Świąteczne filmy vol. 1

Gdzieś pomiędzy kupowaniem prezentów a ubieraniem choinki każdy z nas cicho marzy o spokojnym wieczorze z kubkiem czekolady w dłoni i… filmami świątecznymi na ekranie telewizora, tudzież komputera. Za co tak bardzo kochamy te filmowe opowieści i które z nich urzekają nas najbardziej?

Kasia Siewko: Umówmy się, nie możemy walczyć ze stwierdzeniem, że popkultura wdarła się w nasze świąteczne tradycje. Pamiętam nie tak dawne zamieszanie w związku z wątpliwą emisją Kevina samego w domu w okresie około gwiazdkowym. Pospolite ruszenie w sieci sprawiło jednak, że stary dobry Kevin wrócił na ekrany prawdopodobnie 3/4 polskich domów. Szczerze, nie dziwię się temu całemu obłędowi jaki wówczas nastał. Tak bardzo kocham świąteczne filmy, animacje i specjalne odcinki seriali, że grudzień bez nich po prostu nie byłby taki sam.

Iga Herłazińska: Masz rację. Chociaż w ciągu roku, z powodu braku telewizora, jak z powodu braku takiej potrzeby, w ogóle nie oglądam telewizji. W czasie Świąt też zdarza mi się to rzadko – chyba, że zasiadamy przed telewizorem całą rodziną i wspólne oglądanie filmu zamienia się we wspólne komentowanie i śmiech. Jednak w okresie przedświątecznym wprost uwielbiam spędzać grudniowe wieczory na maratonach filmów świątecznych. Oglądam z przyjaciółmi, oglądam z rodziną, oglądam sama. Filmy świąteczne rządzą się swoimi prawami. Z tych normalnych mam może trzy czy cztery tytuły, które jestem w stanie oglądać po kilka razy (film musi mnie naprawdę zachwycić, żebym chciała do niego powracać); filmy świąteczne mogę oglądać co roku. Oczywiście nie wszystkie, ale na przykład wspomniany przez Ciebie Kevin… (szczególnie druga część), To właśnie miłość, Holiday czy Przetrwać święta to moi faworyci, bez których Boże Narodzenie nie istnieje.

KS: Zanim przejdziemy do telewizyjnych evergreenów, muszę podzielić się wrażeniami po seansie najstarszego filmu w moim prywatnym rankingu świątecznych filmów. Mowa o To wspaniałe życie Franka Capry, obrazie który powstał 70 lat temu. Ze wstydem przyznam się jednak, że obejrzałam go pierwszy raz dopiero tego roku. Mam słabość do starych filmów, na dodatek gdy zobaczyłam w obsadzie Jamesa Stewarta, wiedziałam, że się nie zawiodę. Sam reżyser po latach przyznał, że nigdy nie klasyfikował swojego filmu jako świątecznego. Co ciekawe, To wspaniałe życie zyskało popularność dopiero w latach 70-tych i od tego czasu w krajach anglosaskich film stał się synonimem świąt. To prawda, że w kontekście innych omawianych przez nas filmów, nie jest to produkcja stricte gwiazdkowa. Główny bohater – George Bailey mieszka w niewielkiej miejscowości, której małomiasteczkowość uwiera go od wczesnych lat młodości. Planuje dalekie podróże i otwieranie się na nowości, jakie czekają na niego w szerokim świecie. Życie weryfikuje jednak jego plany i zmusza bohatera do przejęcia rodzinnego biznesu i osiedlenia się w rodzinnym Bedford Falls. Dopiero druga połowa filmu faktycznie ma miejsce w wigilijną noc. Firmie Bailey’a grozi bankructwo, zrezygnowany postanawia popełnić samobójstwo. Od tego pomysłu odwodzi go anioł stróż, pokazujący mu jak wyglądałby świat bez niego. To bardzo prosta w swojej konstrukcji historia, która niezmiernie mnie poruszyła. Można by rzec bardzo banalnie, że to film, który bawi i wzrusza, ale to właśnie to jest kluczem do sukcesu świątecznych produkcji.

IH: Muszę przyznać, że nie znam tego filmu, ale szybko dopisuję go do listy Obejrzeć przed Bożym Narodzeniem. Twoja zapowiedź brzmi zachęcająco – wygląda na to, że To wspaniałe życie ma wszystkie elementy, jakie powinien posiadać świąteczny film, żeby skraść serca widzów. W mojej opinii – wystarczy tak naprawdę, żeby miał w sobie trochę magii i żeby niósł tradycyjne przesłanie, że święta bez bliskich, bez przyjaciół, słowem – bez miłości nie mają najmniejszego sensu. I tu w moich myślach pojawia się mimowolnie scena z najbardziej znanego, wspomnianego już przez Ciebie, evergreenaKevina samego w domu. Moim zdaniem ten film opiera się na dwóch scenach – tej, gdy Kevin wścieka się na swoją rodzinę i wypowiada marzenie by zniknęła ona na zawsze i na tej, gdy w końcu – już po wszystkich przygodach ze złodziejami, po przysłowiowym ratowaniu świata – Kevin wpada w ramiona swojej mamy. Przecież tak naprawdę w Kevinie… nie chodzi o pokazanie, jakim sprytnym chłopcem jest ośmiolatek, ale o przekazanie uniwersalnej prawdy, że jak bardzo nie irytowaliby nas bliscy, jak bardzo przedświąteczny chaos nie dałby nam się we znaki, święta bez rodziny to nie święta, to tylko kolejne dni w roku.

Kadr z filmu "Kevin sam w domu"
Kadr z filmu „Kevin sam w domu”

KS: Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, ale wszystkie filmy świąteczne jakie znam są skonstruowane na tej samej zasadzie – żeby ostatecznie było dobrze, wcześniej musi być źle. Bohaterowie są sfrustrowani, tracą wiarę w ludzi, w życie, przeżywają swoje rozterki po to, by magia świąt otworzyła im oczy na otaczające ich dobro. To banał, ale sama muszę przyznać, że w grudniu naprawdę odczuwam ciepło bijące od ludzi i widzę znacznie więcej znaków niesienia bezinteresownej pomocy. W Kevinie… dodatkowo pojawia się tradycyjny motyw walki dobra ze złem uosabianym przez dwóch złodziei. Nieporadnych, bezdyskusyjnie podłych w plądrowaniu domów w czasie świąt, a jednak budzących sympatię. Wykorzystując stare dobre chwyty, komiczne gagi i obsadzając w głównej roli uroczego chłopca Kevin stał się filmem skazanym na sukces. Iga, wspominałaś, że bardziej niż pierwszą część sympatią darzysz Kevina samego w Nowym Yorkutrzeba przyznać, że sequele rzadko zachowują świeżość i spełniają oczekiwania. W tym przypadku kolejna część przygód najsprytniejszego dziecka Ameryki trzyma poziom pierwowzoru, a nawet na nowo zaskakuje. Domyślam się, że zgodzisz się ze mną, że tego samego nie można powiedzieć w przypadku Home Alone 3 i Home Alone 4

IH: Trzecią część widziałam raz, może dwa razy, raczej z zupełnego przypadku niż z rzeczywistej chęci obejrzenia tego filmu. Prawdę mówiąc, o czwartej części nawet nie słyszałam. I oczywiście zgadzam się z Tobą, to już tzw. odgrzewane kotlety. Nie wiem,czy dobrze pamiętam, ale w trzeciej części chłopczyk (chyba nie ma już na imię Kevin, prawda?) zostaje sam w wielkim apartamencie, bo jego rodzice reprezentują typową majętną rodzinę, która nie ma czasu dla dziecka. Nie wspominam tego filmu z czułością, jak w przypadku dwóch pierwszych części, to tylko raczej rozmazany obraz kilku kadrów, na dodatek mało śmiesznych. A co powiesz o wielowątkowych filmach świątecznych? Ja dość długo nie byłam ich wielką fanką, do czasu aż moja przyjaciółka, która ogląda To właśnie miłość średnio kilka razy w ciągu roku (nie tylko w okresie bożonarodzeniowym) nie pokazała mi tego filmu. Wstyd się przyznać, ale wcześniej jakoś zupełnie go nie kojarzyłam. Ten film rozkochał mnie jednak w sobie z prędkością światła – głównie dzięki obsadzie aktorskiej. Rickman, Firth, Neeson, Lincoln, Grant… Nazwiska, za którymi poszłabym, jak w dym. I na dodatek genialna Emma Thompson. Nie sposób nie popaść w zachwyt. Przedstawione w Love Actually historie, choć niektóre z nich są banalne, sprawiają, że robi się człowiekowi cieplej na sercu. Moją ulubioną parą jest duet Jamie (Colin Firth) i Aurelii (Lúcia Moniz). Ta scena, w której Jamie oświadcza się Włoszce i robi to w jej języku (w którym wcześniej nie znał ani słowa), a ona odpowiada mu po angielsku tak jest naprawdę rozczulająca. I znowu pojawia się tutaj motyw zbawiennego wręcz wpływu świąt na bohaterów. Każdy z nich ostatecznie odnajduje swoje szczęście, swoją prawdziwą miłość, przeznaczenie.

Kadr z filmu "To właśnie miłość"
Kadr z filmu „To właśnie miłość”

KS: Love Actually to film, który zajmuje miejsce na podium moich ulubionych świątecznych filmów. Tak jak wspomniałaś, z uwagi na genialne aktorstwo, zwłaszcza duet Thompson-Rickman i ciepło, jakie z niego bije. Niesamowite, że prowadząc 10 równoległych wątków, twórcy zachowali konsekwencję i żaden z epizodów nie odstaje od reszty. Przyznam, że nie jestem wielką fanką wątków dublerów w filmach erotycznych i Colina (Kris Marshall), który wyrusza na podbój damskiej części Ameryki, jednak mimo dosyć słabego poczucia humoru wprowadzonego w te historie, oglądam je z wielką sympatią. Nie sposób się dziwić zresztą scenarzystom, w końcu obok tak komicznych i traktowanych lekką ręką wątków, bohaterowie Love Actually zmagają się z odejściem bliskich, podejrzeniem zdrady ukochanego i nieszczęśliwymi miłościami… Koniec końców film niesie jakże optymistyczne przesłanie, że w czasie świąt każdy może odbić się od dna, jakie przyniósł mu kończący się rok. Love Actually było pierwszym filmem, który zapoczątkował trend tego typu opowiadania historii i splatania ze sobą pozornie odrębnych wątków. Rok po premierze brytyjskiego hitu doczekał się on amerykańskiego odpowiednika w postaci filmu Czekając na cudKoncepcja bardzo podobna – losy kilku mieszkańców Manhattanu wiąże ze sobą świąteczna magia. Producenci z równie dużym naciskiem postawili na doborową obsadę – Susan Sarandon, Robin Williams, Penelope Cruz i Paul Walker. Wątków znacznie mniej niż w pierwowzorze, a mimo to nie działa to na jego korzyść. Oczywiście nie mam na myśli, że więcej znaczy lepiej, z całą pewnością nie. Jednak jestem pod wrażeniem, że przy takiej ilości bohaterów twórcom Love Actually udało się pozyskać sympatię widzów do ekranowych postaci i stworzyć film bardzo bliski życiu. Czekając na cud z kolei jest już opowieścią, w którą silnie wdzierają się wątki metafizyczne i religijne. Magia, czy też tytułowy cud, pełnią w fabule duże znaczenie i zmieniają koleje losu bohaterów. To ładna, choć dosyć naiwna i bajkowa historia. Zdecydowanie bliżej mi sercem do oryginalnej koncepcji zachowanej w Love Actually. A co sądzisz o naszej rodzimej wersji sprawdzonego za granicą towaru, czyli Listach do M?

IH: Nie jestem fanką komedii romantycznych, szczególnie polskich. Ale – co powtórzyłam w tym tekście już kilka razy – w filmach świątecznych motyw zakochania zwyczajnie mnie rozczula. Lubię Listy do M. Bożonarodzeniowe historie przeniesione na polski grunt zyskują na znaczeniu. Człowiek nabiera wiary w to, że cuda zdarzają się nie tylko za oceanem czy na wyspach brytyjskich, ale także we wszystkich miastach w Polsce. Myślę, że widzowie potrzebują takich filmów, które pozwolą im choć na chwilę zatrzymać się, przestać gdzieś biec i zrozumieć, że w tym grudniowym czasie najważniejsi są inni ludzie – rodzina, przyjaciele, zbłąkani wędrowcy, których przecież pełno jest wokół nas. Te wzruszające historie, przeplatające się z zabawnymi sytuacjami tworzą obraz, który idealnie oddaje klimat świąt. Gdybym miała wybrać ulubiony wątek, pojawiający się w Listach do M., bez zastanowienia wskazałabym historię Tosi (Julia Wróblewska), która ucieka z Domu Dziecka i w wigilijny wieczór trafia na świąteczną kolację do zamożnego małżeństwa – Małgorzaty (Agnieszka Wagner) i Wojciecha (Wojciech Malajkat). Na samą myśl w uszach dźwięczy mi Stille Nacht… Tymczasem znikam, żeby obejrzeć Ekspres polarny, o którym będziemy pisać w drugiej części naszego artykułu.

Kadr z filmu "Listy do M"
Kadr z filmu „Listy do M.”
Kasia Siewko

Zakochana w Katowicach i brzydkiej architekturze. Zapytana o ulubioną poetkę od wielu lat odpowiada- Poświatowska.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany