Dziennik (pod)różny: Zwiedzaj świat jak Au Poor

Kiedy przed siedmioma miesiącami przyznałam głośno, że tymczasowo zamieniam indeks na wizę, spotkałam się z przeróżnymi reakcjami ze strony otoczenia. Miałam wokół siebie nie tylko ludzi, którzy bezustannie wspierali mnie w dążeniu do celu i służyli pomocą na każdym kroku, ale także takich, którzy pytali o sens poświęcenia roku studiów na rzecz wyprowadzki za ocean. Dzisiaj, będąc na półmetku swojej przygody, przyznaję, że nie udało mi się uniknąć ciężkich chwil. Po czwartym miesiącu dopadł mnie podobno typowy kryzys, na moment się zagubiłam, a w dodatku wszechobecna w Illinois zima zdawała się wcale nie poprawiać mojego ogólnie beznadziejnego nastroju. Jednak już w momencie składania aplikacji wiedziałam, że Stany – wbrew temu, co sugerowało mi wiele osób – to jedynie jeden z rozdziałów w moim życiu, który prędzej czy później zostanie zamknięty. Tylko i wyłącznie ode mnie zależy więc, jak strony te zostaną zapisane. Mając świadomość, że jest to etap krótkotrwały i kształtujący, cały czas staram się odseparować od siebie wszelkiego rodzaju wątpliwości. Mimo napotkanych trudności decyzja o spędzeniu roku przerwy w Ameryce była jedną z lepszych, jakie kiedykolwiek podjęłam, dlatego do dzisiaj nie rozumiem wówczas tak częstego rozpatrywania jej sensu. Bo jaki cel ma pytanie włóczykija, po co tak bezustannie gna?

Nigdy nie ukrywałam, że główną przyczyną, dla której wzięłam udział w programie, była możliwość podróżowania. W taki sam sposób zresztą – w międzyczasie opiekując się dziećmi – niemal dwa lata temu poznawałam środkową Hiszpanię. W tygodniu pracowałam, by w weekend móc zobaczyć Madryt, Valladolid czy chociażby przepiękną Salamankę. W żaden inny sposób nie mogłabym pozwolić sobie na tak częste i intensywne zwiedzanie. Poza tym, nigdy nie interesował mnie konwencjonalny sposób eksplorowania świata. Odkąd pamiętam, zawsze wolałam zagościć gdzieś na dłużej i z dala od luksusowych hoteli oraz wszelkich atrakcji turystycznych poznać klimat odwiedzanego miejsca.

Niejednokrotnie wspominałam, że budżet typowej Au Pair pozostawia wiele do życzenia. Mam wrażenie, że każda z nas, pakując walizki, oczami wyobraźni widziała, jak przez następne dwanaście miesięcy przemierza kontynent wzdłuż i wszerz. Po kilku tygodniach spędzonych w Stanach uświadamiamy sobie jednak, jak naprawdę wygląda rzeczywistość Au Poor, po czym niechętnie skreślamy Alaskę i Hawaje z listy miejsc do odwiedzenia. Jednak czy naprawdę powinnyśmy się tak łatwo poddawać? Jakiś czas temu rozmawiałam ze znajomą Chinką o moich planach na zbliżający się urlop. Podczas gdy ja postanowiłam zobaczyć część Wschodniego Wybrzeża, ona swoje wolne dni spędziła na O’ahu i Maui. Wysłuchawszy wszelkiego rodzaju hawajskich historii i – co ważniejsze – znając wysokość naszej tygodniówki, zapytałam w końcu, jakim cudem mogła sobie na to pozwolić. Nie mogłam. Nie było mnie na to stać. Przez cały tydzień jadłam tylko i wyłącznie batony zbożowe – usłyszałam. No tak, typowa Au Pair – niemalże przyzwyczajona do życia z debetem na koncie, jednak tak zdeterminowana, że zawsze coś wymyśli, byleby tylko spełnić swoje marzenia.

Screenshot (38)

Po ponad pół roku kombinowania, by zobaczyć jak najwięcej, wydając przy tym jak najmniej, nigdy nie uwierzę, jeśli ktoś mi powie, że nie istnieje żaden sposób na tanie podróżowanie. Wystarczy trochę elastyczności i kreatywności, a uświadomimy sobie, że świat rzeczywiście stoi przed nami otworem. Przykładowo: za sześć dni lecę z Chicago do Bostonu, wracam natomiast tydzień później z Filadelfii. Dlaczego tak, skoro planowałam spędzenie urlopu w Nowym Jorku? Podczas Cyber Monday Greyhound oferował niemal siedemdziesięcioprocentową zniżkę na bilety autobusowe. Za obydwa połączenia, zarówno z Bostonu do Nowego Jorku, jak i z Nowego Jorku do Filadelfii, zapłaciłam niecałe 10 dolarów. Jeśli chodzi natomiast o bilety lotnicze, w Stanach nie ma linii typu Ryanair, więc szukanie tanich lotów to nieco bardziej złożony proces. Nie ma jednak rzeczy niemożliwych – wystarczy opanowana do perfekcji umiejętność posługiwania się aplikacją Kayak tudzież Skyscanner oraz odrobina elastyczności co do kierunku podróży i jej dokładnego terminu. Te same zasady zresztą obowiązują także planowanie wojaży po Europie – ostatnio, zastanawiając się, co będę robić po zakończeniu programu, zupełnie przypadkowo natknęłam się na lot z Warszawy do Londynu za niecałe 130 zł.

Pozostaje kwestia noclegu. Wśród Au Pair, szczególnie tych podróżujących w grupach dwuosobowych lub większych, najpowszechniejszą opcją jest Couchsurfing. Choć idea portalu jest mi znana już od dawna, dopiero parę dni temu przeczytałam tekst Magdy, która w jasny i klarowny sposób tłumaczy, na czym to wszystko polega. Wizja zagoszczenia na czyjejś kanapie jest dla mnie bardzo kusząca, dlatego ubolewam, że nigdy nie odważyłam się jej zrealizować. Z racji na fakt, że Stany przemierzam głównie w pojedynkę, zazwyczaj nocuję w przeróżnych hostelach. Nie dość, że jest to rozwiązanie o wiele tańsze od jednoosobowego pokoju, to w dodatku cena gwarantuje także towarzystwo – co oczywiście może być i wadą, i zaletą. Osobiście jednak nigdy nie miałam powodów do narzekania. Zarówno hostel w Waszyngtonie, Los Angeles czy chociażby Berlinie, który odwiedziłam na początku stycznia w drodze powrotnej z Polski, wspominam bardzo pozytywnie.

Nie istnieje jednoznaczna recepta na tanie zwiedzanie poszczególnych miejsc. Trzeba zagłębić się w to, co dane miasto ma do zaoferowania i zdać się na swoje osobiste preferencje. W Waszyngtonie na przykład wszystkie muzea, z wyjątkiem wszelkich prywatnych przedsięwzięć, są darmowe. W Kalifornii natomiast spędziłam dwa dni, jeżdżąc na rowerze wzdłuż plaży w Santa Monica, spacerując po Walk of Fame, Wzgórzach Hollywood i Beverly Hills, za co również nic nie płaciłam. Przed każdym wyjazdem warto przejrzeć promocje na Grouponie – ostatnio, planując, co zobaczę w Nowym Jorku, znalazłam tam kartę Flex Pass, dzięki której o wiele taniej mogę zobaczyć wybrane przeze mnie cztery atrakcje. Poza tym, dla telewizyjnych freaków, do których niewątpliwie należę, niepowtarzalną możliwością jest wzięcie udziału w loteriach oferujących miejsca na widowni przeróżnych programów. Zanim wygrałam darmowe bilety na nagrania Live with Kelly i The View, rozważałam wybranie się na wycieczkę po studiu NBC. Nie dość, że zaoszczędziłam 30 dolarów, to w dodatku będę miała okazję zobaczyć między innymi Whoopi Goldberg i Keanu Reevesa na żywo.

Wszyscy wiedzą, że podróże kształcą. Dzisiaj powiedziałabym jednak, że szczególnie kształcą te, które odbywamy jak najmniejszym kosztem. Czego bowiem uczy spędzanie czasu na leżaku przy basenie w luksusowym hotelu? Jeżdżąc po świecie z ograniczonym budżetem, jesteśmy zmuszeni do niecodziennych rozwiązań i podejmowania decyzji, na które w normalnych okolicznościach byśmy się nie odważyli. Ale zastanówmy się, co z perspektywy czasu będzie lepszym wspomnieniem: noc spędzona w najdroższym kurorcie czy na plaży pod gołym niebem? 

Dominika Kanafa

Jej znakiem rozpoznawczym jest szeroki uśmiech, którym obdarowuje otoczenie bez względu na porę dnia czy nocy. Ciągle w ruchu. Zatrzymuje się tylko po to, by czasami narysować coś na kolanie. Nie potrafi funkcjonować w ciszy. Miłośniczka historii sztuki i kotów. Uzależniona od teatru, muzyki, kina, jedzenia, szminek, miętowej herbaty, podróży i ludzi. Niepoprawna optymistka. Drażnią ją ludzie o ograniczonym światopoglądzie stąd-dotąd. Wierzy, że nie ma rzeczy niemożliwych i stara się wyciskać z życia, ile się da.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany