie możemy na siebie liczyć, nawet jeśli na co dzień dzieli nas parę tysięcy kilometrów.

Snując refleksje o powrocie, towarzyszy mi niemałe przerażenie. W przeciwieństwie do innych Au Pair, z którymi rozmawiałam na ten temat, mam do czego wrócić. Po raz kolejny jednak będę zmuszona zaczynać coś na nowo. Nie mogę sobie przecież pozwolić na to, by jednocześnie rozpocząć studia w Polsce i kontynuować tryb życia, jaki prowadzę w Ameryce, gdzie czas mi mija od wyjazdu do wyjazdu. Ten etap już wkrótce zostawiam za sobą. Chociaż wmawiam sobie, że za parę miesięcy rozpocznę poważne życie pilnej studentki, w głębi duszy mam świadomość, że nie potrafię gdzieś na długo zagrzać miejsca. Wspominałam już, że mam w sobie coś z włóczykija? 

Dominika Kanafa

Jej znakiem rozpoznawczym jest szeroki uśmiech, którym obdarowuje otoczenie bez względu na porę dnia czy nocy. Ciągle w ruchu. Zatrzymuje się tylko po to, by czasami narysować coś na kolanie. Nie potrafi funkcjonować w ciszy. Miłośniczka historii sztuki i kotów. Uzależniona od teatru, muzyki, kina, jedzenia, szminek, miętowej herbaty, podróży i ludzi. Niepoprawna optymistka. Drażnią ją ludzie o ograniczonym światopoglądzie stąd-dotąd. Wierzy, że nie ma rzeczy niemożliwych i stara się wyciskać z życia, ile się da.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany