Kupiłam maszynę do pisania

Kupiłam maszynę do pisania. Rok 1980, kolor brązowo-beżowy, firma Łucznik. Sądząc po jej stanie, ostatnie lata spędziła w piwnicy. Albo na strychu. W każdym razie – od dawna nie była używana. Po co komuś maszyna do pisania w dobie komputerów, telefonów i rozwijającej się technologii? Gdy pojechałam po jej odbiór, stojąca w drzwiach kobieta zdziwiła się: Pani taka młoda? Myślałam, że kupuje ją jakiś starszy pan, pasjonat antyków! A ja zdziwiłam się jeszcze bardziej, gdy usłyszałam cenę. Dwadzieścia złotych? Myślałam, że dużo więcej… I tak dziwiłyśmy się wspólnie, stojąc po przeciwnych stronach barykady.

Nie chciało mi się snuć długich odpowiedzi na pytanie: A po co w ogóle pani to starocie? Wybrnęłam więc dyplomatycznie, tylko trochę naciągając prawdę: Rekwizyt do teatru. Jak do teatru, to zupełnie inna sprawa. W teatrze nic nie dziwi. A na pewno nie stare maszyny do pisania. Wyposażona w karton, dzielnie przetransportowałam czterokilogramową zdobycz do mieszkania znajomej. A gdy w końcu maszyna znalazła się w moim domu, zajmując centralne miejsce w pokoju, które wcześniej należało do wielofunkcyjnej drukarki, poczułam się naprawdę szczęśliwa. O tej chwili marzyłam od kilku miesięcy.

Będąc dzieckiem, maszynę do pisania uważałam za jeden z najważniejszych przedmiotów, ze wszystkich, które znajdowały się w domu. Mając siedem, osiem lat, wyczekiwałam niecierpliwie długich, jesiennych wieczorów. Wtedy dostawałam od mamy pozwolenie na wystukiwanie na maszynie słów, które układały się w dziecięce, często nieskładne opowieści. Lubiłam ten dźwięk, odgłos, jaki wydawała maszyna podczas uderzania palcami o klawisze. Dzisiaj, gdy zrobi się tzw. literówkę, wystarczy wrócić kursorem w odpowiednie miejsce i kilkoma ruchami poprawić wszystkie pomyłki. Maszyna do pisania nie dawała takich możliwości. Trzeba było uważać. Odpowiednio dobierać słowa. Zatrzymać się na chwilę, pomyśleć, co chce się napisać, zamiast wystukiwać bez zastanowienia słowa, które i tak można zaraz zmienić.

Ponownie zakochałam się w maszynach, gdy zobaczyłam zdjęcie Osieckiej. Tak sobie ją właśnie wyobrażałam. Przy stoliku, z maszyną do pisania, listami porozrzucanymi dookoła, kieliszkiem wina i popielniczką. Szukającą weny.

 Fot. Andrzej Swietlik
Fot. Andrzej Swietlik

Kupiłam maszynę do pisania, bo mam stare serce. Jakkolwiek głupio to brzmi w ustach dwudziestokilkulatki. O wiele częściej zatrzymuję się przed witrynami antykwariatów i sklepów z antykami niż przed sklepami z nowoczesnym sprzętem. Zazdroszczę ludziom aparatów analogowych, podczas gdy model ich nowego telefonu zupełnie mnie nie interesuje. Rozchmurzam się, gdy w galeriach handlowych słyszę piosenki z lat młodości moich rodziców. Często nie mam pojęcia, co jest aktualnie grane w kinach. Bardziej niż na premiery cieszę się na rekonstrukcje cyfrowe starych filmów. Przyjaźnię się z ludźmi starszymi ode mnie o dobrych kilka(naście) lat. Łatwiej mi nawiązywać znajomości z osobami z innego pokolenia niż z moimi rówieśnikami. Mogę słuchać w nieskończoność opowieści o PRL. Myślę, że obowiązkiem każdego człowieka jest znajomość przeszłości państwa, w którym się urodził. Gdyby istniały maszyny umożliwiające podróż w czasie, nigdy nie wybrałabym wycieczki w przyszłość. Może dlatego tak bardzo nudzą mnie filmy science fiction.

Kolejnym punktem na mojej liście jest gramofon. Byle taki z historią. Po gramofonie kilka modeli aparatów analogowych. Cała lista książek z antykwariatu, z naciskiem na jak najstarsze wydanie Kubusia Puchatka. Z rzeczy bezużytecznych: stary telefon stacjonarny i radio. I jeszcze kilka przedmiotów, które odnaleźć można tylko w sklepach z antykami albo dawno nieodwiedzanych piwnicach.

Kupiłam maszynę do pisania, bo kocham pisać listy. Wysyłać je w świat do przyjaciół. Wierzyć, że słowo pisane ma jeszcze wartość w tym audiowizualnym świecie.

 

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

10 komentarzy
  1. Maszyny mam ze cztery i nadal używam, czasem najstarszej, mechanicznej, z 1927 roku, a czasem tych ciut nowszych, na przykład Eriki 3004 z 1987 r., o którą zabiegał Stanisław Lem w czasach schyłkowej komuny. Ale na pisanie listów maszynowo bym nie wpadł, dla mnie list, to wciąż niezmiennie pismo ręczne. Do dwóch wciąż wiernych mi korespondentów (z długiej niegdyś listy) pisuję piórem wiecznym, które dostałem jako nagrodę w latach 90. XX wieku w jakimś literackim konkursie.

    Pierwszy gramofon kupiłem za pierwsze zarobione pieniądze w 1988 roku, od tej pory kilkakrotnie zmieniały mi się modele tego sprzętu na lepsze, a kolekcja winyli wciąż rośnie. Coś każe mi je wciąż kupować, kłaść na talerzu i słuchać.

    Pierwszy analogowy aparat dostałem od dziadka w 1977 roku – Ami 66. Mam go nadal, jak i wiele innych, zdobywanych w latach późniejszych aparatów. W zeszłym roku znów załadowałem rolkę filmu do tegoż leciwego aparatu, zrobiłem dwanaście fotografii, a film wywołałem w koreksie Krokus z 1980 roku. Fotografie wyszły, tak jak się tego spodziewałem.

    Świat staroci nadal żyje, a ja się czuję jego częścią. Nie wiem właściwie czemu.

  2. Witam serdecznie ! Dla jednych bezużyteczne graty, śmieci, złom. Dla drugich synonim luksusu ubiegłego wieku. Owszem należy iść z postępem technologicznym, ale uważam, że urządzenia z końca lat 80-tych mają „duszę” . Do dziś posiadam elektryczną maszynę do pisania, działa, nawet czuć do dziś zapach farby i smaru . Dostałem ją na komunię. Wyrzucać ? Schować do szafy? Sprzedać ? Hm?…. Nie jeden nastolatek mnie wyśmieje. Choć mam dziś 35 lat będzie mi służyła dopóki nie pęknie w niej sprężynka :). A gdy się zepsuje będzie wystawiona w honorowe miejsce jako wystawka. Serdecznie pozdrawiam. Ps; Niestety jest mało młodych ludzi, co chcą słuchać opowieści o PRL, a szkoda…….obciachowe ? No cóż, rozwój technologiczny poprzewracał w głowach 🙂 Na szczęście nie wszystkim 🙂

  3. Z tekstu na tekst zaczynam szanować Cię coraz bardziej 🙂 mam nadzieję że kiedyś będzie okazja wybrać się razem z Tobą na kawę i posłuchać jak mówisz o rzeczach, które Cię pasjonują, a o których ja w większości pewnie nie mam pojęcia, a ja Ci opowiem o moim starym sercu i o Edith Piaf śpiewającej mi do snu i o starych wydaniach Przeminęło z Wiatrem zajmujących honorowe miejsce na mojej półce, i że ciągle mam nadzieję, że Ewa Demarczyk jeszcze raz nam zaśpiewa na żywo. Pozdrawiam ciepło 🙂

    1. Kawa zawsze! A o Demarczyk marzę i ja… Znam o niej kilka anegdot „z pierwszej ręki” – to może przy tej kawie…? 🙂

      1. Jak tylko wybędę na wymarzone studia do Warszawy (maj i matury, trzymajcie za mnie kciuki!), to z całą pewnością na kawę zaproszę. A anegdotki bardzo chętnie, biografię i wszelkie możliwe teksty przeczytałam już dawno 🙂
        PS: oczywiście kawa z mlekiem? 🙂

  4. Cudowny zwrot: „bo mam stare serce”… Szukałam długo słów na opisanie moich dziwnych upodobań jak właśnie : stare piosenki, filmy, stare przedmioty, a maszyny do pisania to wręcz kocham, no po prostu na opisanie mnie, dziękuję Ci.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany