Fenomen „La La Land”, czyli Hollywood w swoim żywiole

Kultura filmowa jest w ciągłej metamorfozie, wspina się na szczyt, którego nawet nie widzi na swoim horyzoncie. Gdy w 2009 roku James Cameron zaprezentował światu Avatara, wydawało się, że technologia osiągnęła swój wiekopomny moment tryumfu. Ale ludzkość zazwyczaj miewa trudności z właściwą oceną przyszłości. Wystarczy przypomnieć sobie odpowiedzi na pytanie dotyczące nowego millenium: Jak będzie wyglądał świat w 2000 roku? Niektórzy wierzyli, że Powrót do przyszłości może mieć w sobie ziarnko prawdy, Gwiezdne Wojny były nieco zbyt wydumane, ale złoty środek miał leżeć gdzieś pomiędzy. A co przyniosła nam rzeczywistość? O ile się nie mylę, nie mamy podniebnych samochodów, nie machamy mieczami świetlnymi, nie przenosimy się w czasie i nie nosimy też butów, które nie podlegają prawom grawitacji.

To, że nie latamy na inne planety, nie oznacza jednak, że nic się nie zmieniło i poczyniliśmy niewielki krok od ery kamienia łupanego. Tempo zmian technologii wpływa na przemysł filmowy w sposób zastraszający. Stoimy przed faktem, że zdobywca dwóch Oscarów – Alejandro Innaritu – pracuje nad pierwszym filmem w całości nakręconym w wirtualnej rzeczywistości. Szaleństwo? Bardzo możliwe, ale z jakim rozmachem. Będzie to niezapomniane przeżycie, kolejny krok ku rewolucji doświadczenia jakim jest kino.

Są jednak gatunki, które wydawać by się mogło, nie będą mogły nadążyć za zwariowanymi zmianami i postępem. Musical to gatunek wręcz archaiczny, niepasujący do nowoczesnego sposobu kręcenia filmów. W dobie kina indie, przekraczania barier i poruszania coraz bardziej kontrowersyjnych tematów, musical wydaje się błahy, niczym karykatura kina z prawdziwego zdarzenia. To starodawny samozachwyt Hollywood nad własną dominacją.

Kadr z filmu "La La Land"
Kadr z filmu „La La Land”

Jednak zanim rozprawimy się z tym oczkiem w głowie fabryki snów, wymagane jest zrozumienie miłości Hollywoodu do musicalu. Muzyka zawsze towarzyszyła sztuce wizualnej, jak nietrudno się domyślić – korzenie śpiewanego kina można znaleźć w teatrze, operze, czy też operetce. Kino długo było również postrzegane jako teatr gorszego sortu  oraz królestwo tandety. Musicale były poniekąd mostem łączącym wielkość teatru, lekkość jego interpretacji i wyrafinowanie formy, z dostępnością i prostotą przekazu kina. Amerykanie szybko zakochali się w kinie rozrywkowym, niezobowiązującym. Europejczykom przyszło to znacznie trudniej – nasze kino chciało być kontrargumentem, bardziej wymagającą hybrydą rozrywki i prowokacji. Amerykanie mieli Franka Sinatrę śpiewającego Deszczową Piosenkę, czy też Gene’a Kelly’ego, zaś Europa – filmy Bergmana i Tarkowskiego. I może to brzmi jak grube uproszczenie, ale w tym szaleństwie jest metoda. Bowiem Europa szukała w kinie rozmowy, Ameryka – czystej rozrywki.

I tak, wraz z ewolucją kina, musical jako gatunek zaczynał umierać. Może wpływ miały na to zachwiania geopolitycznej sytuacji na świecie i wybuchy nowych konfliktów, które dostarczały filmowcom twórczego marazmu i powodów do pesymizmu i nihilizmu. Albo po prostu społeczeństwo amerykańskie dorosło do tego, że naiwny, bajkowy rys musicalu nie pasuje już do świata technologii, zawiłych relacji gospodarczych i podziałów. Może dotarcie do większej ilości filmów europejskich spowodowało to, że Amerykanie inaczej spojrzeli na możliwości kina – jego siłę przekazu. Efektem tego było porzucenie także m.in. monster movies i rozkwit kina trudniejszego, ambitniejszego. Przecież Quentin Tarantino nie narodził się z oglądania Słomianego wdowca

Ale musical także podejmował swoje próby dołączenia do grona retorycznych gatunków. Jesus Christ Superstar i Hair to przykłady, które pokazują, że także i w tej formie szukano wymagających tematów. Jednak trudno było we wspomnianym Hair osiągnąć to co, się udało w Czasie Apokalipsy. I tak, nawet gdy wyśpiewane słowa uderzały w samo sedno, większy efekt przynosiła tradycyjna formuła. Obdarta z magii, boleśnie prawdziwa – szokująca, ale zarazem przedziwnie hipnotyzująca.

Biorąc pod uwagę ten upadek musicalu, sukces La La Land powinien całkowicie szokować. Film Damiena Chazelle’a reprezentuje bowiem wszystko to, co już dawno temu umarło – słodki banał, polukrowany pięknymi zdjęciami, chwytliwą muzyką i atrakcyjnymi ludźmi, którzy pięknie uzupełniają obrazek. Zatem jak to możliwe, że to właśnie ten film zmiażdżył konkurencję: wojenny epos Mela Gibsona, klimatyczny neo-western czy też odważny, kontrowersyjny dramat o homoseksualiście wychowanym w ubogiej dzielnicy?

mat. promocyjne dystrybutora A24 filmu "Moonlight"
mat. promocyjne dystrybutora A24 filmu „Moonlight”

Kluczem jest właśnie forma – musical. Bowiem Hollywood zawsze skrycie kochało swoje estradowe gwiazdeczki. Wszystkie większe musicale ostatnich lat – Chicago, Moulin Rouge, a teraz La La Land – to oscarowe pewniaki, zwycięzcy obsypani nagrodami. A nawet jeśli film Chazelle’a nie odkrywa nic nowego w ramach swojego gatunku, nie porusza trudnego, społecznego tematu, to łechta śmietankę amerykańskiego kina tak, jak nic innego. Jest kolorowy, rozśpiewany, jaskrawy i kiczowaty. Jest tym, co wielu ludzi określiłoby magią kina – ten film uwodzi, ale nie zmusza do rozważań, bo nie musi. I tak każdy obejrzy go do końca i wyjdzie z kina z ryzykownie wysokim poziomem endorfin w krwi.

Trudno powiedzieć, czy hegemonia La La Land jest całkowicie zasłużona. Wiele filmów przegrało rywalizację z Damienem Chazelle’m niesłusznie. Krytycy poszli jedną falą, festiwale także. Przez tę niekwestionowaną dominację nie pozwoliliśmy dojść do głosu wielu znakomitym filmom, fenomenalnym kreacjom aktorskim i poruszającym historiom. Nagrodzone w Cannes American Honey, PatersonSłużąca, intrygujący thriller Zwierzęta nocy, czy też indie propozycje jak Człowiek-scyzoryk – to tylko kilka tytułów, które utonęły. Metoda na to jest zatem jedna. Niech Hollywood zachłystuje się tym, czym chce – my jednak pamiętajmy, że tak jak kino gangsterskie nie kończy się na Ojcu Chrzestnym, tak i rok 2016 nie kończy się na La La Land.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany