Kulturalni ulubieńcy stycznia (do góry nogami)

Wywracamy znany w Internecie format do góry nogami. Bez szminek i kremów, ale z dużą dawką kulturalnych inspiracji. Perełki znalezione w sieci, wydarzenia, o których trudno zapomnieć, piosenki do nucenia przez cały miesiąc, przedmioty ułatwiające życie,  miejsca warte odwiedzenia, filmy, muzyka, książki, zajawki – to wszystko znajdzie się w comiesięcznych ulubieńcach.

WYDARZENIE: Janusz Radek śpiewa Poświatowską

źródło: archiwum własne
źródło: archiwum własne

Kto mnie zna, wie, że Poświatowska jest silnie obecna w moim życiu. Do polskiej poezji śpiewanej podchodzę jednak jak do jeża. Wolałabym, aby niektóre wiersze zostały na papierze. Z równą ostrożnością podchodziłam do styczniowego koncertu Janusza Radka. Zainteresował mnie wprawdzie fakt, że wiersze Haśki pojawią się w elektronicznej odsłonie. Na scenie nie było gitary akustycznej, ani fortepianu. Zastąpiły je klawisze, sample, komputer i reszta elektronicznego osprzętu. Poświatowska nie wylądowała jednak na obcej planecie, a Januszowi Radkowi i Adamowi Drzewieckiemu (oprawa muzyczna) udało się zbudować pomost dla poezji i nowych dźwięków. W repertuarze znalazły się między innymi: Sheila, W twoich doskonałych palcach, Nie wiem co kocham bardziej i Kiedy umrę kochanie. Wokalista nieznacznie ingerował w kobiece wiersze Poświatowskiej, śpiewając w rodzaju męskim. Słowa zyskały tym samym na autentyczności, a poezja ucieleśniła się. Za sprawą tekstów i elektronicznych brzmień, muzykom udało się uniknąć poetyckiej zadumy typowej dla standardowych recitali poetyckich, a stworzyli transową, intymną atmosferę przeżywania poezji. Koncert z trasy Poświatowska/Radek jest zapowiedzią nadchodzącego w tym roku wydawnictwa płytowego. Szczegóły powstawania płyty można poznać śledząc stronę projektu.

MIEJSCE: Nikiszowiec w Katowicach

źródło: archiwum własne
źródło: archiwum własne

Pisząc jakiś czas temu o Katowicach, zdawkowo wspomniałam o Nikiszowcu – must seen wszystkich śląskich wycieczek. Chociaż mieszkam w tym mieście trzeci rok, osiedle z czerwonej cegły odwiedziłam dwa, może trzy razy. Ostatnim razem wybrałam się na wystawę akwareli Grzegorza Chudego, na miejscu znalazłam się o godzinę za wcześnie. Po raz pierwszy włóczyłam się po zaklętych, śnieżnych uliczkach Nikiszowca bez celu i pośpiechu. To był sobotni poranek. Weszłam do piekarni, gdzie mieszkańcy rozmawiali ze sobą jak dobrzy znajomi w kolejce po chleb, odwiedziłam jeden z dwóch sklepów spożywczych pamiętających lata PRL-u, wchodziłam na podwórka, gdzie dzieci lepiły bałwana, a z okna spoglądał na nie wygrzewający się na parapecie kot. Odkryłam świat, który pamiętałam z dzieciństwa – niespieszny, magiczny, zamknięty w murach prawdopodobnie najbardziej zaczarowanego osiedla na świecie. Nie piszę o tym tylko po to, by zachęcić do wizyty na Nikiszowcu, ale tym samym namawiam do wycieczki w nieznane, choćby to było kilka ulic dalej. Chodźcie bez celu i obserwujcie życie.

FILM/MUZYKA: Damien Chazelle La la land

źródło: Pinetrest
źródło: Pinetrest

Przyszedł już czas, gdy z przysłowiowej lodówki wychodzą na przemian Ryan Gosling i Emma Stone, a słowa City of Stars znasz na pamięć. Nie mam jednak nic przeciwko wszechobecności La la land i będę bronić filmu Chazelle’a przed armią malkontentów. To obraz, który ma wpisany w siebie banał i konwencję, ale ja, sceptyczka musicali zakochałam się w nim bez reszty. Jest kilka filmów, które uważam za wybitne, La la land  co prawda nie znajdzie się wśród nich, jednak istnieje jeszcze druga kategoria filmów, które wpisują się w moją wrażliwość i nie dają o sobie zapomnieć. Ta ostatnia w ostatecznym rachunku bije na głowę wszystkie produkcje bez wad. Po seansie La la land czułam ciepło mieszające się z nieopisanym smutkiem i nostalgią, które nie opuszczały mnie przez kilka dni. Wybierzcie się czym prędzej do kina, złapcie za rękę bliską osobę, a potem do znudzenia (?!) śpiewajcie City of Stars. To przepis na udany dzień, tydzień, a może i miesiąc?

ZAJAWKA: Lomografia i Diana mini

źródło: archiwum własne
źródło: archiwum własne

Postanowienie noworoczne. Kolejny miesiąc, kolejna rolka kliszy. Odkopałam więc moją Dianę mini, którą kupiłam jeszcze w gimnazjum. Wówczas zachwyciła mnie nie sama fotografia analogowa, a lomografia – hipstersko-marketingowy twór, który trzeba przyznać, ma swój urok. W latach 90-tych grupa studentów z Austrii podczas wycieczki w Pradze odnalazła stary radziecki aparat marki Łomo. Po wywołaniu kliszy okazało się, że zdjęcia kompletnie nie przystają do panujących wówczas standardów. Tak zrodził się koncept lomografii jako nurtu spontanicznej fotografii – im dziwniej, tym lepiej! Niech zdjęcia będą nieostre i źle wykadrowane, a przed wywołaniem kliszę dobrze jest poddać pieczeniu, gotowaniu lub zamrożeniu. Lomografia ma nawet swój dekalog:

I Gdziekolwiek idziesz, weź Lomo ze sobą
II Rób zdjęcia o każdej porze dnia i nocy
III Lomo stanowi część Twojego życia
IV „Pstrykaj z biodra”
V Fotografuj przedmioty z jak najmniejszej odległości
VI Nie myśl!
VII Bądź szybki!
VIII Przed naciśnięciem spustu nigdy nie wiesz, co znajdzie się na zdjęciu
IX Po naciśnięciu spustu też nie będziesz tego wiedział
X Nie przejmuj się zasadami i konwenansami obowiązującymi w tradycyjnej fotografii

źródło: archiwum własne
źródło: archiwum własne
źródło: archiwum własne
źródło: archiwum własne
źródło: archiwum własne
źródło: archiwum własne
źródło: archiwum własne
źródło: archiwum własne

PRZEDMIOT: Minimal Planner 

źródło: archiwum własne
źródło: archiwum własne

Nie mogę obejść się bez ładnego i funkcjonalnego kalendarza i notesu. Kupowanie ich dostarcza mi niemniejszej przyjemności niż zakup wystrzałowej sukienki. Każdego grudnia odbywa się wielka selekcja kalendarzy i plannerów. To nie mżonki i cytaty coacha, ale dobra organizacja naprawdę wiele zmienia. W tym roku zrobiłam prezent od siebie dla siebie, zaopatrując się w elegancki Minimal Planner polskiej marki Madama. To rzecz, bez której nie wyobrażam sobie planowania i zarządzania czasem. Cieszy nie tylko oko, ale i spełnia moje wymagania dotyczące funkcjonalności i intuicyjności.

W SIECI: Post Nirrimi Firebrace i Fire&Joy

fot. Nirrimi Firebrace, źródło: www.fireandjoy.com
fot. Nirrimi Firebrace, źródło: www.fireandjoy.com

Nirrimi Firebrace jest 24 letnią fotografką z Australii. Śledzę jej bloga już od kilku lat. Zdawkowo pojawiające się posty, są przeze mnie tak wyczekiwane, że nie mogłabym pominąć jej podsumowania ubiegłego roku. Nirrimi ma wyjątkowe, acz obfitujące we wzloty i boledne upadki życie. Jako 16-latka fotografowała duże kampanie modowe i podróżowała po świecie. W wieku 19 lat urodziła córkę. Piękne, surowe w swojej prawdzie fotografie jej życia to jedno, to, co przyciąga mnie do niej regularnie to słowo, jakiego nigdzie wcześniej nie spotkałam. Nirrimi spisuje swoje przeżycia i przemyślenia, obficie opisując je na swoim blogu. Z początku czytałam ją z ciekawości swego rodzaju egzotyką – wolną, wyjątkową i twórczą dziewczyną z dalekiej Australii, po pewnym czasie łapałam się na namiętnym czytaniu jej bloga i autentycznych łzach. To rzadkość jeśli chodzi o lekturę postów wyświetlanych na ekranie kompuetra. Nirrimi ma dar ubierania w słowa swoich uczuć, których rzeczywisty ciężar jest odczuwany czytając z najdalszego zakątka Ziemi.

The world outside our home was full of white moths. Thousands of them. They swooped in and out of the trees everywhere I looked. I love moths, I can relate to moths. They are not immediately beautiful, they lack the splendid colours of butterflies but up close they are even more beautiful to me. My father used to tell me a dreamtime story about a moth who sacrificed all of her colours to a bleak snowy mountain so that wildflowers could grow.

fot. Nirrimi Firebrace, źródło: www.fireandjoy.com
fot. Nirrimi Firebrace, źródło: www.fireandjoy.com

Grafikę wyróżniającą wykonała Basia Rochowczyk.

Kasia Siewko

Zakochana w Katowicach i brzydkiej architekturze. Zapytana o ulubioną poetkę od wielu lat odpowiada- Poświatowska.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany