Dziennik (pod)różny: Boston, Nowy Jork, Filadelfia

Nie pamiętam, kiedy dokładnie zaczęło we mnie kiełkować marzenie o odwiedzeniu Nowego Jorku. Musiało być to dość wcześnie, bo już w wieku około dziesięciu lat z typową dziecięcą naiwnością dumnie oświadczałam, że pewnego dnia zamieszkam w mieście, które nigdy nie zasypia. Śniłam wówczas o słynnych drapaczach chmur, przesiadywaniu w Central Parku, żółtych taksówkach i częstych wizytach na Broadwayu. Z biegiem lat plan przeprowadzki zaczął wydawać mi się dość nierealny, dlatego tymczasowo porzuciłam go na rzecz bardziej przyziemnych celów. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że mimo tego pozornego braku możliwości, po ukończeniu liceum przeprowadzę się na rok do Ameryki – co prawda nie do NY, a do Chicago – bez wątpienia bym go wyśmiała. 

Przez osiem miesięcy miasto, które wymarzyłam sobie lata temu, nie dawało mi o sobie zapomnieć. Nie chciałam jednak ograniczać swojej wizyty w Nowym Jorku tylko i wyłącznie do weekendu – a niestety tylko tyle mogłam wcześniej wygospodarować. Kiedy więc dowiedziałam się, że na przełomie stycznia i lutego czeka mnie aż dziewięć wolnych dni, nie musiałam długo się zastanawiać, jak je spożytkuję. I choć zapoznani ludzie, z którymi współdzielę amerykańską przygodę, urlop najchętniej spędzają przemierzając Alaskę, wygrzewając się na Hawajach czy w Meksyku, nic nie zdawało się cieszyć mnie bardziej niż kierunek mojej następnej podróży. 

image10
Dzielnica Beacon Hill, Boston

Korzystając z faktu, że miałam okazję postawić nogę na Wschodnim Wybrzeżu, postanowiłam nie ograniczać się tylko do Nowego Jorku. Niejednokrotnie spotkałam się z opinią, że na zwiedzanie tego obszaru nie ma wyraźnej recepty. I rzeczywiście, można bowiem zobaczyć go taniej, drożej, szybciej, wolniej, zahaczając o więcej lub mniej miejsc. Z racji na ograniczoną ilość czasu i niewielki budżet, zaplanowałam trasę z Bostonu, przez Nowy Jork, aż po Filadelfię. Jeśli chodzi o przemieszczanie się, jestem przekonana, że najlepszym rozwiązaniem byłby patent autobusowo-samochodowy, by w ten sposób móc dotrzeć także do trudniej dostępnych zakątków. Zważywszy jednak na fakt, że w Stanach jestem wciąż niepełnoletnia i w dodatku podróżuję głównie w pojedynkę, pozostała mi tylko część przedstawionej możliwości. Autobusy przemierzają tutaj trasy przede wszystkim łączące większe miasta, a bilety z wyprzedzeniem można kupić nawet za przysłowiowego dolara. Wszystko zaczynało dla mnie powoli brzmieć jak plan.

W sobotę przyleciałam z Chicago do Bostonu dość późno, bo dopiero około 21:00. Na zobaczenie stolicy Massachusetts miałam niewiele czasu, bo już w poniedziałek po południu ruszałam dalej. Udało mi się jednak to zrealizować dzięki moim dwóm wspaniałym znajomym, które wcieliły się w role przewodniczek, Oli i Hance. Jednym z fenomenów programu Au Pair jest dla mnie nawiązywanie przyjaźni z ludźmi, którzy – choć pochodzą z tego samego kraju – w Polsce prawdopodobnie pozostaliby dla mnie zupełnie obcy. Nasze losy wiążą się jednak ze sobą gdzieś za oceanem, razem podróżujemy, spotykamy się i jak tylko możemy, pomagamy sobie nawzajem.

Muszę przyznać, że mam wielkie szczęście do ludzi – szczególnie w podróży. Nie zmienia to jednak faktu, że znajomości, które zawieram w drodze są strasznie dziwne i niespodziewane nawet dla mnie samej. Kiedy na przykład błądziłam po Bostonie, szukając dworca autobusowego, z pomocą przyszedł mi bezdomny. Niedługo potem mijałam go ponownie, gdy ten zajęty był już swoimi sprawami po drugiej stronie ulicy. Dostrzegł mnie jednak i krzyknął: Mam nadzieję, że znalazłaś drogę! Miłego dnia. Parę dni później, będąc już w Nowym Jorku, wybrałam się na długi spacer z zamiarem porobienia zdjęć. Wróciłam ostatnio do analoga i przygotowując się do podróży, zaopatrzyłam się w różnego rodzaju klisze. Tuż przy Brooklyn Bridge usłyszałam dźwięk zwijanej rolki w aparacie. Jak to zwykle bywa, jakieś dwie minuty później padł mi telefon. Wyrwało mi się jedno, może dwa przekleństwa. Podszedł do mnie mężczyzna, na oko może trzydziestoletni. Zapytał, co się stało. Zaproponował, że zrobi mi kilka zdjęć swoim aparatem, po czym prześle je na maila. Nazajutrz sprawdziłam skrzynkę i znalazłam tam między innymi załączone poniżej dwa obrazki.

image9
Brooklyn Bridge, Nowy Jork

Chociaż w samym Nowym Jorku spędziłam niezwykle intensywne sześć dni, jestem pewna, że nie odkryłam nawet części tego, co ma on do zaoferowania. Zdążyłam jednak przekonać się na własne oczy, że jest to miejsce, gdzie na ulicy mija się ekstrawaganckie osobistości z wymyślnymi fryzurami na głowach, by tuż za rogiem wpaść na kogoś, kto wygląda, jakby teleportował się prosto z ubiegłego stulecia. I chyba to mnie w tym mieście urzekło najbardziej: różnorodność. Odpowiada mi tak rozmaite otoczenie, dlatego wynajęcie mieszkania na te kilka dni na Dolnym Manhattanie razem z czwórką dotychczas nieznanych mi osób okazało się być strzałem w dziesiątkę. Złożyło się to na przemiłe wieczory spędzane w towarzystwie Brazylijczyka, Francuzki, Chińczyka i Japonki, podczas których wymienialiśmy się nawzajem wrażeniami i poradami na temat dalszego zwiedzania.

Zanim sama postanowiłam wreszcie zobaczyć Nowy Jork, zdążyłam nasłuchać się o nim przeróżnych opowieści. Między innymi takich, że metrem wręcz nie da się jeździć, wszędzie jest brudno, tłoczno, głośno i przytłaczająco. Mówiąc w skrócie: zupełnie nie tak, jak wyobrażalibyśmy sobie, oglądając ulubione filmy, których akcja tam się rozgrywa. Trudno się z tym nie zgodzić, jednak po ponad pół roku spędzonym w Stanach i wielkim rozczarowaniu, jakim okazało się dla mnie Los Angeles, podchodzę z dużą rezerwą do wszelkich oczekiwań względem odwiedzanych miejsc. Nowy Jork miło mnie zaskoczył, choć często żartuję, że absolutnie nie mam prawa na nic narzekać, bo w ciągu spędzonego tam tygodnia miałam okazję siedzieć metr od Roberta De Niro na nagraniu Good Morning America oraz zobaczyć genialną Glenn Close w Sunset Boulevard na Broadwayu.

image5
Po lewej stronie widok z Top of The Rock, po prawej z Empire State Building

W sobotnie popołudnie udałam się wreszcie do oddalonej o dwie godziny drogi Filadelfii. Nie ukrywam, że z trzech odwiedzonych miast pierwsza stolica Stanów Zjednoczonych zrobiła na mnie najmniejsze wrażenie, chociaż niewątpliwie także ma ona swój urok. Zobaczyłam Independence Hall i Dzwon Wolności, pospacerowałam po Chinatown, popodziwiałam zlokalizowane w przeróżnych miejscach intrygujące murale, wbiegłam na schody przed Muzeum Sztuki Współczesnej znane na cały świat z filmu Rocky, po czym nazajutrz usatysfakcjonowana mogłam wrócić do Chicago i aupairowskiej rzeczywistości. Jednak nie na długo – postanowiłam już, że na początku marca dam jeszcze jedną szansę Kalifornii. Los Angeles, nadchodzę za trzy tygodnie!

Dominika Kanafa

Jej znakiem rozpoznawczym jest szeroki uśmiech, którym obdarowuje otoczenie bez względu na porę dnia czy nocy. Ciągle w ruchu. Zatrzymuje się tylko po to, by czasami narysować coś na kolanie. Nie potrafi funkcjonować w ciszy. Miłośniczka historii sztuki i kotów. Uzależniona od teatru, muzyki, kina, jedzenia, szminek, miętowej herbaty, podróży i ludzi. Niepoprawna optymistka. Drażnią ją ludzie o ograniczonym światopoglądzie stąd-dotąd. Wierzy, że nie ma rzeczy niemożliwych i stara się wyciskać z życia, ile się da.

1 Komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany