Dziennik (pod)różny: Ta obca wśród ludzi

Ostatni sierpniowy weekend, Waszyngton. Siedząc na dworcu Union Station, dyskutuję ze swoją towarzyszką podróży o różnych sposobach zwiedzania USA. Ona jest już u kresu swojego pobytu w Stanach, ja natomiast zaledwie miesiąc wcześniej po raz pierwszy postawiłam swoją nogę na amerykańskiej ziemi. Przytakujemy sobie nawzajem, że zapaleniec, który zapragnie zobaczyć na własne oczy krainę Colą i dolarem płynącą, ma wiele możliwości, aby plan ten zrealizować. Wspominam o wymianach studenckich, Work&Travel czy chociażby bliskim nam programie Au Pair. Ona do wymienionych propozycji dorzuca wycieczki objazdowe organizowane przez biura podróży. Po chwili jednak stwierdza, że osobiście nigdy by się na taką nie wybrała.

Podróżowanie od zawsze rymuje mi się nie tylko z odwiedzanymi miejscami, ale także – a może nawet przede wszystkim – z ludźmi, na których natrafiam na swojej drodze. Właśnie dlatego, podobnie jak moja kompanka wyprawy do stolicy, nie wyobrażam sobie poznawać Ameryki z perspektywy autokaru pełnego podobnych mnie turystów. Wyjazd na dłuższy czas daje możliwość obcowania z mieszkańcami danego zakątka i wtopienia się w otoczenie. I choć początkowo w Stanach czułam się obco i nieswojo, od ponad czterech miesięcy kolekcjonuję w sobie każdą rozmowę czy gest, wymianę spojrzeń lub uśmiechów. 

Wchodząc na wzgórza Hollywood Hills, poznałam przesympatyczną parę gejów. Fotograf i architekt, na co dzień mieszkający w Nowym Jorku. W ciągu kilkudziesięciu minut, siedząc na głazie tuż przy szlaku, zdążyli opowiedzieć mi niemal całe swoje życie. Stwierdzili też, że w sumie to bardzo zależy im, żeby nauczyć się języka polskiego i skoro już im się przytrafiłam to mogą zacząć choćby od zaraz. Opanowanie kilku podstawowych przekleństw okazało się być dla nich jednak w pełni satysfakcjonujące. Zrobiliśmy wspólnie parę polaroidów na tle znaku Hollywood, które potem zawisły obok podobnych sobie na ścianie w moim pokoju. Spoglądam na nie, kiedy zaczynam wątpić w sens podróżowania w pojedynkę.

Meksykanin, lat dwadzieścia parę. Słuchał The Beach Boys w koło, trochę palił zioło. Przemierzał amerykańskie drogi jak szalony, ale to właśnie dzięki niemu poznałam część Chicago, której sama prawdopodobnie nigdy bym nie odkryła. Kiedy napomknęłam, że tęskno mi do domu, pokazał mi plakaty Teatru Polskiego we Wrocławiu na ścianach jednego z barów.

Mężczyzna w wieku – kulturalnie idąc za mistrzem Poniedzielskim – dopiero co podeszłym. Widujemy się dwa razy w tygodniu. W collegu na kursie włoskiego, należy dodać, bo to w tym przypadku niezwykle istotna informacja. Parokrotnie uraczył mnie krótką rozmową na parkingu. Któregoś razu powiedział, że cały czas ma poczucie, że nie potrafi tyle, ile by chciał. Pozazdrościłam mu tej bezustannie pielęgnowanej w sobie ciekawości świata i chęci, by nadal go odkrywać. 

Sprzedawca w sklepie, który na moje Can I have cigarettes? odpowiedział po polsku Które? Bo już słyszę po akcencie, a następnie podzielił się ze mną historią, jak w czasie stanu wojennego musiał wyjechać z kraju; taksówkarz-diler, a może raczej człowiek-zagadka czy grupa wolontariuszy na Hollywood Boulevard, która wciągnęła mnie w trwającą do późnych godzin nocnych rozmowę o sile ludzkiego umysłu, mimo że zagadnienie to nigdy specjalnie mnie nie zajmowało. Coraz bardziej przekonuję się o tym, że spotkania te i wymienione zdania, choćby najkrótsze, są dla mnie cenniejsze od liczby miejsc, które skreślam z listy tych do odwiedzenia.

Często zdarza mi się mówić o kimś, że jest człowiekiem-anegdotą. Bo to właśnie ludzie – sami w sobie – są dla mnie najpiękniejszymi i zarazem najbardziej interesującymi opowieściami. W gruncie rzeczy wiza nie jest niezbędna, aby móc wyjść ze swojej strefy komfortu i dowiedzieć się o sobie czegoś więcej. Prawda jest jednak taka, że za intrygującym człowiekiem jestem w stanie iść na koniec świata i słuchać w nieskończoność tego, co ma do przekazania.

Dominika Kanafa

Jej znakiem rozpoznawczym jest szeroki uśmiech, którym obdarowuje otoczenie bez względu na porę dnia czy nocy. Ciągle w ruchu. Zatrzymuje się tylko po to, by czasami narysować coś na kolanie. Nie potrafi funkcjonować w ciszy. Miłośniczka historii sztuki i kotów. Uzależniona od teatru, muzyki, kina, jedzenia, szminek, miętowej herbaty, podróży i ludzi. Niepoprawna optymistka. Drażnią ją ludzie o ograniczonym światopoglądzie stąd-dotąd. Wierzy, że nie ma rzeczy niemożliwych i stara się wyciskać z życia, ile się da.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany