„Sa­mot­ność, praw­dzi­wa sa­mot­ność bez złudzeń, to stan pop­rzedzający obłęd lub samobójstwo” – „Koncert życzeń” w TR Warszawa

Justyna Kowalska:  Przyzwyczajeni do kolorowych widowisk, do telewizji, znajomych mówiących do nas ze smartfonów, nie potrafimy wyobrazić sobie spektaklu teatralnego, w którym aktorka nie odzywa się nawet przez sekundę. Dodatkowo w teatrze lubimy czuć się bezpiecznie. Wyrwani do odpowiedzi lub wrzuceni w sam środek akcji, tracimy grunt pod nogami. Koncert życzeń w TR Warszawa ma w sobie wszystko to, co zaprzecza uwielbianym przez masy spektaklom. Znajdujemy się w samym sercu sztuki, a aktorka jest tak blisko nas, że krępujemy się nawet głośniej oddychać.

Natalia Rieske: Muszę przyznać, że to jeden z tych spektakli, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Do tej pory, kiedy o nim myślę, przez moje ciało przechodzą dreszcze. To był pierwszy raz, kiedy płakałam, mimo że jak wcześniej wspomniałaś, przez ponad godzinę Danuta   Stenka, która jest jedyną aktorką na scenie, nie wypowiedziała ani jednego słowa. Kiedy jechałam do nowohuckiego teatru, bardzo się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam, że na bilecie nie ma wyznaczonych miejsc. Okazało się, że brak miejsc siedzących spowodowany jest tym, że scena zaaranżowana na mieszkanie bohaterki, pozwala na swobodne poruszanie się po przestrzeni dookoła niej. Widz tym samym mógł przez cały czas trwania sztuki zmieniać swoje miejsce, w zależności od upodobania. Ja na szczęście od samego początku stałam w tak dobrym miejscu, że pozostałam w nim do samego końca. Obserwator od samego początku śledzi typowy wieczór z życia bizneswoman, kobiety, która po pracy zmienia elegancki strój na domowy dres, pierze rajstopy, zmywa naczynia, przygotowuje sobie kolacje, która wykonuje codzienne domowe obowiązki. Kobiety, która codziennie skazana jest na samotność.

Iga Herłazińska: I każda kolejna minuta spektaklu, nieustająca cisza, przerywana jedynie audycją radiową (w której usłyszeć można głos Wojciecha Manna), potęguje tę samotność. Przyglądamy się – jako widzowie – krótkiej historii, oglądamy jeden wieczór z życia kobiety. Początkowo może nam się wydawać, że to wieczór jak każdy inny, jak jeden z tych, które my sami spędzamy w swoich domach. Powrót z pracy, w dłoni zakupy, kolacja, grające radio. I nagle coś pęka. Bo w radiu dużo słów o miłości, o drugim człowieku, o pięknych spotkaniach. I w końcu – w radiu piosenka Cohena I’m your man. Papieros w dłoni bohaterki i łzy na policzkach. Taka prosta scena, nic szokującego, żadnych słów. A trudno się nie wzruszyć, nie zastanowić. To taki moment przełomowy całej tej kameralnej opowieści. Punkt kulminacyjny – dla aktorki i dla widzów.

Źródło: strona TR Warszawa; fot. K. Schubert
Źródło: strona TR Warszawa; fot. K. Schubert

NR: O dziwo, cisza w tym przedstawieniu ani trochę mi nie przeszkadzała, wręcz chciałam, by trwała. Za każdym razem, kiedy teraz włączam I’m your man Cohena, przed oczami mam właśnie Stenkę, odpalającą papierosa, po której policzkach spływają łzy – w tym momencie ja płakałam razem z nią, myślę, że nie byłyśmy jedyne. Pamiętam, że jeszcze bardzo długo po spektaklu nie mogłam uwolnić się od tej piosenki. Jedna z piękniejszych scen, które przyszło mi oglądać. Po wyjściu nie mogłam do końca zrozumieć, dlaczego włączono grę The Sims; niby ukazanie tej szarej codzienności, w której komputer i telewizor stają się zamiennikiem rzeczywistości, jednak mimo wszystko ta gra mi nie pasowała. Dopiero koleżanka (ten sam spektakl oglądała na zajęciach, z zupełnie innej perspektywy), z którą wymieniłam się wrażeniami, dała mi do myślenia, opowiadając, że kiedy ona oglądała zapis z nagrania, Stenka była ukazana z zupełnie innej perspektywy, od góry, dokładnie tak, jakby była stworzoną postacią z gry, którą można sterować. Niesamowicie poruszyła mnie ostatnia scena, w której bohaterka łyka bardzo dużą ilość tabletek, chcąc tym samym popełnić samobójstwo i zakończyć życie, które przepełnione jest pustką i samotnością. Zdałam sobie sprawę z tego, jak często nie dostrzegamy pustki egzystencjalnej, a także samotności, która jest tak blisko nas, czasem może za ścianą.

JK: Przeraźliwie boję się samotności. Czasem jej potrzebuję, lubię pobyć sama, ale na dłuższą metę jest to stan, którego nie mogę znieść. Nigdy nie lubiłam zostawać sama w domu, a teraz, kiedy przede mną perspektywa samotnej nocy, wpadam w lekką panikę. Koncert życzeń to historia kobiety, którą nigdy nie chciałabym się stać; wiem, że strach, pokonał by mnie jeszcze szybciej niż ją. Samotne noce, które czasem muszę przeżyć, wyglądają podobnie jak ta w spektaklu. Kolacja, telewizja, czasem gra, szykowanie rzeczy na następny dzień. Na całe szczęście tych samotnych nocy nie ma w moim życiu wiele. Forma spektaklu była doskonałą metaforą tego jak wygląda świat. Dookoła nas pełno jest ludzi, którzy są całkiem sami, a my nie możemy, a często niestety nie chcemy im pomóc. Tak jak widzowie podczas Koncertu życzeń, jesteśmy o krok od rozgrywającego się ludzkiego dramatu, a nie możemy zrobić zupełnie nic… A może możemy? Co gdyby któryś z widzów zapukał do drzwi?

IH: Myślałam o tym w czasie spektaklu, wiesz? Co by było, gdyby któryś z widzów zdecydował się zrobić krok do przodu. Gdyby usiadł z aktorką przy stole albo zrobił jej szklankę herbaty. Czy reżyserka – Yana Ross – przewidziała taką sytuację? Jest zresztą pod koniec spektaklu taki moment, gdy Stenka patrzy bezczelnie w oczy widzów. Powoli przenosi spojrzenie z człowieka na człowieka. Jest zdziwiona, jakby właśnie zorientowała się, że przez cały wieczór była obserwowana przez dziesiątki ludzi. A może jest wściekła? Albo zrozpaczona? Może chce wzbudzić w widzu wyrzuty sumienia? Dlaczego nic nie robisz, kiedy ja tu umieram z samotności? Chce się wtedy tę kobietę przytulić, wziąć w ramiona i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, że nie jest sama, że ktoś jej jeszcze zaśpiewa piosenkę Cohena i setki innych piosenek o miłości. Tylko, że jest już o kilkanaście połkniętych tabletek za późno. Stenka schodzi ze sceny, pomiędzy widzów. Jeszcze przez dłuższy moment panuje cisza. Ma się wrażenie, że nikt nie oddycha. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach – brawa.

koncert_zyczen_tomas_wiech_org
Źródło: E-teatr.pl

NR: Ja także zastanawiałam się, co by było, gdyby jednak ktoś z widzów odważył się i wszedł do mieszkania. W pewnym momencie przeszło mi przez myśl, że może to ja powinnam być tą osobą, może to ja powinnam teraz usiąść przy bohaterce i dać jej mentalne wsparcie i chociaż na moment wypełnić pustkę? Ale to były dopiero moje początki z teatrem i najzwyczajniej w świecie – zabrakło mi odwagi. Chociaż nie wiem, czy dzisiaj byłabym już na tyle odważna, by zapobiec tragedii z ostatniej sceny. Ciekawe, czy kiedyś ktoś się odważy, czy może już to zrobił… I czy Yana Ross przygotowana jest na taką sytuację. Rok wcześniej, w pewnym wywiadzie z reżyserką wyczytałam, że im mniej widzów, tym lepiej. Im bardziej pusta przestrzeń wokół sceny, tym większe wrażenie robi symulacja świata rzeczywistego.

IH: Czytając ten cytat, pomyślałam sobie, jakie to musiałoby być wielkie przeżycie być jedynym widzem, stanąć oko w oko z samotnością bohaterki, utracić poczucie bezpieczeństwa, jakie daje obecność innych osób. Myślę, że w takiej sytuacji granice przestałyby istnieć i próg mieszkania zostałby przekroczony. Z tłumu o wiele trudniej jest się wykruszyć, wyjść przed szereg. I po części o tym również jest ten spektakl.

Justyna Kowalska

Miała być aktorką, ale okazało się, że zdecydowanie woli stać za sceną niż na niej. Marzycielka. Włóczykij.

1 Komentarz
  1. Spektakl trochę o mnie. Jestem całkowicie samotna. Nie pracuję. Nie wychodzę z domu. Jest to największa możliwa męczarnia, każdego dnia ból nie do opisania rozrywa mi serce. Budzę się z ogromnym żalem, że wciąż żyję… W wyniku życia w izolacji (cierpię na fobię społeczną, jestem DDA I DDD) jestem jak dzikie, przerażone zwierzę pragnące ludzi, a jednocześnie umierające ze strachu przed nimi. Samotność całkowita to powolne konanie, umieranie każdego dnia.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany