Słowo grudzień rymuje się do ludzie. Wiedziałeś?

To był piątek. Wyjątkowo zimowy piątek. Cała Warszawa przysypana była śniegiem, a mróz szczypał w policzki. Jechałyśmy tramwajem do centrum. Ja – na ważną rozmowę, Natalka – na pociąg. Przegadałyśmy całą noc, trzygodzinny sen przyszedł dopiero o poranku i obie marzyłyśmy o dwóch rzeczach – gorącej kawie i hot-dogach, za którymi dzień wcześniej przeszłyśmy pół stolicy. Żegnając się pod dworcem, krzyknęłyśmy do siebie, że widzimy się za tydzień i ruszyłyśmy, każda w swoją stronę. Ja – w kierunku skrzyżowania Koszykowej z Lwowską, Natalia – na peron trzeci, skąd odjeżdżał pociąg do Krakowa. Był drugi grudnia. Idąc Marszałkowską, pomyślałam sobie, że grudzień rymuje się do słowa ludzie.

Po spotkaniu mimowolnie ruszyłam w kierunku Łazienek Królewskich. Warszawa naprawdę wyglądała jak z bajki i chcąc wykorzystać kilka godzin wolnego czasu, postanowiłam wybrać się na sentymentalny spacer. Spacer, który w efekcie końcowym trwał prawie trzy godziny, kończąc się w Teatrze Królewskim, gdzie usiadłam na widowni i pijąc herbatę z cytryną i miodem, przypomniałam sobie, co to znaczy być zwyczajnie szczęśliwą. Wcześniej karmiłam wiewiórki z chłopakiem w śmiesznej czapce, słuchałam muzyki Chopina w towarzystwie staruszka z Niemiec, robiłam zdjęcia analogowym aparatem fotografa, który widząc moje rozczarowanie, spowodowane pozostawieniem swojego analoga w domu, postanowił podarować mi chwilę radości, obiecując wysłać mi wykonane przeze mnie zdjęcie tuż po wywołaniu kliszy. Puentą spaceru były opowieści ochroniarza, których wysłuchałam w Teatrze Królewskim. Grudzień to ludzie – pożegnałam się, ledwo już słysząc odpowiedź: O tak, w grudniu jest ich tutaj bardzo dużo.

Zaszyłam się potem na godzinę albo dłużej w Barze Mlecznym niedaleko Placu Unii Lubelskiej i zaczęłam wypisywać kartki świąteczne, pijąc kawę z mlekiem i jedząc bezę z malinami. Ludzie wchodzili i wychodzili, zadzwonił telefon, potem drugi, wypisałam pięć kartek i poszłam w kierunku Ogrodu Saskiego, mijając po drodze opatulonych szalikami staruszków i nastolatków z porozpinanymi kurtkami. Gdzieś pomiędzy półkami w jednym ze sklepów na Marszałkowskiej, spotkałam znajomego. Oboje skapitulowaliśmy – świąteczne zakupy w piątkowe popołudnie to prawdziwe zabójstwo i – przede wszystkim – kilometrowe kolejki. Grudzień to ludzie, pomyślałam znowu. I schowałam się na chwilę w Pałacu Kultury i Nauki, czekając tam na koleżankę, z którą pojechałam na Saską Kępę w celu zjedzenia najlepszego kebaba w stolicy.

Późnym wieczorem, gdy docierałam już do mieszkania przyjaciółki, mój krokomierz pokazywał prawie 29 tysięcy kroków, czyli 19 przebytych kilometrów. Trochę żałowałam, że nie liczył on mijanych przeze mnie ludzi. Ilu z nich mogłam spotkać w ten grudniowy dzień?

Grudzień to ludzie – natrętnie dźwięczał mi w głowie ten wymyślony o poranku zwrot. Zajrzałam w kalendarz, jak zawsze zapełniony na kilka tygodni wprzód. Przy każdym dniu zapisane było jakieś imię. Trochę tak, jakby każdy dzień grudnia nazywał się inaczej. Przez kilka ostatnich miesięcy zaniedbałabym tych, którzy są dla mnie ważni. Przekładałam spotkania, nie odpisywałam na wiadomości, odrzucałam przychodzące połączenia. Ale grudzień to ludzie. Tak naprawdę zrozumiałam to wiele lat temu. Odkąd pamiętam, kochałam Święta i dziwili mnie wszyscy ci, którzy podchodzili sceptycznie do grudniowych przygotowań. Pieczenie pierniczków, ubieranie choinki, przygotowywanie prezentów, śpiewanie pastorałek, picie gorącej czekolady z piankami – to zawsze przynosiło mi radość. Ale umówmy się – nie byłoby tej magii, gdyby nie ludzie wokół. Ich uśmiech, słowa, drobne gesty.

Trzy lata temu byłam jeszcze wolonariuszką w hospicjum. Ubierając choinkę razem z moją pacjentką, usłyszałam: Gdybyś nie przyszła, ta choinka nie miałaby sensu. Wtedy obiecałam sobie, że każdego grudnia będę prawdziwym Świętym Mikołajem. Że oprócz pięknie zapakowanych prezentów, będę dawać to, co przecież najcenniejsze – swój czas. Bo przecież grudzień to ludzie.

thaaqib-acadia-academy-cordially-invites-you-to

I nie oszukujmy się – tęsknimy za tymi ludźmi przez cały rok. Nawet teraz, w czasach wirtualnych. Na Instagrama nie dodajemy przecież zdjęć nas, siedzących przed komputerami czy wpatrujących się w telewizor, bo tak naprawdę wszyscy tęsknimy za normalnym, rzeczywistym życiem. Dodajemy zdjęcia z przyjaciółmi, zdjęcia miejsc, które odwiedzamy. Dodajemy zdjęcia, kiedy robimy coś ciekawego, chcąc się pochwalić albo dać znak: Hej, w codziennym życiu też jestem super. Może zadzwoń do mnie zamiast dawać mi serduszka pod każdym moim zdjęciem? Możemy porobić coś wspólnie. Tęsknimy za drugim człowiekiem, jesteśmy go ciekawi.

Długo zastanawiałam się, za co kocham teatr. Czym mnie tak skutecznie uwodzi; czemu potrafię znudzić się wszystkim, ale nim – nigdy. Zaskoczyła mnie ta banalna odpowiedź. Kocham teatr, bo teatr to ludzie. W teatrze wszystko jest naprawdę, chociaż rzekomo na niby. W teatrze nigdy nie czuję się samotna. Obok mnie są ludzie. Nawet jeśli widzę ich pierwszy raz, nawet jeśli nie znamy swoich imion ani tym bardziej historii, oni są. W każdej chwili mogę dotknąć drugiego człowieka, moja dłoń nie zatrzyma się na ekranie monitora. Na scenie też stoją ludzie, a ich emocje nie są jedynie wzruszeniem zarejestrowanym przez uważną kamerę, ale dziejącym się tu i teraz przeżyciem, wywołującym śmiech albo łzy. Teatr to ludzie.

Grudzień to ludzie. 

Gdybyś dziwił się, gdzie zniknęła magia Świąt, przypomnij sobie te słowa.

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

1 Komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany