„Manchester by the Sea” – ciche tragedie, ludzkie subtelności

Wszyscy chcieliby mieć na ścianie roztańczony plakat z La la land, ale nikt nie kupiłby koszulki z wizerunkiem Lee Chandlera. Co więcej, myślę, że taka koszulka nigdy nie powstanie. Nikt nie chciałby być głównym bohaterem nowego filmu Kennetha Lonergana.

Manchester by the sea rozpoczyna się nieszczególnie. Lee, mężczyzna zbliżający się do wieku średniego, zajmuje się tak zwaną brudną robotą. Naprawia w domach cieknące krany, dziurawe rury, rano odśnieża samochody. Czasem wyjdzie na piwo, zje śniadanie albo pokłóci się z klientem. Tu nie chodzi o monotonię życia, problemem jest główny bohater. Lee jest przerażająco obojętny. Wobec świata, wobec ludzi, wobec siebie. Na tyle obojętny, że przeszedłby beznamiętnie obok bójki na ulicy, a gdyby wybuchła wojna wzruszyłby ramionami. Jego obojętność jest tak przytłaczająca, że sam tembr głosu mężczyzny przyprawiał mnie wręcz o agresję. Wieczna alergia na bierność. Miałam ochotę dać mu w twarz lub wyjść z kina.

Jednak historia bardzo szybko pobiegła do przodu. Lee (fantastyczny Casey Affleck!) dowiaduje się o nagłej śmierci swojego brata. Musi wrócić do rodzinnego miasta, by zorganizować mu pogrzeb oraz zająć się jego nastoletnim synem, Patrickiem (równie fantastyczny Lucas Hedges). Problemy jednak zaczynają się mnożyć.  Relacja pomiędzy introwertycznym Lee, a pełnym wigoru, buntu i energii Patrickiem nie jest łatwa. Manchester działa na głównego bohatera otępiająco. Powoli zaczynamy tracić powietrze, emocje nie mają gdzie się rozładować, a pytania gdzie odpowiedzieć. Do tego lód skuł powierzchnie miasta. Wykopanie grobu dla brata będzie niemożliwe.

http://www.fandango.com/manchesterbythesea_190012/movieoverview
Źródło: Filmweb.pl

Lód pokrył też sam film. Nastoletni Patrick, który, choć ma dwie dziewczyny, kumpli z hockeya i fatalny zespół rockowy, właśnie stracił ojca, jego matka – alkoholiczka – nie widziała go od kilkunastu lat, a on sam nie jest kimś, kto potrafi trzymać emocje w garści. Zresztą, który szesnastolatek to umie. W zestawieniu z Chandlerem, którego jedynym sposobem na wyrwaniem się ze stanu obojętności jest agresja, tworzy to wybuchową relację. Taką, w której żadna ze stron nie chce się przyznać do słabości, pomimo tego, że granica psychiki ludzkiej powoli zbliża się do granic wytrzymałości.

Pozornie, historia wydaje się zwykła. Kiedy dostrzeżemy niuanse, subtelności, film nabiera charakteru. Narracja zaczyna nami motać. Retrospekcja i czas teraźniejszy miesza się tutaj bardzo płynnie, a ja chętnie ulegałam tej iluzoryczności. Rozgościłam się w psychice głównego bohatera i pozwoliłam na przyjmowanie czasu jako jednej, pokrętnie nieskończonej linii. To to uczucie, kiedy ciężko nam odróżnić coś, co było wczoraj od tego co, będzie jutro. Jak wtedy, kiedy przeszłość łamie nam kości i nie pozwala zapomnieć. Jakby to było dzisiaj, teraz, w tej chwili. W momencie, kiedy zaczynamy błądzić w czasie wraz z bohaterem, robi się naprawdę ciekawie. Docieramy oczywiście do sedna tego, dlaczego Lee jest taki, jaki jest. Dlaczego skończyły mu się emocje, dlaczego ciągle mówi tak, jakby jednocześnie jęczał. Przy okazji retrospekcji, dostajemy również krótką, amerykańską kronikę rodzinnej sagi.

A w słowie amerykański nie ma nic pejoratywnego. Historia zręcznie ucieka od banału tragedii. A tragedie dzieją się tutaj często. Nie zobaczymy potoku łez, pustych pocieszeń, żałosnego poklepania bohaterów po plecach. Tego pocieszenia nie dostaniemy również my, widzowie. Nikt nas nie pogłaszcze. Skotłują nam tylko emocje. Kiedy Patrick wpada w atak paniki trwa on zaledwie kilka minut, zaraz później cichnie w bohaterze. Kiedy sanitariusze próbują włożyć ciało do karetki, zacina się mechanizm noszy. Scena jest wydłużona, a tobie staje serce. Czekasz na krzyk, na łzy, aż coś się stanie. Nic się nie dzieje.

Lonergan z ogromną subtelnością oscyluje pomiędzy tragedią, a żartem. To nie będzie ani amerykańska sielanka, ani wrzeszczący dramat. Tutaj niemożność normalnego funkcjonowania miesza się ze zgrabnym żartem, ironią. Przez mroki dni przebijają się szczeliny, które trącą oddechem, wolnością, cieniem uśmiechu. Elementy komedii zgrabnie przenikają się z dramatem tworząc niezwykle przejmującą spójność.

Przy polifonii muzyki klasycznej i spokojnych zdjęciach ledwo zauważalnie unoszącego się oceanu, dajcie się porwać opowieści o człowieku, który stracił wszystko. Człowieku, którego możecie nie polubić, który nie będzie idolem z plakatu, ani bohaterem, którego warto naśladować. To film o mężczyźnie, którego możesz spotkać przy barze z trzecim piwem. Który nigdy nie opowie ci swojej historii, bo boi się, że znowu zacznie czuć. Z jego strachem, lękiem i skurczonym sercem wyszłam z kina. Z tym strachem, już znacznie mniej wyczuwalnym, piszę to teraz, tydzień później. To kino, które wkradnie ci się pod skórę. Nie wedrze, nie zdemoluje wnętrzności, mogą nawet nie polecieć łzy. Wemknie się po cichu protestując przeciwko fajerwerkom. Delikatnie i subtelnie wyszepcze historię, którą będziesz pamiętać. A takie filmy warto oglądać.

Julia Smoleń

Kiedy nie ma czasu, żeby pójść do kina czuje się zaniepokojona. Chciałaby spotkać Jima Jarmuscha i wypić z nim kawę. Życie ma zaplanowane na najbliższe pięć lat.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany