„Często myślę o Tobie, często piszę do Ciebie, głupie listy – w nich miłość…”

Za każdym razem, gdy stojąc w zamyśleniu przy oknie, dostrzegam listonosza wkładającego listy do skrzynki, to przez niebotycznie piękną i drażniącą duszę chwilę, jaką zajmuje pokonanie drogi od domu do furtki, wyobrażam sobie, że jeden z nich jest skierowany do mnie. Nieskromnie, ale też z niemałą satysfakcją i radością, pragnę napisać: tak też nierzadko jest. Wiele osób zwraca się do mnie z prośbą o adres, chcąc podzielić się w tradycyjnej formie czymś, co ich spotkało – począwszy od najbardziej prozaicznych czynności po te, które wprawiają w nostalgiczny nastrój, by jeszcze długo po przeczytaniu, włóczyć się po świadomości. Nie mogę uwierzyć w to, że spośród tylu ludzi, do których można napisać, ktoś ufa mi na tyle, że postanawia wybrać akurat mnie, by powierzyć  swoją historię, tajemnicę, rozprzestrzenić radości i smutki. To zaszczyt. Słowa te przyjmuję bardzo często ze wzruszeniem, uśmiechem, szczęściem i zapisując je głęboko w pamięci, powtarzam: Ilu ludzi, tyle światów. Przekonuję się o tym codziennie. Niestety, ze smutkiem, całkiem szczerze wyznaję: korespondent ze mnie żaden. Jestem typem słuchacza i obserwatora na każdej płaszczyźnie i mimo że otrzymywane listy traktuję bardzo poważnie, rzadko na nie odpisuję. Bardzo często zdarza mi się plamić wyobraźnię atramentem, słyszeć pióro rysujące po kartce i wizualizować ostatnią kropkę. A może jej brak. Myślę o postscriptum – przecież zawsze jest coś do dodania. Wybieram nawet kolor koperty listu niewysłanego, może lubi kolor niebieski? – mówię do siebie. I tak godzinami potrafię bawić się słowami nieistniejącymi, aż w końcu w nagłym przypływie refleksji, wypisuję się cała tak doszczętnie, że przez najbliższe dni nie jestem w stanie wydobyć z siebie sensownego zdania. Tak działa siła słów, które papier chętnie przyjmie – co nie oznacza, że w listach kłamię – wręcz przeciwnie – jestem szczera do bólu, bo u mnie jest blisko z serca do papieru. Nigdy też nie czytam ich  dwa razy. Wysyłam, zanim stwierdzę, że napisałam za dużo i wstyd zamgli mi oczy. Jednak tylko prawdą mogę się odwdzięczyć swojemu korespondentowi.

halina-poswiatowska12

W dodatku, z listami jest jak z nocą – wszystko staje się wyraźniejsze, wyznania  zdają się być bardziej spotęgowane, bo są takie noce, przyjacielu, kiedy świat się kończy. Świat odchodzi i zostawia nas z rozszerzonymi źrenicami i bezradnie opuszczonymi rękoma. Takie słowa tylko można napisać – nigdy powiedzieć, bo w konfrontacji ze spojrzeniem ukochanej osoby, zaczynają palić w gardle. Wiedziała o tym Poświatowska, pisząc Opowieść dla przyjacielaMimo że to nie jest konkretnie zbiór listów, to i tak traktuję tę książkę jako swoiste credo, zawierające w sobie niezwykłe i smutne piękno burzliwego życia poetki. Rachityczne, a zarazem uparte serce, rozdarte pomiędzy dwoma zupełnie antagonistycznymi pragnieniami, na które zdają się splatać życie i śmierć, zachwyca i wzrusza jednocześnie. Bije w każdym, kto pozwoli wstrzyknąć sobie do krwiobiegu odrobinę melancholii. Jeśli chciałabym zacytować najpiękniejszy fragment, musiałabym wkleić najprawdopodobniej całą książkę. Nie potrafię zadecydować, które słowa zasługują na szczególne wyróżnienie.

Czy wszystko pozostanie tak samo, kiedy mnie już nie będzie? Czy książki odwykną od dotyku moich rąk, czy suknie zapomną o zapachu mojego ciała? A ludzie? Przez chwilę będą mówić o mnie, będą dziwić się mojej śmierci – zapomną. Nie łudźmy się, przyjacielu, ludzie pogrzebią nas w pamięci równie szybko, jak pogrzebią w ziemi nasze ciała. Nasz ból, nasza miłość, wszystkie nasze pragnienia odejdą razem z nami i nie zostanie po nich nawet puste miejsce. Na ziemi nie ma pustych miejsc.

Samą Haśkę kojarzę  z lawendowym niebem i subtelnym spojrzeniem. Jest mi poetką najbliższą, ale czytając jej słowa, czuję się winna – mam wrażenie, że wkraczam w bardzo intymny wymiar, który nie powinien być mi dostępny. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby te, jak i inne cudowne, epistolarne perełki, nie zostały upublicznione, wiele byśmy na tym stracili, będąc uboższymi o tysiące słów i podążającymi za nimi  uczuć. Jednak takie samo nieodparte wrażenie bycia intruzem towarzyszy mi, kiedy sięgam po każdy kolejny zbiór listów. W poprzednim tekście wspominałam o Listach na wyczerpanym papierze Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory – ta książka sprawiła, że pokochałam tę kobietę i rozpłynęłam się nad jej niezwykłą umiejętnością poruszania słowem. Przez długi czas niewiele osób wiedziało, jak potężne uczucie łączy tę parę, dopóki Magda Umer i Agata Passent nie zdecydowały się pokazać tych listów światu, gwarantując tej miłości nieśmiertelność. Tęsknota przewija się przez niesamowite strony i prowadzi nas, czytelników, przez kondygnacje słów, na jakie stać było tylko tych dwoje ludzi:

Tęsknie do Ciebie przez stół, przy którym siedzimy, tęsknię z fotela na fotel obok, w teatrze czy kinie, tęsknię (…), na szerokość kołdry, która okrywa nas oboje, też potrafię tęsknić do Ciebie – przez drzwi łazienki, w której się kąpiesz, i przez schody, po których idziesz do mnie, i przez naskórek mój, szczelnie przywarty do Twojego… Ale jak nazwać to, co odczuwam w Warszawie, kiedy Ty jesteś w Londynie? Też – tęsknotą? Oj, ubożuchny jest ten słowniczek, który mamy do dyspozycji.

I mój słowniczek jest bardzo ubogi, Panie Jeremi, by wyrazić zachwyt.

z12631538Q,Agnieszka-Osiecka

Tekst ten obfituje w miłość, nie tylko ze względu na klimat walentynkowy. Bo czy się o niej mówi, myśli, czyta i pisze – miłość jest przecież zawsze dobrym wyborem. Wielkim również szczęściem jest mieć kogoś, komu mogłoby się opowiedzieć swój dzień. Tym zdaniem określiłabym relację Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza na podstawie ich korespondencji zebranej pod wdzięcznym i niezwykle trafnym tytułem Najlepiej w życiu ma Twój kotMiłość ta, pomiędzy  dojrzałą już kobietą a mężczyzną, nie jest ckliwa i sentymentalna, choć wcale niepozbawiona uczuć – w pełnych humoru listach, kartkach, scenkach zazdrości, przejawia się nieustanna troska o zdrowie, byt finansowy, twórczość, pasję ukochanego człowieka. To świadectwo ogromnego przywiązania, zaufania i pewności, że nawet zwykłe pisanie o rybach, jest ważną informacją, którą trzeba koniecznie podzielić się z drugą osobą. W takich właśnie prozaicznych czynnościach niezwykle pięknie jest szukać miłości, bo podążając za Franciszkiem Lisztem, powtarzam: Kochaj tak, jak potrafisz.

 

Obrazek wyróżniający pochodzi ze strony: Wyborcza.info.pl

Monika Babińska

Cierpię na chroniczny brak pieniędzy, ponieważ wszystko wydaję na bilety do Teatru, książki, podróże, płyty i kino. I właśnie te pięć słów jest wszystkim tym, co kocham, dlatego rzadko żałuję pustych kieszeni. W wolnych chwilach rzucam studia, włóczę się w piżamie po mieście i tęsknię, bo:"czasem mam lat cztery, a czasem cztery tysiące".

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany