„Ruchomy zamek Hauru”, Frida i keks – Trzy razy zima

We Wrocławiu w tym roku jeszcze nie było prawdziwej zimy. Przez prawdziwą, mam na myśli taką ze śniegiem i mrozem, które występują razem i trwają dłużej niż 24 godziny. Przyzwyczaiłam się już, że w tej części Polski zimna pora roku zaczyna się gdzieś w okolicach przełomu stycznia i lutego, nie dając nadziei na białe święta. A dla mnie synonimem zimy jest grudzień, ponieważ ma on w sobie magię pięknie przystrojonych uliczek i migoczących światełek. Oczywiście najważniejsze w tym miesiącu jest Boże Narodzenie, które daje nam piękną świąteczno-rodzinną atmosferę, a także dużo wolnego czasu.

Przerwa świąteczna to taki moment w roku, kiedy możemy się zrelaksować, ale także nadrobić różnego rodzaju kulturalne zaległości. Przeważnie w grudniu oglądam bardzo dużo anime, które wprost uwielbiam. Począwszy od serii, które często mają bardzo wiele odcinków. Niby są one krótsze, ale to zgubne myślenie, kiedy włączamy odtwarzanie, a nagle okazuje się, że jest szósta rano… A przecież miało być tylko kilka 20-minutowych odcinków! Z serii anime aktualnie oglądam drugi sezon Fullmetal Alhemist: Brotherhood, który zafascynował mnie w wakacje, a potem nie miałam wystarczająco dużo czasu, żeby obejrzeć drugi sezon. Drugim tytułem jest Steins;Gate, które odkryłam stosunkowo niedawno. Nie będę nawet wspominać o tym, że od trzech lat czekam z niecierpliwością na kolejny sezon Shingeki no Kyojin, które jest jednym z najciekawszych i najlepiej zrealizowanych wizualnie anime.

"Spirited Away: W krainie Bogów", źródło: Filmweb.pl
„Spirited Away: W krainie Bogów”, źródło: Filmweb.pl

W okresie zimowym muszę obowiązkowo obejrzeć dwie pozycje pełnometrażowego anime. Są to tytuły, o których z pewnością słyszeli nawet ci, którzy nie mają na co dzień styczności z tym gatunkiem,  jest to Spirited Away: W krainie Bogów, który w 2003 roku zdobył Oscara za najlepszy długometrażowy film animowany, oraz Ruchomy zamek Hauru, który powstał trzy lata później i również był nominowany, jednak przegrał z filmem Wallace i Gromit: Klątwa królika, czego nie zrozumiem do końca swoich dni. Oba te filmy wyszły spod ręki tego samego reżysera, czyli mistrza animacji, nazywanego żartobliwie Japońskim Disneyem – Hayao Miyazaki.

"Ruchomy zamek Hauru", źródło: Filmweb.pl
„Ruchomy zamek Hauru”, źródło: Filmweb.pl

Co sprawia, że oba te filmy są tak wyjątkowe? Dla mnie przede wszystkim jest to zapierająca dech w piersiach animacja, baśniowe postaci i niesamowita kreska. Każda persona – zaczynając od ludzkich, po te najbardziej wymyślne – jest wykreowana fenomenalnie, opowiada swoją historię i uzupełnia świat przedstawiony. Nie chcę zdradzać fabuły, mogę jedynie powiedzieć, że oba obrazy traktują do najpiękniejszych ludzkich emocjach, takich jak przyjaźń, miłość, zaufanie, poświęcenie.

Źródło: Amsterdamtrashure.com
Źródło: Amsterdamtrashure.com

W zimie zdecydowaną część wieczorów spędzam w domu, ponieważ zimno, wiatr i plucha sprawiają, że wolę znaleźć sobie jakieś zajęcie wewnątrz. Wiem, że nie jestem jedyna. W tym roku będę kończyć książkę Frida, którą napisała  Bárbara Mujica. Ta biografia została wydana latem 2015 roku, ja dostałam ją na zeszłoroczną gwiazdkę. Wstyd się przyznać, bo Frida to moja ulubiona artystka i kobieta, którą niesamowicie szanuję, ale jeszcze jej nie skończyłam. Ta historia jest wciągająca, a główna bohaterka barwna. Sposób przedstawienia wydarzeń i postaci jest ciekawy, bowiem narratorką opowieści jest siostra malarki – Cristia Kahlo. Nie jest to stuprocentowa biografia, bardziej dzieło literackie. Wydarzenia z życia Fridy oraz historia Meksyku są jedynie ramą, reszta opowieści jest wymyślona przez autorkę. Ten zabieg bardzo przypadł mi do gustu, ponieważ na pierwszym planie widzę osobowość twórczą, a nie suche fakty. Od wakacji nie mogłam się doczekać tego odpowiedniego momentu, kiedy to historia Fridy znowu pochłonie mnie bez reszty.

Źródło: Wrzacakuchnia.pl
Źródło: Wrzacakuchnia.pl

Jeśli chodzi o moje ulubione zimowe potrawy, to jest ich wiele, ale zdecydowanie przeważają ciasta. Pewnie dlatego, że święta są jedną z niewielu okazji w roku, kiedy mam czas i chęć by coś własnoręcznie upiec. Wśród tych wszystkich wymyślnych i skomplikowanych wypieków, moim ulubionym jest tradycyjny keks. Pamiętam go od dziecka, ponieważ bardzo podobało mi się, kiedy moja mama dodawała do niego kandyzowane owoce, które miały różne kolory. Wyglądały jak szkiełka barwnych witraży.

Składniki:

250 g mąki tortowej
4 jajka
150 g cukru
200 g masła lub margaryny
2 łyżeczki proszku do pieczenia
100 g orzechów włoskich, posiekanych
100 g rodzynek
100 g kandyzowanej skórki z pomarańczy
100 g kandyzowanych owoców

Wszystkie składniki powinny być w temp. pokojowej. Mąkę przesiewamy razem z proszkiem do pieczenia, odmierzamy jedną łyżkę do oprószenia. Bakalie płuczemy w gorącej wodzie i osuszamy. Następnie zasypujemy łyżką mąki i dokładnie obtaczamy.

Miękkie masło miksujemy na jasną i puszystą masę. Następnie dodajemy cukier i ponownie miksujemy. Stopniowo do masy dodajemy po jednym jajku. Cały czas miksując na małych obrotach dodajemy przesianą mąkę z proszkiem. Połączoną masę miksujemy na najwyższych obrotach przez 4 minuty. Na koniec dodajemy bakalie i ponownie chwilę miksujemy. Przekładamy do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 200 C i pieczemy przez 15 min, następnie zmniejszamy do 180 C i pieczemy przez kolejne 45 min. Ciasto wyjmujemy z formy dopiero po 15 minutach. Smacznego!

Justyna Barańska

Jest miłośniczką dobrej sztuki. W teatrze zawsze siada w drugim rzędzie.

1 Komentarz
  1. Z filmami to się nie zgraliśmy, bo ja oglądałem „Kopciuszka” i „Piękną i Bestię”. Świąteczna atmosfera zdecydowania mi służy 🙂

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany