Kto nauczył kochać Polaków? O „Sztuce kochania” słów kilka

Kasia: Sztuka kochania to kolejny film producentów Bogów, w którym twórcy kontynuują tendencję eksponowania bohaterów życia codziennego. Film o Zbigniewie Relidze wprowadził w polskim kinie novum tworzenia biograficznych epopei pominąwszy sztampowe sylwetki historyczne. Jak wskazuje dotychczasowy box office, jest to coś, czego w naszej rodzimej kinematografii brakowało, film zdążył bowiem odznaczyć się najlepszym wynikiem otwarcia wśród polskich produkcji. W premierowy weekend historię Michaliny Wisłockiej obejrzało ponad ćwierć miliona Polaków. Na tak imponujący wynik w dużej mierze wpływ miała sama postać głównej bohaterki filmu – kontrowersyjnej ginekolog, popularyzatorki antykoncepcji, a nade wszystko – autorki skandalizującej Sztuki kochania, bestselleru 1976 roku, poradnika sprzedanego w siedmiu milionach egzemplarzy. Pokolenie dzisiejszych 20-latków prawdopodobnie poznaje Wisłocką za sprawą filmu Marii Sadowskiej. Wiele słyszy się o zdezaktualizowaniu treści we wznowionej zresztą Sztuce kochania. A czy tak barwna postać i jej historia broni się na ekranie?

Adrian: Sztuka kochania sama w sobie jest filmem ciekawym, dobrze zrobionym – po scenografię, charakteryzację – po niesamowicie imponujące dokonania aktorskie, na czele z Magdaleną Boczarską.

Wspomniałaś wcześniej o filmie Bogowie, które – będąc po seansie najnowszych dokonań Marii Sadowskiej, wydają się bliźniaczym rodzeństwem wspomnianego przez nas obrazu. Co za tym idzie – oba projekty cierpią na te same bolączki, mogą pochwalić się tymi samymi sukcesami i zapewne – w przyszłości oba będą wyznacznikiem tego, jak zrobić film mądry, interesujący, stawiający na pierwszym miejscu głównego bohatera – jako jednostkę, która na swoich barkach niesie całą historię, opowieść, a w ostatecznym rozrachunku cały film. Sportretowana przez Boczarską – Michalina Wisłocka staje się publicznym człowiekiem z marmuru. Jest harda. Nieugięta z misją w swojej codziennej pracy. Wierzy w to co chce robić i w swój projekt – dlatego, po drodze zbiera tak wielu zwolenników. Historia przedstawiona w Sztuce kochania pokazuje nam jednak, że Wisłockich było dwie…

 

9801054-magdalena-boczarska-jako-michalina

 

Kasia: Nie sposób mówić o Sztuce kochania w oderwaniu od Bogów, a jednak te dwie historie sporo dzieli. Mam bardzo mieszane uczucia co do filmu Sadowskiej. Przede wszystkim zabrakło mi w nim spójności i konsekwencji. Podejście do przedstawienia historii Wisłockiej było totalne – należy pokazać wszystko, inaczej widz nie zrozumie. Dziwi mnie aż,  że w scenariusz nie został wrzucony dodatkowo wątek dzieciństwa bohaterki. Nie jestem wielbicielką takiego sposobu opowiadania historii. Dużo bardziej interesujące jest wyczerpujące przedstawienie wycinka życiorysu – z dogłębną analizą, dobrym przedstawieniem linii konfliktu i dopieszczonym scenariuszem. I choć narracja została prowadzona nielinearnie , a retrospekcje zapełniały meandry opowieści, odniosłam wrażenie, że twórcy strzelili sobie tym samym w kolano. Wątek miłosnego trójkąta i wydanie książki, choć są w równym stopniu ważne dla historii bohaterki, mogłyby stać się osobnymi filmami, tak jak zresztą wspomniałeś w efekcie widz otrzymuje dwie Wisłockie. W Sztuce kochania najbardziej porwał mnie wątek trudności, jakie napotkała autorka na drodze do wydania pierwszego poradnika miłości, osadzony zresztą w barwnych, wdzięcznych dla oka kamery latach 70-tych. Trzeba przyznać, że Wojciech Żołga (scenografia) i Ewa Gronowska (kostiumy) w pełni oddali atmosferę i estetykę tamtych lat. Szczególnie cieszy oko motyw kwiatowy, który konsekwentnie przewija się przez film – a to na sukience, chuście, zasłonach, dwuznacznym obrazie czy też na tle Magdaleny Boczarskiej na plakacie promującym film.

Adrian: Tutaj Kasiu, różnimy się w kilku kwestiach. Mogę się zgodzić, że Bogowie i Sztuka kochania dzieli bardzo wiele – nie sposób jednak nie myśleć o jednym filmie w kontekście drugiego. Mamy do czynienia z podobnymi środkami stylistycznymi, aranżacja ujęć czy sposób opowiadania (narracja) niewiele się różnią, a ich odmienność definiuje jedynie temat historii – a nie sposób jej opowiadania.

Mnie podział czasowy przypadł do gustu z jednego prostego powodu – gra aktorska Magdaleny Boczarskiej. W każdej epoce wygląda przekonująco, wyciągnęła z postaci Wisłockiej to co najważniejsze, jednocześnie nadając jej naturalności (co nie udało się na przykład Więckiewiczowi w roli Wałęsy) i nowoczesności.  Co ważniejsze, na każdym etapie produkcji można dostrzec, że twórcy nie szczędzili środków na ich dzieło – scenografia lat siedemdziesiątych to cudowny viral barw i retrospektyw.

 

ru-0-r-650,0-n-sK2308382U2IZ_sztuka_kochania_historia_michaliny_wislockiej

 

Kasia: Wspomniałeś już o kreacji Magdaleny Boczarskiej, która bez dwóch zdań stworzyła wiarygodny portret doktor Wisłockiej. W kategorii drugiego planu również królują kobiety. Karolina Gruszka, Jaśmina Polak i Justyna Wasilewska stworzyły pełnokrwiste bohaterki. Jestem szczególnie urzeczona tą ostatnią, której mimika i wygląd famme fatale doskonale wpisał się w scenariusz. Mam natomiast zastrzeżenia do wyborów reżysera obsady po stronie męskiej. Szczególnie jeśli chodzi o wybór Piotra Adamczyka do roli męża Wisłockiej i obsadzenie Tomasza Kota i Borysa Szyca w epizodach. Jestem daleka od stwierdzenia, że w Polsce cierpimy na deficyt utalentowanych, ciekawych aktorów. A obsadzenia znanych twarzy nawet w mniej znaczących rolach nie traktuję jako mrugnięcia w stronę widza, a jako pójście po najmniejszej linii oporu. Zbliżając się do końca naszej rozprawy o Sztuce kochania. Muszę przejść do meritum i kwestii, która najbardziej nie daje mi spokoju po seansie. Ile w Sztuce kochania było faktycznie sztuki kochania? Odniosłam wrażenie, że pomimo wzięcia na warsztat tematu seksu w kontekście czułości, zrozumienia i sztuki właśnie, został on przedstawiony bardzo stereotypowo i niewdzięcznie. Nie znajdziemy tu zbyt wiele intymności, nawet namiętność sprowadzona jest do mechanicznego aktu. W swojej postępowości i pozornej bezpruderyjności Sztuka kochania przedstawia seks owszem, śmiało, jednak w moim odczuciu ckliwie i sztampowo.

Adrian: W Sztuce kochania odnalazłem to czego szukałem. Szumnie zapowiadany portret kobiety, która nauczyła Polaków kochać się przy zapalonym świetle, mówiąc sobie czego pragną i co sprawia im przyjemność. Dzięki Wisłockiej Polak wie, jak zaspokoić swoje najważniejsze pragnienia – będąc w stu procentach poświęcony sobie i swojej partnerce/partnerowi.

Jako umiarkowany fan Bogów, tak i przy tym filmie uważam, że scenariuszowa pułapka Krzysztofa Raka, zapędziła w ślepy róg Marię Sadowską, która po średnio udanym debiucie – w końcu pokazała, że piękniej patrzy przez wizjer kamery niż ktokolwiek mógł przypuszczać.

 

Reżyserka obrazu Maria Sadowska (z prawej) oraz gwiazda projektu - Magdalena Boczarska (z lewej).
Reżyserka obrazu Maria Sadowska (z prawej) oraz gwiazda projektu – Magdalena Boczarska (z lewej).
Adrian Nowacki

Lubi filmy oglądać i o nich pisać.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany