„Powidoki”: wiatr historii według Andrzeja Wajdy

Justyna: Kiedy we wrześniu stałam w holu Teatru Muzycznego jako wolontariuszka na Festiwalu Filmowym w Gdyni, obserwując ludzi tłumnie udających się na specjalny, zamknięty pokaz Powidoków Wajdy, nie czułam zazdrości. Pomimo mojej miłości do reżysera, film ten nie znajdował się wówczas w czołówce produkcji, których nie mogłam się doczekać. Nie jestem raczej typem osoby, która wszystko musi zobaczyć jak najszybciej. Znacznie częściej kieruję się słowami: na wszystko musi przyjść odpowiedni czas. I wiesz co? Obejrzenie Powidoków kilka dni temu, to był właśnie ten odpowiedni czas. Idealnie wpisały się one w moje emocje, w tkwiące we mnie i otaczające mnie zewsząd niepokoje. Gdyby nie szereg zdarzeń, które miały miejsce od września, spojrzałabym na całą historię zupełnie inaczej. Tymczasem już w trakcie seansu, odniosłam wrażenie, że Wajda doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jaka będzie sytuacja w kraju, wybierając do swojego filmu właśnie historię Władysława Strzemińskiego.

Doma: Chociaż Powidoki widziałam nieco wcześniej od Ciebie – bo już w listopadzie podczas Festiwalu Polskich Filmów w Chicago – muszę przyznać, że mam bardzo podobne odczucia. Pamiętam, że pierwsze, o czym pomyślałam po wyjściu z kina, to jak bardzo jestem wdzięczna Wajdzie za przybliżanie w swojej twórczości takich postaci i ich niesamowitych historii. Władysław Strzemiński – malarz, teoretyk sztuki, lider międzywojennej awangardy plastycznej. Wykładał w łódzkiej Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych, skąd w 1950 roku został zwolniony pod pretekstem nierespektowania norm doktryny realizmu socjalistycznego. Bogusław Linda powiedział o nim: To człowiek niezłomny, który z najgorszych doświadczeń wychodził z podniesioną głową.

Justyna: Strzemiński – choć spotkał się z przeciwnościami władzy – miał poparcie swoich uczniów. Jego spotkania ze studentami, nawet wbrew zakazom, lgnących do niego jako do autorytetu, miały typowy charakter mistrz-uczeń. Podobny sposób narracji stosuje w filmie sam Wajda. Jednych to może drażnić, innych zachwycać. Dziwne, jeśli ktoś oczekiwał po Powidokach czegoś innego. To w końcu Wajda, to jego styl, wypracowany przez lata – w końcu jest to coś, za co ja jako człowiek dorastający na jego twórczości, jestem mu najbardziej wdzięczna. Nie zawiódł mnie i tym razem, pokazując mi wycinek z historii życia artysty, natychmiastowo tworzący skojarzenia z sytuacją w naszym kraju. Kiedy z jego ust padają słowa o mieszaniu się sztuki z polityką – mam ciarki, a kiedy mówi to swoich uczniów, że to, co się teraz dzieje to tylko wiatr historii, który wyszumi się i przeminie, nie mogę opanować łez. Czy faktycznie nie mamy obecnie z czymś takim do czynienia?

Screen-Shot-2016-09-12-at-11.39.36-AM

Doma: Czasy wczesnego komunizmu, które Wajda przedstawił w swoim najnowszym dziele, rzeczywiście smutno rymują się z tym, co aktualnie dzieje się w Polsce – szczególnie na gruncie kulturalnym. Jak sam przyznał, widocznie zrobił film ku przestrodze, choć rozpoczynając zdjęcia, wcale o tym nie wiedział. W Powidokach ukazał nie tylko gwałtowne wejście realizmu socjalistycznego do Polski, ale także siłę, z jaką kierunek ten uderzył w samego Strzemińskiego. Artysta nie tylko uprawiał sztukę awangardową, ale także – jak już wspomniałaś – otoczony był przez grupę wpatrzonych w niego młodych ludzi. Wajda, jako student krakowskiej ASP, był świadkiem wprowadzenia doktryny socrealizmu, dlatego jest to obraz bardzo osobisty, stanowiący swego rodzaju odwołanie do własnych doświadczeń.

Justyna: Tylko z tą interpretacją, że to film Wajdy o Wajdzie – nie umiem się zgodzić. Wiem, że teraz chętnie się to przyrównuje – i nie mam tu na myśli oczywiście Twojego stwierdzenia o odwołaniu do własnych doświadczeń – ale generalnie opinie, jakie krążą w mediach. Cała historia Strzemińskiego jest w moim odczuciu zbyt dramatyczna, opowiada o wielkiej słabości, która nigdy w życiu Wajdy nie charakteryzowała. Ja zapamiętałam go do końca jako człowieka bardzo energicznego, choć fizycznie już mniej sprawnego, to nadal pełnego entuzjazmu, pasji. Jak to odnieść do upadku Strzemińskiego? Bez szans. Także refleksje odnoszące się do ważnej roli artysty w życiu społecznym i politycznym – tak, ale Powidoki jako opowieść o sobie – na pewno nie.

Ale ja jeszcze chciałabym powrócić do odtwórcy głównej roli, czyli do Bogusława Lindy. Nie ukrywam, że nie pałam do niego sympatią i nie ujął mnie dotychczas w żadnej roli na tyle, bym mogła się jego aktorstwem zachwycać. Jego wywiad udzielony dla amerykańskiego serwisu filmowego Deadline – choć wielu pochwala w nim  szczerość i dystans – oburzył mnie i utwierdził w przekonaniu, że bardzo nam z panem Lindą nie po drodze, jeśli o poglądy i wrażliwość chodzi. Niezrozumiałe są dla mnie jego zarzuty, związane z kiepskim scenariuszem oraz obawy, jakoby miał zepsuć Wajdzie film. Moim zdaniem Linda fantastycznie odnalazł się w tej roli i udźwignął tę niełatwą do zbudowania postać. Jest to pierwsza jego rola, która z pewnością zapadnie mi w pamięci – nie dlatego, że grał u Wajdy, ale dlatego, że zadbał o wiele szczegółów, dzięki którym Strzemiński budził we mnie wiele emocji i naprawdę nie mogłam oderwać od niego wzroku. Nie rozumiem zatem dlaczego aktor swoimi wypowiedziami za wszelką cenę próbuje to naprawdę dobre wrażenie zatrzeć.

Doma: Zdania aktora, które padły podczas wyżej wspomnianego wywiadu, wywołały lawinę krytyki i właściwie trudno się temu dziwić. Linda, nie przebierając w słowach, wygłosił słynne już opinie o słabym scenariuszu tudzież braku chęci do promowania filmu na świecie tuż po śmierci reżysera. Ponadto, z typową dla siebie bezpośredniością przyznał, że wcale nie miał ochoty brać udziału w Powidokach – zrobił to jednak, mając świadomość, że Wajda myślał o nim w kontekście tej kreacji od niemal 20 lat. Mimo że – jak sam mówi – było to jedno z najcięższych zawodowych doświadczeń w jego karierze, odnoszę wrażenie, że rola Strzemińskiego była dla niego niemal szyta na miarę. Abstrahując od Bogusława Lindy, Powidoki zachwyciły mnie pod względem aktorstwa także w szerszej perspektywie. Zofia Wichłacz zaintrygowała mnie swoją osobą już wcześniej, występując się w spektaklu Teatru Telewizji Moralność Pani Dulskiej. U Wajdy – jako Hanna, młoda studentka łódzkiej PWSSP – niewątpliwie urzeka swoją grą, choć paradoksalnie nie ma dużego pola do popisu. Przy okazji nie sposób nie wspomnieć o Bronisławie Zamachowskiej, która – wcielając się w postać Niki, córki Strzemińskiego i Katarzyny Kobro – okazała się dla mnie być swego rodzaju odkryciem.

Justyna: W zupełności się z Tobą zgadzam. Rzadko zdarza się, by rola jakiegoś dziecka zapadła mi głęboko w pamięci, zwykle mam poczucie, że ktoś te dzieci w filmach ustawił i po prostu kazał im bezrefleksyjnie grać. Tymczasem Nika, taka mała-dorosła, opiekująca się matką oraz ojcem, bardzo mnie zaintrygowała. Bronisława Zamachowska zagrała oszczędnie (podobnie jak wspomniana przez Ciebie Wichłacz), widać że rozumiała tę postać, jej relacje z ojcem. Uposażyła swoją bohaterkę w spokój, czujność, ale kiedy trzeba – naprawdę pięknie wyeksponowała ciążące dziewczynce emocje. W tym filmie stanęła ramię w ramię z bardzo doświadczonymi aktorami, w wywiadach opowiadając o swojej pracy nad Powidokami w sposób zaskakująco dojrzały i świadomy. Pięknie odnalazła się w tych zupełnie obcych dla niej i jej rówieśników czasach.

Wspomnijmy może jeszcze o tym, że Powidoki to także magia miejsca, w którym rozgrywała się akcja, czyli Łodzi. Odwiedziłam to miasto dotychczas tylko raz i nieszczególnie dużo zdołałam wówczas zobaczyć. Po obejrzeniu filmu zamarzył mi się spacer śladami bohaterów. Te stare uliczki, rozpadające się budynki, ten chłód i szarość…

Doma: Zgadza się. Niewątpliwym atutem Powidoków są także zdjęcia, których autorem jest współpracujący z Wajdą od lat Paweł Edelman. Zarówno piękne kadry, jak i rewelacyjna scenografia oraz kostiumy przenoszą widza do Łodzi lat 50. XX wieku. Na ekranie pojawia się między innymi fasada ASP, ul. Włókiennicza, budynek YMCA czy kamienica na rogu ul. Próchnika i Żeromskiego, na której wciągano transparent z Józefem Stalinem. Nie jest tajemnicą, że miasto znane przede wszystkim z Ziemi obiecanej było dla Andrzeja Wajdy bardzo szczególne, nie tylko zważywszy na fakt, że karierę rozpoczynał w tamtejszej Szkole Filmowej.

Justyna: Wszystkie elementy składają się na film, którego nie potrafię krytykować. Nie dlatego, że to film Wajdy, w dodatku ostatni, dlatego konieczne jest zachowanie należytego szacunku. Dla mnie jako widza niezwykle niecierpliwego, który szybko potrafi opuścić strefę skupienia i uciec myślami gdzieś daleko, był to obraz, w którym konkretne sceny, wyrazy twarzy aktorów, czy wypowiadane przez nich słowa, wryły się na pamięć na tyle głęboko, by tkwić w niej do dziś. Ani razu w trakcie seansu nie zastanawiałam się która godzina, co zwykle zdarza mi się notorycznie. Historia Władysława Strzemińskiego wciągnęła mnie zaskakująco mocno i sprawiła, że po wyjściu z kina nie byłam w stanie zapanować nad opadającymi ze mnie emocjami. W dodatku tak jak już wspomniałam, to dla mnie kolejna w wykonaniu Wajdy lekcja historii, tym bardziej przejmująca, że tak aktualna. Mam świadomość, że nie każdy posiada ten sam rodzaj wrażliwości, jednak czuję potrzebę polecania tego filmu wszystkim, z nadzieją, że może komuś przydarzy się coś takiego jak mi. Po wyjściu z kina napisałam na swoim Facebooku: Od 13 stycznia polecam wszystkim udać się na Powidoki Wajdy. Nie dlatego, że umarł, a dlatego, że żył – i z tą myślą ośmielę się Was zostawić.

Justyna Potasiak

Nieustannie zatopiona w planach kulturalno-wyjazdowych. Kulturę najchętniej pochłania w bezpośrednim kontakcie z twórcami, bo kontakt z żywym człowiekiem, z emocjami „tu i teraz” uważa za najwyższą wartość.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany