Sorry Boys i ich (nad)zwyczajne cuda: premiera płyty „Roma”

Kiedy słuchałam ich pierwszej płyty, oczarowały mnie po prostu dźwięki i barwa głosu wokalistki, niezwykle przyjemna dla ucha i idealnie wpisująca się w moje ówczesne upodobania muzyczne. Jednak każde kolejne koncertowe spotkania z nimi, utwierdziły mnie w przekonaniu, że dźwięki i słowa, to nie wszystko, czym potrafią oczarować. Ważna jest atmosfera, którą wytwarzają, jakkolwiek górnolotnie to teraz zabrzmi, ale myślę, że każdy kto miał z zespołem styczność, przyzna mi rację. Jest w nich i ich podejściu do muzyki coś magicznego. Od pięciu lat obserwuję ich na różnych etapach – zbierania inspiracji, tworzenia, testowania, a w końcu wypuszczania w świat dopieszczonego do granic dzieła i konfrontowania materiału z publicznością, którą cierpliwie pozyskiwali, nie robiąc nic ponad to, co najważniejsze – sztukę. Z każdym dotychczasowym utworem ich autorstwa, byłam szczerze usatysfakcjonowana jako słuchacz, z każdego koncertu wychodziłam szczęśliwa z powodu cudownej muzycznej uczty, którą nam zaserwowali. Z uśmiechem na ustach obserwowałam, gdy ich popularność z miesiąca na miesiąc rosła, a tym samym – rosło we mnie poczucie radości, że udało im się znaleźć dla siebie miejsce, wśród coraz większej liczby nowych, fantastycznych, początkujących polskich wykonawców. Sorry Boys ugruntowali sobie silną pozycję, nie przez ogromną sławę, ale przez niezmiennie wysoką jakość i klasę. Oraz nieprawdopodobne, nieustające skupienie uwagi w stu procentach na ciągłym tworzeniu, naturalnym rozwoju.

fot. Karolina Galas
fot. Karolina Galas

Ich dwa pierwsze krążki budziły we mnie dziwne poczucie, że z jednej strony są zupełnie różne, a z drugiej strony – absolutnie ze sobą spójne. Vulcano na tle swojego poprzednika wypada dojrzalej, zwłaszcza w warstwie muzycznej, ale znowu w Hard Working Classes czuć ten niezwykły powiew świeżości, którego w tamtym okresie w polskiej muzyce nie czuło się tak intensywnie jak dziś.

Byłam szczerze zdziwiona, gdy niedawno przeczytałam gdzieś, że od premiery Vulcano minęły już trzy lata. Już – bo zasadniczo trzy lata to dużo, zwłaszcza dla tak niecierpliwej osoby jak ja. Z drugiej jednak strony muzyka zespołu Sorry Boys, na tyle często przeplata się gdzieś z moim życiem, że tej trzyletniej przerwy w ogóle nie odczułam, mając z tyłu głowy: pracują – jak skończą, to wydadzą, warto cierpliwie czekać. Sytuacja zmieniła się w momencie, gdy pojawiła się oficjalna informacja: płyta skończona, a kilka dni później wyszedł na światło dzienne utwór Wracam, zapowiadający nowy album.

Niby wiedziałam, że mnie nie rozczarują. Kto jak kto, ale nie oni. Niby podskórnie odczuwałam już to ogromne podekscytowanie, ten rosnący z każdym kolejnym, ukazującym się tu i ówdzie fragmentem, zapowiadającym nadejście Roma, zachwyt. Chciałabym napisać to tak, by uniknąć patosu, ale chyba się nie da, więc napiszę po prostu: zakochałam się. Zakochałam się po raz trzeci, zupełnie na nowo.

Zanim na dobre zasypią zespół pytania: skąd nazwa płyty? – a z ich ust padną w końcu słowa wyjaśnienia, jest jeszcze czas, by sobie na ten temat spekulować i  fantazjować. Pamiętam wszelkie sformułowania, powiązane z nazwą poprzedniego albumu – te o tańcu na wulkanie zwłaszcza. Faktycznie, trudno o bardziej trafne skojarzenie, niż to, że utwory z Vulcano zabierają słuchacza właśnie w taki magnetyczny, tajemniczy i z jednej strony bardzo energetyczny, a z drugiej momentami spokojny i tajemniczy, taniec na wulkanie, który uśpiony, wybucha niespodziewanie. Tak samo w przypadku albumu Roma, choć początkowo trudno mi było wyobrazić sobie, gdy album ten mógł mieć z Rzymem coś wspólnego, już przy pierwszym odsłuchu przyszła myśl: no tak, przecież to takie oczywiste! Sorry Boys tym razem zabierają nas po prostu na emocjonalną i metafizyczną podróż do włoskiej stolicy – podróż przez te wszystkie rzeczy, które przydarzyły im się po drodze, te wszystkie inspiracje, które przez trzy lata zbierali, te ważne dla nich spotkania z ludźmi, które miały miejsce – a wszystko po to, by podzielić się nimi w miejscu, które rozumie emocje, czyli w Rzymie – romantycznym, otoczonym niezwykłą aurą. Na myśl przychodzą mi teraz słowa ze wspomnianego już wcześniej utworu Wracam, czyli singla promującego krążek: Wracam do siebie, zabieram cię, ale długo idę, długo. I faktycznie Sorry Boys, przy tworzeniu Roma, przeszli bardzo długą drogę – przemierzyli wiele obszarów muzycznych, dotychczas przez nich nie odkrytych. Czuć jednak, że w grę wchodziła także ta najważniejsza podróż, czyli podróż w głąb siebie, dzięki której każdy z utworów, zawiera coś znacznie cenniejszego niż słowa i melodię, a mianowicie bardzo osobisty ładunek emocjonalny.

Trudno po pierwszych kilku przesłuchaniach wskazywać jednoznacznych ulubieńców i mieć tę pewność, że za dzień, dwa lub tydzień się to nie zmieni, zwłaszcza biorąc pod uwagę różnorodność tych utworów – rozpatrywaną pod wieloma kątami. Różne są tu dźwięki, użyte instrumenty, głosy towarzyszące wokalistce. Różny jest też ładunek emocjonalne. Różne jest także coś bardzo dla mnie istotnego, a występującego u Sorry Boys na tak dużą skalę po raz pierwszy, czyli język. Dotychczas znakomita większość tekstów powstała w języku angielskim, tu natomiast aż połowa utworów powstała w języku rodzimym. Nie potrafię przejść nad tym obojętnie, ze swoim uwielbieniem dla dźwięczności naszego języka i do tego, że nawet proste słowa potrafią wywołać we mnie poczucie wzruszenia, o które trudno, gdy słyszę, że ktoś śpiewa: boję się, że zobaczę się od wewnątrz i wystraszę się, i zatrzasnę się, boję się.

Na chwilę obecną moje serce bije szybciej na utworach Miasto Chopina, Lord, Apollo, Wracam oraz Zwyczajne cuda. Tę piątkę zapętlam najczęściej, bo w tej piątce znalazłam najwięcej siebie. Każdemu życzę tego, by natrafił w swoim życiu na artystów, którzy swoją twórczością właśnie takie odnajdywanie siebie umożliwią, bo to są właśnie te (nad)zwyczajne cuda.

Justyna Potasiak

Nieustannie zatopiona w planach kulturalno-wyjazdowych. Kulturę najchętniej pochłania w bezpośrednim kontakcie z twórcami, bo kontakt z żywym człowiekiem, z emocjami „tu i teraz” uważa za najwyższą wartość.

1 Komentarz
  1. Zarażona zostałam dawno. Znam kilka utworów, które dziś można określić jako „stare” – kiedyś potrafiłam ich słuchać w kółko przez kilka dni. I teraz słucham jak Sorry Boys śpiewa po polsku…i jakie to jest dla mnie fajne, to aż trudno mi wyrazić słowami… 🙂
    Dziękuję za ponowne zarażenie!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany