Dziennik (pod)różny: Zupełnie, jakby nie było Cię parę dni

Mam wrażenie, jakbyś wyjechała jakiś tydzień temu, a nie pół roku – usłyszałam od mamy, kiedy dzień przed Wigilią przekraczałam próg domu, dźwigając za sobą wielką walizkę. Musiałam wrócić, chociaż na parę dni. Nawet nie dlatego, że tęsknię – choć tęsknię bezustannie. Za bardzo lubiłam swoje życie w Polsce, by teraz ot tak wieść inne, w dodatku tak bardzo różne. Babskie wieczory z mamą i babcią, wino z przyjaciółkami, przemierzanie kraju wzdłuż i wszerz pociągami, spektakle z perspektywy schodów w teatrze, polskie kino, Warszawa nocą. Nie wszystko da się spakować i zabrać ze sobą. A prawda jest taka, że w Ameryce nic nie jest takie samo. Ludzie są inni, ich mentalność, architektura miast, drogi, kultura, jedzenie. Wszystko.

Przyleciałam na dwanaście dni. Podobno to sporo. Nie jestem pewna, bo póki co zajmuje mnie brutalne wciskanie najbliższych w napięty kalendarz. Pierwszy raz w życiu cierpię na taki niedostatek czasu. Nawet teraz piszę z pociągu. Będąc w Polsce, nie tracę ani sekundy. Wstaję wcześnie, zasypiam późno, staram się chłonąć każdy moment. Zawsze gnałam, ale tym razem mam świadomość, że każda minuta oddala mnie od tych, którzy są najważniejsi i niedługo znowu będę ich widzieć wyłącznie na ekranie telefonu. Gdyby nie pewność, że w każdej chwili mogę połączyć się z rodzicami czy znajomymi, mimo dzielących nas siedmiu tysięcy kilometrów, nigdzie bym się nie przeprowadziła.

Wszyscy mi mówili, że będzie ciężko. Dziewiętnastolatka za oceanem, w dodatku kompletnie sama – to było przecież do przewidzenia. Przy wigilijnym stole ktoś mnie zapytał, czy nie żałuję podjętej decyzji. Stwierdziłam, że jakkolwiek bym teraz nie kombinowała, by pożegnać się ze Stanami jak najwcześniej, gdybym znowu była maturzystką, zrobiłabym dokładnie to samo. Nic mi nie odbierze czasu, który dałam sama sobie na wybranie dalszej drogi i utwierdzenie się w przekonaniu, czego szukam.

Dopiero w tym roku zrozumiałam, co tak naprawdę znaczy Driving home for Christmas. Choć przedświąteczna atmosfera w Stanach jest niezwykła, śniegu mam tam po kolana, a domy mienią się najróżniejszymi kolorami lampek, nie wyobrażam sobie spędzić tam Bożego Narodzenia. Bo co to za święta bez pierogów, karpia, barszczu, wspólnego kolędowania i – co najważniejsze – całej rodziny przy jednym stole? Dla tych chwil warto było nawet utknąć na lotnisku na dziesięć godzin i rozwiązać milion problemów dotyczących bagażu. Bagażu pełnego upominków, warto dodać, bo gdyby to były moje rzeczy – mniej lub bardziej potrzebne – machnęłabym na nie ręką.

Moi towarzysze podróży z przedziału wymieniają właśnie swoje spostrzeżenia dotyczące zbliżającego się Sylwestra. W tym roku – mając do wyboru spędzenie tej nocy w Nowym Jorku – zostaję w Warszawie. Bo podobno nieważne gdzie, a z kim. Dopiero teraz dostrzegam, jak bardzo zmieniły mi się priorytety przez czas spędzony w Stanach.
Trzeciego stycznia lecę z powrotem do Chicago. Z wielkim bólem serca, lecz jednocześnie ze świadomością, że wciąż mam wiele do zrobienia w Ameryce. Nie widziałam jeszcze French Quarter w Nowym Orleanie ani mostu Golden Gate w San Francisco. Jeszcze chwila – pięć, góra sześć miesięcy. I choć teraz jestem przekonana, że wróciwszy wówczas do Polski, osiądę tutaj na dłużej, wiem, że nawet wtedy gdzieś mnie poniesie. Taki już los włóczykija.

Dominika Kanafa

Jej znakiem rozpoznawczym jest szeroki uśmiech, którym obdarowuje otoczenie bez względu na porę dnia czy nocy. Ciągle w ruchu. Zatrzymuje się tylko po to, by czasami narysować coś na kolanie. Nie potrafi funkcjonować w ciszy. Miłośniczka historii sztuki i kotów. Uzależniona od teatru, muzyki, kina, jedzenia, szminek, miętowej herbaty, podróży i ludzi. Niepoprawna optymistka. Drażnią ją ludzie o ograniczonym światopoglądzie stąd-dotąd. Wierzy, że nie ma rzeczy niemożliwych i stara się wyciskać z życia, ile się da.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany