Jesteś tym, czego słuchasz, więc sięgaj wysoko

Retrospekcja. Czasy gimnazjalne. Co ranek przed szkołą sznuruję na nogach ciężkie glany. Ręce zdobią liczne rzemyki. Od stóp do głów jestem ubrana na czarno. No i oczywiście najważniejsza rzecz – muzyka. Słucham wyłącznie tej dobrej – ciężkiej i głośnej. Owszem, zdarza się, że wpadnie mi w ucho jakiś utwór zasłyszany w radio, jednak nigdy się do tego nie przyznaję; nawet przed samą sobą.

Wtedy nie zdaję sobie jeszcze sprawy z tego, jaka jestem głupiutka.

Powrót do rzeczywistości. Czas studiów, sesja. Zaczynam naukę z muzyką, którą lubię i której słucham na co dzień. Za każdym razem kończę śpiewając głośno hity, które towarzyszyły czasom mojego dzieciństwa i – paradoksalnie – edukacji gimnazjalnej: Jak zapomnieć nieśmiertelnego Jeden Osiem L, Ważne zespołu Mezo, wszystkie utwory Krzysztofa Krawczyka, które jestem w stanie znaleźć na YouTube i wiele, wiele innych kawałków, których nie potrafię wymienić poprzez ich różnorodność. Co w takim razie musiało wydarzyć się przez tych kilka lat?

Chyba zwyczajnie zmądrzałam i przestałam szufladkować muzykę na tę dobrą i złą. Nie boję się przyznać, że czasem jakiś hit z obiektywnie niskiej półki wpadnie mi w ucho. Ba! Zdarza mi się słuchać takiego utworu przez kilka dni z rzędu niemal bez przerwy. I ani trochę się tego nie wstydzę.

Być może zdarzyło mi się już kiedyś wspomnieć, że moimi akademikowymi sąsiadami są głównie Hiszpanie. Uchował się też co prawda jeden Meksykanin i Włoch, jednak znajdują się w mniejszości – to Hiszpanie rządzą składem. Przyznam, że dobraliśmy się całkiem dobrze – wszyscy jesteśmy muzykalni. Począwszy od sąsiada zza drzwi który śpiewa niemal całą dobę, z wyłączeniem godzin snu. Śpiewa, gdy się uczy, śpiewa, gdy gotuje, śpiewa, gdy je, ale zdecydowanie najlepsze popisy daje, gdy bierze prysznic. Od muzyki klasycznej i opery, poprzez hymny losowo wybranych krajów, na współczesnej muzyce rozrywkowej skończywszy. Inny gra na ukulele, jeszcze inny na gitarze – najlepiej wychodzi im La Bamba. Przyznam, że i ja nierzadko podśpiewuję z nimi zza ściany. Zdarzają się również (choć zdarzają to może niewłaściwe słowo – ta sytuacja ma miejsce codziennie) recitale tej słabej muzyki popularnej. Drzwi wszystkich mieszkańców składu są wtedy zwykle otworzone na oścież, a Hiszpanie włączają kiepskie hiszpańskie hity, po czym śpiewają razem z komputerem. Śpiewam i ja – wszak po czterech miesiącach mieszkania z tymi oszołomami rozpoznaję wszystkie ich ulubione utwory po pierwszych taktach. Żeby było śmiesznej, znam nawet fragmentarycznie teksty, których nie rozumiem.

Niejednokrotnie słyszałam zdanie, że nie słucha się gatunków, tylko muzyki. Nie mogę się z nim do końca zgodzić. Są bowiem gatunki, do których przekonać się nie potrafię. Nie umiem zdzierżyć disco polo ani muzyki techno (proszę nie mylić z muzyką elektroniczną – ta potrafi kryć w sobie naprawdę niesamowite dźwięki!), rozumiem jednak, że są osoby, które takie klimaty lubią. Tak jak ja lubię czasami posłuchać starego polskiego popu, którego teksty nierzadko proszą o pomstę do nieba. Albo hiszpańskich hitów z dolnej półki.

Bo czy tak naprawdę w tej całej muzyce nie chodzi przypadkiem o to, żeby – jakakolwiek by ona nie była – przede wszystkim sprawiała przyjemność słuchającemu?

Magda Futyma

Trochę przeraża ją bezczynność. Autostopowiczka, fanka gór i długich poranków.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany