„Nie należy nigdy upijać się na smutno ani kochać się dla zabicia zmartwień…”

… w obu przypadkach bowiem mamy potem straszliwego kaca.
Chodzę i szukam, chodzę i nucę: Żyć dla kobiety, to ma styl i smak. Himalaje wzruszeń, Pacyfiki łez. Ach, żyć dla kobiety elegancko jest! I tak włócząc się po mieście w ostatnim tygodniu, wchodzę z nią wszędzie – do sklepu, kina, poczekalni, tramwaju. Ostentacyjnie oglądam rysunki. Zamawiam kawę i przypadkiem nie zauważam podchodzących kelnerów, kątem oka przypatruję się reakcjom – zniesmaczony uśmieszek, zawstydzone spojrzenia młodych, zaciekawienie, błysk w oku starszego pana – oto, co może człowieka spotkać, gdy wychodzi się do ludzi ze Sztuką kochania Wisłockiej w ręku. A niech mnie! Dlaczego dwudziestoletnia kobieta przeglądająca najzwyklejsze w świecie, nawet dosyć prymitywne obrazki narządów rozrodczych, wzbudza takie poruszenie?! Zapewniam, że bynajmniej nie jestem studentką ginekologii.
W dobie napływającego i wypływającego zewsząd erotyzmu jednak nie jesteśmy przygotowani na to, że ktoś obok może po prostu o TYM czytać, bez skrępowania, nie ukrywać się z tym przy szczelnie zamkniętych oknach i po lekturze nie chować książki pod najgrubsze swetry. Nieprzypadkowo piszę TYM z wielkich liter, bo nadal niezręcznie używamy słów, jakimi są seks, wagina, penis, orgazm… Ginekolodzy zgodnie potwierdzają, że podczas wizyty wielu pacjentów ma problem ze skonkretyzowaniem swoich dolegliwości. Mówią: TO mnie boli, TAM NA DOLE mnie uciska, proszę z TYM coś zrobić. Zupełnie jakby ta terminologia była przeznaczona tylko dla specjalistów, a akty w sztuce w niektórych kręgach są potępiane i wzmagają pruderię. W zamian za to rodzą się mechanizmy kompensacyjne w postaci wcale niewybrednych dowcipów na temat seksu, potęgując go jako temat, o którym winniśmy mówić, tylko chichocząc. Idąc za słynną sceną w filmie o Wisłockiej – wszyscy jesteśmy w końcu z waginy – więc dlaczego uciekamy wzrokiem przed zakazanym owocem miłości i tak rzadko chcemy wydobyć z niej coś więcej niż tylko obnażone ciała? Historia sztuki wskazuje na to, że akty i erotyki figurowały już przecież od zarania dziejów. Nagość była stale eksponowana – smukłe talie u pań, atletyczne budowy mężczyzn mają swoje odzwierciedlenie w wielu dziełach. Jako przykład przedstawiam Modiglianiego, którego twórczość przypada na przełom XIX i XX wieku. Dominującą częścią jego artystycznej spuścizny były właśnie akty utrwalone na płótnach w kuszących pozach.
Akty Modiglianiego
Akty Modiglianiego

Takich inspiracji znajdziemy jednak sporo nie tylko w malarstwie, ale również w liryce. Zachwycające, wysublimowane słowa zręcznie lawirują po zakamarkach wyobraźni. Spójrzmy tylko na rodzime W malinowym chruśniaku Leśmiana. Utwór aż kipi namiętnością i słodyczą, wprawiając w zachwyt każdego, kto potrafi odróżnić erotyk, będący formą sztuki, od wypierającego go, zdegenerowanego symbolu naszych czasów – pornografii.  Pojęcia te, niestety często mylone, potrafią zniwelować niejedno piękne dzieło na rzecz prymitywnych i wręcz prostackich form, tworząc błędne przekonanie o kontaktach seksualnych i deprecjonując pozycję kobiet w oczach mężczyzn. Myślę, że to stąd bierze się pewne zawstydzenie, zniesmaczenie, gdy podejmowany jest temat seksu, w czym tylko utwierdził mnie mój drobny eksperyment. Nic dziwnego, skoro jesteśmy zewsząd zalewani łatwo dostępnymi materiałami, anonsami oferującymi usługi skąpo ubranych kobiet, z jeszcze bardziej ubogą treścią, pozbawioną uczuć, to jak mamy mieć do tego pozytywny stosunek? Jak o tym bez skrępowania rozmawiać? Rodzice nie chcą mieć przecież zgorszonych dzieci i temat seksu zostawiają najchętniej nauczycielom. Słowo to długo ich parzy w języki, a na filmach z erotycznymi scenami, które w niektórych kadrach są bardzo pięknie ujęte, naładowane wrzącymi emocjami, najchętniej zakryliby swoim pociechom oczy, pozwalając natomiast oglądać bez przeszkód brutalne sceny, nasączone krwią i sadyzmem. Mam ochotę zawołać: Hej, czy tylko według mnie coś tu jest nie tak? Na szczęście okazuje się, że znajduję w tym temacie swoich pobratymców, bo wiedział o tym Alexander S. Neil, poświęcając w słynnym Summerhill długie rozdziały poruszające tę kwestię. Wiedziała też Michalina Wisłocka, pisząc pierwszą część kultowej książki cieszącej się w ówczesnych czasach olbrzymią popularnością liczoną w kilkumilionowych nakładach i setkach tysięcy pirackich kopii – mimo że dzieło było przez długi czas aresztowane przez władzę. Nazywana Hitlerem w spódnicy i gorszycielką – dzielnie rewolucjonizowała Polskę, otwierała oczy, kładąc nacisk na ważne aspekty w sferze uczuciowej na linii relacji damsko-męskich, pomagając setkom par wydobyć z seksu to, co najpiękniejsze – sztukę kochania.

źródło: ikmag.pl
Źródło: Ikmag.pl

Kto mnie zna, wie, że moje życie utkane jest z kobiet. Artystki, poetki, rewolucjonistki, moje bohaterki – z wielkich scen, ze złamanymi sercami i inspiracje, które spotykam magicznym (nie)przypadkiem. Myślę, że i Michalinę Wisłocką mogłabym dodać do prywatnej listy osób, które podziwiam. Za co? Za niezwykły upór; za bezpośrednie mówienie o tym, co już dawno powinno zostać powiedziane. Jej życiorys pragnę porównać do wzorzystych chust, które często okalały jej głowę – równie wielobarwny i różnorodny. Wieloletnie obserwacje i prywatne przeżycia pozwalały  wysnuwać trafne i śmiałe wnioski, na które wówczas niewielu było przygotowanych, a jednak  i tak każde słowo  odkrywało coraz to nowe, wcześniej nieznane płaszczyzny oparte na uczuciach, pięknie zbliżeń, rozmowie i zrozumieniu – to o tym jest tak naprawdę Sztuka kochania – sama Wisłocka złościła się na opinie minimalizujące walory tej książki jedynie do seksu. To coś więcej. To dotyk, bliskość, miłość – podmiot, nie przedmiot. Kluczową część książki zakończyła słowami, komentującymi fragment Przeminęło z wiatrem, ale myślę, że również doskonale wyłaniającymi kwintesencję z tego, co chciała przekazać:

I tu się kryje istotny sens miłości. Każdy człowiek marzy o wielkiej roli, jaką odegra w swoim życiu, o widowni pełnej głębokiego zachwytu i uwielbienia. Widownię, która daje nam poczucie bezpieczeństwa i ogromnej wartości wszelkich osiągnięć naszego życia, stwarza i stworzyć może tylko kochający człowiek obok nas.
Nie zapominajmy i (się) kochajmy!
Obrazek wyróżniający jest skanem wyklejanki Wisławy Szymborskiej.
Monika Babińska

Cierpię na chroniczny brak pieniędzy, ponieważ wszystko wydaję na bilety do Teatru, książki, podróże, płyty i kino. I właśnie te pięć słów jest wszystkim tym, co kocham, dlatego rzadko żałuję pustych kieszeni. W wolnych chwilach rzucam studia, włóczę się w piżamie po mieście i tęsknię, bo:"czasem mam lat cztery, a czasem cztery tysiące".

2 komentarze
  1. Byłabym ostrożna z takim gloryfikowaniem Wisłockiej. W pewnych kwestiach jej podejście do tematu było bardzo konserwatywne – i to w sposób nie do zaakceptowania w XXI wieku. Polecam przeczytać ten artykuł: http://www.koralowamama.pl/2017/01/sztuka-kochania-michaliny-wislockiej-czyli-czego-nie-dam-dzieciom-do-czytania-jak-podrosna/
    „Sztuka kochania” to pewnie lektura ciekawa z perspektywy „historycznej”, ale trzeba mieć do niej dystans i moim zdaniem warto to podkreślać. Zwłaszcza, że to ostatni bestseller niektórych księgarni…

    1. Spokojnie, nikogo nie gloryfikuję. Podziwiam ją jedynie za upór i rewolucję, jaką wprowadziła. To wymagało silnego charakteru, a to mi najbardziej imponuje w jej osobie. Książka to świadectwo ówczesnych czasów – na jej przykładzie można poznać myślenie ludzi – nawet tych najbardziej uczonych, więc tak – w tym sensie lepiej podejść do niej z dystansem. W wielu kwestiach się z nią oczywiście nie zgadzam i wiem też, ile ma „za uchem”, ale myślę, że każdy sam potrafi „odcedzić” plew od ziarna w „Sztuce kochania”, jak i w samej postawie Wisłockiej. Dziękuję bardzo za ten komentarz i przepraszam za tę nieścisłość w tekście, bo faktycznie nie dodałam tego, o czym Pani wspomina.
      Kłaniam się nisko i pozdrawiam serdecznie.
      ~ Monika

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany