Dziennik (pod)różny: W drodze z analogiem

Kilka tygodni temu kupiłam starego Zenita. Aparat – jak mi się wówczas wydawało – w stanie niemal idealnym, za zaledwie dwadzieścia dolarów. Odkąd pamiętam, zawsze ciągnęło mnie do wszystkiego, co niedzisiejsze i tak bardzo nienowoczesne. Od dłuższego czasu marzę o gramofonie, zazdroszczę Idze maszyny do pisania, o której wspominała w którymś z felietonów; mimo ogromnej aktywności na Spotify, wciąż kupuję płyty i chociaż mam czytnik, nic nie cieszy mnie tak jak papierowe wydanie książki. Z racji, że zdjęcia robię praktycznie bezustannie, zapragnęłam wreszcie zapoznać się z analogiem. Powinno być to raczej odświeżenie znajomości, bo klisze i tego typu sprawy pamiętam z dzieciństwa, lecz nigdy samodzielnie nie miałam z nimi do czynienia. Rozpoczęłam przygodę z nowym przyjacielem – początkowo wydawało mi się nawet, że świetnie się dogadujemy. Po czasie okazało się jednak, że to tylko pozory i nie współpracujemy ze sobą nawet w najmniejszym stopniu. Pierwszą rolkę straciłam przez brak umiejętności zwinięcia jej w aparacie. Drugą – na której znalazły się zdjęcia z Berlina, skąd leciałam z powrotem do Stanów – z powodu niewielkiej, ale jak się okazało znaczącej wady sprzętu. I choć to tylko kilka kadrów, czułam się, jakby pozbawiono mnie czegoś niezwykle ważnego.

Nie zastanawiałam się specjalnie nad tym, jakie podłoże ma u mnie zamiłowanie do fotografii. Nigdy zresztą nie opanowałam jej na poziomie wyższym niż kompletnie amatorski. Zdjęcia towarzyszą mi jednak od zawsze i nawet ostatnio, rozwodząc się nad najcenniejszą rzeczą, jaką mam przy sobie za oceanem, stwierdziłam, że są to wywieszone na ścianie polaroidy i album trzymany w szafce tuż przy łóżku. Z aparatem w jakiejkolwiek postaci – czy to tradycyjny, umieszczony w telefonie czy kompakt z natychmiastowym wydrukiem, praktycznie się nie rozstaję. Szczególnie w podróży. Eksplorując nowe miejsca, bezustannie mam z tyłu głowy myśl, że kadry, które ze sobą przywiozę do domu to jedyne, co mi po tych chwilach pozostanie prócz wspomnień. Pstrykam więc na prawo i lewo, czasami wręcz bezmyślnie, by uchwycić każdy moment. Bo co, jeśli nigdy nie będzie dane mi być tu ponownie?

Za każdym razem wracam z podróży z pamięcią w aparacie zapełnioną do granic możliwości. Połowa zrobionych przeze mnie zdjęć nie nadaje się do niczego. Nie wspominając już o tym, że oczywiście nie mam czasu – a przynajmniej tak sobie wmawiam – by z pozostałych wyselekcjonować te, które trafią do albumu. Zmuszam się jednak, przerażona myślą, że jeśli tego nie uczynię, uchwycone chwile spędzą wieczność na dysku, gdzie prawdopodobnie już nigdy do nich nie wrócę. Zresztą, ile razy tak było – nie zdążyłam czegoś wywołać, a w międzyczasie brutalny wirus opanował mój komputer, siejąc na nim totalne spustoszenie. Uczę się więc na błędach i odtąd kolekcjonuję wszystko w tradycyjnej formie.

Krótka – i mimo że dość nieudana – przygoda z Zenitem zdążyła mnie jednak czegoś nauczyć. W przypadku fotografii analogowej istnieje tylko jedna szansa, by uchwycić dany obraz. Nie ma możliwości usunięcia i powtórzenia zdjęcia, dlatego tak ważne jest rozsądne dobieranie kadrów. Trzeba dokładnie przemyśleć, co się chce zarejestrować, zanim naciśnie się spust migawki. Zadziwia mnie i jednocześnie intryguje, jak bardzo porządkuje to powyjazdowe rytuały – jedno dobre zdjęcie zamiast setki nieostrych, poruszonych, beznadziejnych. Ta myśl bezustannie zacieśnia moje więzy z analogiem. Jakby przewidując wadę Zenita, wracając z Polski z powrotem do Ameryki, zabrałam ze sobą także stary aparat babci. Dokładnie ten, który pamięta jeszcze lata mojego dzieciństwa. Umieściłam w nim czarno-biały film i wpakowałam do plecaka. Lada moment potowarzyszy mi podczas niedzielnego spaceru po Chicago, a już za trzy tygodnie wyruszy ze mną w podróż do Bostonu, Nowego Jorku i Filadelfii. Brzmi jak dobry początek znajomości. 

Dominika Kanafa

Jej znakiem rozpoznawczym jest szeroki uśmiech, którym obdarowuje otoczenie bez względu na porę dnia czy nocy. Ciągle w ruchu. Zatrzymuje się tylko po to, by czasami narysować coś na kolanie. Nie potrafi funkcjonować w ciszy. Miłośniczka historii sztuki i kotów. Uzależniona od teatru, muzyki, kina, jedzenia, szminek, miętowej herbaty, podróży i ludzi. Niepoprawna optymistka. Drażnią ją ludzie o ograniczonym światopoglądzie stąd-dotąd. Wierzy, że nie ma rzeczy niemożliwych i stara się wyciskać z życia, ile się da.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany