Wieczór w Teatrze Narodowym: „Garderobiany” kontra „Matka Courage i jej dzieci”

Najistotniejszy punkt mojej przeprowadzki do Warszawy obejmował możliwość chodzenia do teatrów bez zamartwiania się o godziny odjazdów pociągów, ewentualny nocleg i szereg innych, często nieprzewidzianych, przygód, jakie spotykały mnie przez dwa lata podczas podróżowania na trasie Łódź-Warszawa. Warszawa, a więc Teatr Narodowy. Przez ponad rok z sentymentem wspominałam spektakl Daily Soup, który nabrał dla mnie nowego wymiaru po odejściu Haliny Skoczyńskiej. Uświadomiłam sobie wtedy, że teatr to chwila i ulotność. Że to długie oczekiwanie w kolejkach po wejściówki nabiera sensu, gdy siada się na zimnych schodach i z perspektywy widza obserwuje wszystkie zmagania aktorów, ich małe sukcesy i potknięcia, ich zmęczenie i radość z grania. Dlatego gdy tylko przeprowadziłam się do stolicy i przejrzałam uważnie repertuar Teatru Narodowego, wiedziałam, że pierwszym spektaklem, który chcę zobaczyć w nowym roku jest Garderobiany. Spektakl o teatrze, aktorach i przemijalności.

Po obejrzeniu Garderobianego szłam w ciszy Krakowskim Przedmieściem i marzyłam tylko o jednym – o powrocie do teatru. Zawsze powtarzam, że istnieją spektakle – podobnie jak ludzie – które pojawiając się w życiu, powodują trzęsienie duszy. Nie jest ich wiele i nie zdarzają się często, ale gdy już się je zobaczy, nic nie jest jak dawniej. Garderobiany idealnie wpisuje się w ten opis. Może to moje zamiłowanie do zjawiska teatru w teatrze, może szacunek dla Gajosa i Englerta, może sentyment do sceny przy Wierzbowej, ale po wyjściu z sali, czułam, że brałam udział w czymś naprawdę genialnym.

fot. Tomasz Urbanek
fot. Tomasz Urbanek

Duet Gajos-Englert to duet mistrzowski. Jeśli doda się do tego Sajnuka (który wyreżyserował spektakl), pokusić się można o stwierdzenie, że Garderobiany poniekąd z góry skazany był na sukces. Nie oznacza to jednak, że nie widać włożonej w sztukę ciężkiej pracy. Monologi – zarówno Gajosa, jak i Englerta – poruszają i nie pozostawiają obojętnym. Sir (Englert) jako słabnący, opadający z sił aktor, dyrektor zespołu, wzrusza, wypowiadając słowa: Najważniejsze to być pamiętanym, aktor żyje tylko w pamięci widzów. Na tym polega zresztą – według mnie – sukces Garderobianego. Na grze toczonej z widzami, którzy – chcąc, nie chcąc – zostają wciągnięci w jej akcję. Przecież to nic, że na widowni siedzą dziesiątki nic nierozumiejących ludzi. Ważne jest, że siedzi ten jeden człowiek, który rozumie wszystko. To dla niego się gra, to dla niego wypruwa się żyły, to dla niego otwiera się duszę. To tymi słowami Sir/Englert uwodzi widzów. Wszystkich i każdego z osobna – bo przecież każdy, nawet ten, który dotąd nic nie rozumiał, czuje, że aktor mówi właśnie do niego, że jest kimś ważnym, bez kogo teatr nie miałby prawa istnieć.

Garderobiany Norman, stworzony przez Gajosa to człowiek świadomy tego, jak wielki ma wpływ na artystę, który stał się – poniekąd – jego więźniem. Można pokusić się o stwierdzenie, że tak naprawdę to Norman rządzi teatrem, nie Sir. To on decyduje kto i kiedy może wejść do garderoby, to on wywiera wpływ na artyście, by ten – pomimo złego samopoczucia i zagubienia – wyszedł na scenę, wreszcie to ona – kłamiąc jak z nut – przekonuje Sira o jego niesłabnącym talencie i geniuszu. Garderobiany pilnuje, aby wszystko szło po jego myśli, czuwa nad zespołem, nawet inspicjentka (Edyta Olszówka) ma w kwestiach organizacyjnych dużo mniej do powiedzenia niż on. Nawet sam plakat spektaklu daje dużo do myślenia. Na pierwszym planie – Norman, na drugim – chowający się za nim, niepewny Sir. Dla Sira bowiem kłamstwa Normana były tarczą, chroniły go przed uświadomieniem sobie, że lata świetności odeszły na zawsze, że teraz – stopniowo – trwa jego upadek, upadek aktora, upadek człowieka.

fot. Tomasz Urbanek
fot. Tomasz Urbanek

Prawda jest jednak taka, że Gajosa nie sposób nie kochać – nawet w roli tak przebiegłego i bezdusznego człowieka, nawet krzywiąc się na kłamstwa jego bohatera. Podobnie jak Englerta, który tworzy postać Sira w taki sposób, że widz niejednokrotnie zadaje sobie pytanie: Czy to jeszcze postać czy już Englert? Tym bardziej, że ukochaną Sira gra Beata Ścibakówna, prywatnie żona aktora. Tym zresztą charakteryzuje się dramat Harwooda – balansem pomiędzy rzeczywistością a teatralną kreacją. Wypowiadane przez profesjonalnych, uznanych aktorów słowa o ciężkiej sztuce, jaką jest aktorstwo, o wysiłku, jaki trzeba włożyć, jeśli chce się stworzyć ważny i zapamiętany spektakl, nabierają dodatkowego znaczenia.

Dwa dni po obejrzeniu Garderobianego, idąc za teatralnym ciosem, wybrałam się na wyreżyserowany przez Michała Zadarę spektakl Matka Courage i jej dzieci. O sztuce słyszeli chyba wszyscy, nawet ci najbardziej antyteatralni, bo Stenka (odgrywająca główną rolę) opowiadała o niej w każdym wywiadzie, podkreślając, ile wysiłku i zaangażowania kosztowało ją stworzenie postaci Matki. Rzeczywiście, to spektakl wymagający. Zarówno dla aktorów, jak i dla widzów. Spektakl z serii tych, które nie akceptują dezorientacji, wymagając zupełnego skupienia. Zadara przenosi miejsce akcji do roku 2025. A tam destabilizacja, agresja, strach – wojna. A w jej centrum – ona, Matka Courage i trójka jej dzieci. Kobieta mająca prosty cel – poradzić sobie. Jakoś. I za wszelką cenę.

fot, Krzysztof Bieliński
fot, Krzysztof Bieliński

Stenka – jeśli można użyć tego słowa w kontekście takiego spektaklu – zachwyca. Pozbawiona kobiecości, ubrana w szorty, koszulkę i wojskowe buty, z krótkimi włosami i męskimi ruchami, dbająca o to, aby dzieciom nigdy nie zabrakło jedzenia, przywodzi na myśl postać ojca, którego obowiązkiem jest dbanie o to, żeby rodzinie niczego nie brakowało. Tylko, że jej rodzinie brakuje wiele. Mur, którym otacza się Courage wpływa na jej stosunki z dziećmi. Tylko czasem dostrzec można w jej oczach kruchość, czułość, cień strachu. Przez cały czas trwania spektaklu zastanawiałam się, czy nienawidzę tej postaci, czy jej współczuję. Stenka stworzyła postać niejednoznaczną; taką, w której każdy – w zależności od poglądów i doświadczeń – dostrzeże coś innego. Ja dostrzegłam walkę. Ale nie walkę o kraj, nie o ideały, nawet nie o przeżycie. Walkę toczoną z samą sobą.

Kiedy myślę jednak o Matce Courage i jej dzieciach, w głowie nie mam wcale Danuty Stenki, lecz Barbarę Wysocką. Bo choć Stenka zagrała rewelacyjnie, moim prywatnym odkryciem tego spektaklu okazała się właśnie Wysocka, wcielająca się w rolę Kattrin, niemej córki tytułowej Matki Courage. Myśląc o poszczególnych scenach spektaklu, myślę o scenie, w której Kattrin wraca z samotnej wyprawy do miasta, gdzie została wysłana przez matkę. Wraca pobita, z krwią na udach i kolanach, zapłakana i przerażona. Wyje z bólu, którego nie może wypowiedzieć z powodu swojej ułomności. A widz ma świadomość, że wcale nie potrzeba słów, żeby wyrazić wszystkie emocje, że ten obraz – choć milczący – jest wystarczająco wymowny i uderzający.

fot. Krzysztof Bieliński
fot. Krzysztof Bieliński

Zadara stawia w swoim spektaklu szereg pytań o kondycję społeczeństwa, o moralność i konsekwencje, jakie są wypadkową wyborów i decyzji podejmowanych przez człowieka. Nic dziwnego, że na teatralne deski powrócił tekst Bertolda Brechta. Słowo wojna, tak często powtarzane ostatnio zarówno w mediach czy na ulicach, jest przestrogą przed kierunkiem, w jakim zmierza współczesny świat. Zadara przedstawia własną wizję przyszłości, skupiając się na mniej znanym aspekcie wojennej zawieruchy – życiu zwykłych ludzi. Podczas gdy pomiędzy katolikami a Europejczykami toczy się wojna, Courage stara się w miarę możliwości zarobić uczciwie  (umówmy się – podczas wojny słowo uczciwość – jak i wiele innych słów – zostaje wymazane ze słownika) na życie. Nie będę ukrywać, że wizja Zadary jest trochę nużąca, akcja często rozleniwia się na skutek niedopracowanych dialogów, widzowi wydaje się, że to już było grane. Są jednak momenty, na które warto czekać. Jak chociażby ten z ostatnich minut spektaklu, podsumowujący całą historię, gdy Kattrin (kolejny dowód na to, że rola Wysockiej to majstersztyk) bije w bębny, próbując ostrzec sąsiedzkie miasto przed nadciągającym wrogiem.

Podsumowując: Garderobiany dla zadumy, wzruszenia i możliwości podziwiania na scenie dwóch mistrzów, Matka Courage i jej dzieci dla skupienia, spojrzenia na aktualne i przyszłe wydarzenia z innej perspektywy i pięknej roli Wysockiej.

 

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany