Nie oczekuj niczego, wtedy się nie rozczarujesz, czyli sylwestrowe podsumowania

Nigdy nie lubiłam czasu między świętami a Sylwestrem. Te sześć wyjątkowych dni niesie ze sobą bardzo dziwną, podsumowująco-nostalgiczną aurę. W jednym momencie kończą się te wyczekane przez wszystkich święta, które przyniosły wytchnienie i rodzinny spokój, i nastaje czas próżni. Większość uczniów i studentów nie ma jeszcze zajęć, w wielu miejscach pracy ten czas jest traktowany z przymrużeniem oka. Wszyscy zaczynają się zastanawiać nad podsumowaniem starego roku i snuciem planów na następny. Internet aż kipi od memów z napisem Nowy Rok – nowa ja.

Kiedy w zeszłym roku organizowałam imprezę sylwestrową, niewdzięcznie nazywając ją – Sylwester bez dyrektora artystycznego – nie wiedziałam, co przyniesie mi kolejny rok. Zniechęcona wymyślaniem postanowień, które i tak umarłby śmiercią naturalną po pierwszym tygodniu stycznia, postanowiłam niczego nie podsumowywać, niczego sobie nie wyrzucać, pogodzić ze wszystkimi porażkami i w ciszy celebrować sukcesy. Choć rok 2015 nie był dla mnie zbyt łaskawy. A przynajmniej wtedy tak uważałam. Rok 2016 zaczynałam z zupełnie pustym kalendarzem i nastawieniem: nie oczekuj niczego, wtedy się nie rozczarujesz.

Styczeń minął mi zupełnie normalnie – jako studentka historii sztuki miałam dość dużo nauki i zaliczeń, chyba nigdy nie spędziłam przy książkach tyle czasu, ile wtedy. Bardzo lubiłam te studia, chociaż miałam co do nic wiele zastrzeżeń. Przyszedł luty i wszystko się zmieniło. Musiałam podjąć wiele ważnych decyzji, między innymi tę o rezygnacji z wymarzonego kierunku. Nazbierało się w nim życiu wiele zaległości, które spotęgowane spadły na mnie właśnie wtedy, a ja musiałam wybierać. Potem pierwszy raz w życiu odwiedziłam Łódź i poznałam plany na Kulturę do góry nogami.

Lekko sceptyczna, jednak bardzo zafascynowana, słuchałam pomysłów na budowanie strony, pisanie felietonów, wywiady z różnymi ludźmi. Wiedziałam, że jest to plan, który musi się powieść. Zaczęłam poznać nowych, wspaniałych ludzi, dzielić się zainteresowaniami, wymieniać pomysłami. Udzieliłam dwóch wywiadów! Jednego w Akademickim Radiu Luz a drugiego z Igą w Polskim Radiu 24. Coś takiego, nigdy bym się tego nie spodziewała. Także wtedy po raz pierwszy byłam w Warszawie. Wszystko nabierało rozpędu, każdy z nas gdzieś gnał, przesiadając się tylko z pociągu w autobus, z autobusu w tramwaj.

Od marca czas płynął zdecydowanie szybciej, ponieważ trzeba było odwiedzać różne miasta, przyjmować znajomych, dzielić się kulturą i ciągle wymyślać nowe pomysły na stronę. Motywować siebie nawzajem, szukać, ciągle szukać. I tak szukaliśmy, odnajdowaliśmy i spotykaliśmy się w połowie drogi.  Potem nastały wakacje i wyruszyłyśmy w podróż do Grecji. Pisałyśmy już o tym, więc nie będę się powtarzać, jednak wiem, że ten czas pozostanie we mnie na zawsze. Nie tylko dlatego, że po raz pierwszy leciałam samolotem i jeździłam autostopem. Uwierzyłam ponownie w ludzi, zobaczyłam, że śródziemnomorska gościnność już dawno przyćmiła tę polską, obudziłam w sobie uśpiony instynkt podróżnika.

Od października moje życie obraca się wokół nowych studiów, które nie sprawiają mi tyle radości ile poprzednie, jednak dają mi czas realizacji swoich pasji i projektów. Pomimo nowej pracy i nowych znajomych nie czuję wielkich zmian, bo nadal moim kompasem jest ta strona. Nie pamiętam kiedy ostatnio kładłam się spać przed uprzednim sprawdzeniu wszystkich rzeczy, które są z nią związane, ale prawdopodobnie było to przed 27 marca 2016 roku.

Jestem przytłoczona liczbą rzeczy, które mam już zaplanowane na następny rok. Z tego powodu wczoraj kupiłam bilety lotnicze do Niemiec i Irlandii, planując na marzec dwa zagraniczne wypady, jeden po drugim – takie małe wakacje po zimie. Mój kalendarz już teraz pęka w szwach, przez najbliższe dwa miesiące mam zaplanowany niemalże każdy dzień. Czuję, że przez ostatni rok nauczyłam się wiele o sobie, wiem, na czym chcę się skupić w najbliższym czasie. Widzę jasne cele i wyznaczam sobie do nich drogi. Wiem, co jest w życiu ważne, co mogę dla tego poświęcić. Od zawsze byłam bardzo zajętą osobą, która docenia każdą minutę i stara się nie marnować czasu, jednak w tym roku nauczyłam się też, wybierać pomiędzy rozmaitymi formami jego spędzania. Wiem, nie wszystko będzie dla mnie dobre, nie warto poświęcać czasu każdemu wydarzeniu i każdej osobie. Nie mogę być wszędzie, zawsze, z każdym. Kiedyś było mi tego bardzo szkoda, jednak dziś czuję, że nauczyłam się z tym żyć.

Przypomina mi się teraz końcowy wers jednego z numerów Pezeta: I jak Boga kocham, dziś nagrywam swój ostatni track. Chciałabym jakoś nostalgicznie zakończyć ten felieton, który zdaje się nie mieć żadnej pointy, jak wiele poprzednich. W zasadzie jest to mój ostatni felieton. Przynajmniej na najbliższe dwa lub trzy miesiące. Pisanie jest czymś wspaniałym, jednak już wiem, że jest ono jedynie ścieżką, która miała mnie wprowadzić na właściwą drogę. Oczywiście nie oznacza to, że zniknę ze strony, wręcz przeciwnie.

Justyna Barańska

Jest miłośniczką dobrej sztuki. W teatrze zawsze siada w drugim rzędzie.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany