Reżyseria: Mariusz Grzegorzek

Mam spory problem z jednoznacznym określeniem, kiedy miało miejsce moje pierwsze spotkanie z twórczością Mariusza Grzegorzka. Było to jednak dość dawno, orientacyjnie wskażę więc na rok 2008, czyli na czas, gdy miałam 13 lat. Taka fascynacja w tym wieku mogłaby nie dziwić, gdyby nie fakt, jakim człowiekiem jest Grzegorzek i jakiego rodzaju sztukę prezentuje. Ja bowiem od razu oczarowałam się nie tylko tym, jakie są jego filmy, ale też tym, jaki jest on sam – jak pracuje z aktorami, co jest dla niego jako artysty ważne, skąd czerpie inspiracje oraz jak mówi o sobie, o świecie, o sztuce, nie tylko za pośrednictwem swoich utworów, ale także we wszelkiego rodzaju wywiadach, wypowiedziach, urywkach z prób bądź spotkań. Śmiało mogę powiedzieć, że oczarowała mnie najpierw osobowość, później zaś efekty jego pracy. Odnalazłam nawet swój pochodzący z roku 2010 wpis na jednym z portali, zatytułowany był Fascynacja i zawierał link do wywiadu z Grzegorzkiem oraz takie oto słowa: Mężczyźni bywają jednak podobni do kobiet. Lub kobiety do mężczyzn. Bez znaczenia. Tak czy siak – uwielbiam Pana Grzegorzka. Choć wywiadu, znajdującego się pod wskazanym adresem, nie sposób już odnaleźć, do dziś pamiętam jakieś urywki z niego, w tym chociażby ten, dotyczący lęku przed załatwianiem spraw przez telefon. I to, co mnie wówczas zachwyciło: niezwykła, ponadprzeciętna wrażliwość oraz fantastyczne, wyrażone w drobiazgach poczucie humoru oraz dystans.

Pierwszy mój kontakt z jego twórczością – to najpierw Krakatau, czyli etudia filmowa Grzegorzka-studenta, a następnie teledyski dla grupy Maanam, z którą Mariusz Grzegorzek, miłośnik zespołu zresztą, przez lata współpracował. Wówczas zachłyśnięcie się poetyką tego obrazu, przepełnionego emocjami i symboliką, dało mi obraz nie reżysera, a artysty – i po dziś dzień w takich kategoriach postrzegam Grzegorzka najchętniej. Artysty, dla którego najważniejsze są emocje drugiego człowieka i obraz, skojarzenie, nie zaś sama fabuła, która miałaby stanowić zamkniętą, usystematyzowaną historię. Artysty, który nie boi się wykraczania poza schematy i podróżowania wgłąb czarnych zakamarków ludzkiego umysłu. Jednocześnie ani wtedy, ani dziś – nie mam poczucia uczestniczenia w jakimś udziwnionym eksperymencie, trudnym do zrozumienia.

A jak wspominam moje pierwsze i dotychczas jedyne spotkanie z Grzegorzkiem na żywo? Było to spotkanie, połączone z pokazem filmu Śpiewający obrusik. Samo wydarzenie, wypatrzenie go w gąszczu kilkudziesięciu innych wydarzeń, które w tym samym miesiącu, odbywały się w poznańskim Centrum Kultury Zamek, było spełnieniem moich marzeń, o tyle wspaniałym, co niespodziewanym. W podpisie do zdjęcia zamieszczonego na Instagramie, napisałam: Marzyła nastolatka, spełniło się dorosłej kobiecie. Rzeczywiście tak było – mury Zamku opuściłam szczęśliwa i autentycznie wzruszona, że choć przed chwilę, z perspektywy widza, dane mi było obcować z człowiekiem, którego od tylu lat podziwiam. Słuchanie jego opowieści, na temat powstawania filmu, współpracy z młodymi aktorami, dużo wniosły do mojego rozumienia wyświetlanego na ekranie obrazu.

Na wspomniany Śpiewający obrusik składają się cztery, niezależne etiudy  filmowe. Każda traktuje o innej sprawie, każda ma innych bohaterów. Dzięki temu zabiegowi, oprócz pragmatycznego aspektu, jakim jest możliwość wykazania się wielu aktorów, reżyser ukazuje różne style i energie, zarówno bohaterów, jak i samej fabuły, która wyzwala w widzu różne uczucia – począwszy od wzruszenia, na niechęci i dyskomforcie skończywszy. To nie jest zdecydowanie produkcja z kategorii zachwycających, wizualnie nieskazitelnych, sprawiających, że czujemy się szczęśliwi i zrelaksowani po otrzymaniu rozrywki w postaci dobrego filmu. Pozwolę sobie pokusić się o stwierdzenie, że w trakcie seansu i tuż po nim, łatwiej odnaleźć w sobie pokłady złych emocji, niż dobrych. Sama choć zakochana jestem w twórczości Grzegorzka i bez wątpienia jest on moją pierwszą tak wielką reżyserką miłością, potrzebowałam czasu, aby sobie z tym filmem poradzić. Musiało upłynąć trochę czasu, nim zrozumiałam, że towarzysząca mi w jednym momencie chęć opuszczenia sali kinowej w trakcie projekcji, to świadomy zabieg ze strony twórców. Świadomy, przemyślany i piękny, w całym swoim okrucieństwie.

diabel-netGrzegorzek to jednak również reżyser teatralny, od lat współpracujący z łódzkim Teatrem im. Stefana Jaracza. To on stoi za sukcesem obsypanych wieloma nagrodami tytułów, takich jak Habitat czy Lew na ulicy, w obydwu przypadkach sięgając po tytułu niepopularnej w naszym kraju dramatopisarki Judith Thompson. W tym roku podjął się także wyreżyserowania dyplomu studentów łódzkiej filmówki. Spektakl Diabeł, który… powstał na motywach – znów niewykorzystanego dotychczas w Polsce – dramatu Johna Osborne’a The Devil Inside Him. Sztuka głęboko poruszająca, wymagająca od aktorów dużego skupienia i wejścia w świat typowy dla sztuk Grzegorzka – bardzo emocjonalny, magnetyczny, pełen grozy i ukierunkowany na uczucia każdego z bohaterów. Przy okazji umożliwiająca stuprocentowe wyeksponowanie nabytego w trakcie czterech lat edukacji warsztatu. Jak zwykle Grzegorzek zadbał również o coś bardzo dla niego i dla jego sztuk charakterystycznego – w Diable muzyka, śpiew i ruch potęgują te i tak już ekstremalne stany emocjonalne, zarówno po stronie publiczności, jak i aktorów. Nie wiem jakiego rodzaju myśli mają wówczas w głowie ci, którzy ze sztuką Grzegorzka spotykają się pierwszy raz, ja jednak od pierwszych minut czułam przyspieszone bicie serca. Wiedziałam, że tego rodzaju wprowadzenie, to znak: Drogi widzu, musisz być gotowy na opuszczenie swojej strefy emocjonalnego komfortu. Jednocześnie reżyser zdecydował się na zastosowanie drugiego planu, czyli przerw w postaci nagrań z wypowiedziami młodych aktorów w trakcie prac nad spektaklem. Ten zabieg, znany już ze wspomnianego wcześniej Śpiewającego obrusika, tu także spełnił swoje zadanie – całkowicie oddając scenę aktorom, uwypuklił to, jak długą drogę przeszli i jak wiele pracy włożyli w tworzenie swoich postaci. Grzegorzek całkowicie na bok sprowadził swoje reżyserskie zasługi, choć zasadniczo wiadomym jest, że praca tych młodych ludzi, jest niejako odbiciem jego pracy, nie tylko jako reżysera, ale również jako pedagoga. W tym przypadku, w odniesieniu do obydwu ról, można śmiało orzec jednoznaczny tryumf – na co mogę sobie przy okazji tego tekstu pozwolić.

Moim ulubionym filmem Grzegorzka pozostaje obraz, stanowiący trzecie już spotkanie reżysera ze wspomnianą wcześniej Kanadyjką – Judith Thompson. Jestem Twój / I Am Yours to film, który jednoznacznie utwierdził mnie w przekonaniu, że to, co interesuje Grzegorzka jako reżysera, to nie zapewnienie widzowi rozrywki, a zarażenie go niepokojem i rozedrganiem, wpisanym we właściwie każdą jego produkcję. Gdybym była recenzentką i chciała za wszelką cenę wejść w tony znawcy kina, napisałabym teraz, że jest to kino angażujące, że opowiada o skomplikowaniu ludzkiej natury, ukazuje ludzi na życiowym zakręcie. To wszystko jednak w moim odczuciu, stanowi po prostu kwintesencję Grzegorzka – świetnie dobierającego obsadę aktorską, prowadzoną przez niełatwy i nieładny świat, który tworzy. A jednocześnie jako reżyser ponownie pozwala sobie na dość swobodną zabawę obrazem, muzyką, prowokuje widza do opuszczenia wygodnej pozycji obserwatora, otworzenia oczu nie tylko na to, co jest fajne i dobrze znane, ale również na to, czego w polskim kinie popularnym trudno odnaleźć. Nie usiłuje być nowatorski na siłę, nie stosuje innowacyjnych metod realizacji produkcji. Po prostu to o czym opowiada, nie ma takiego dużego znaczenia, jak to, z jakimi uczuciami nas pozostawia.

W związku z tym wszystkim, pomimo upływu lat, a może właśnie ze względu na ten czas, który minął od mojej pierwszej styczności z Mariuszem Grzegorzkiem, wiem, że jest to człowiek, za którego twórczością pójdę jak w dym. Nie dlatego, że podchodzę do jego pracy bezkrytycznie, ale dlatego, że ufam w to co i w jaki sposób tworzy, nawet wtedy, gdy w trakcie oglądania mam poczucie znajdowania się milimetr od mojej granicy tolerancji emocji lub zjawisk. Lubię jego filmowo-teatralne opowieści o człowieku, nawet wtedy, gdy napawają mnie przerażeniem. Wstrząs, który mi każdorazowo serwuje i chwilowa utrata oddechu to coś, czego mi często w kontakcie ze sztuką brakuje, a czego mój organizm – niejako wbrew mojej naturze – od czasu do czasu się domaga.

“Miałem zostać historykiem sztuki, zostałem histerykiem sztuki. Cholera wie, co lepsze?” – Mariusz Grzegorzek

Justyna Potasiak

Nieustannie zatopiona w planach kulturalno-wyjazdowych. Kulturę najchętniej pochłania w bezpośrednim kontakcie z twórcami, bo kontakt z żywym człowiekiem, z emocjami „tu i teraz” uważa za najwyższą wartość.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany