W kontrze czy w zgodzie? O adaptacji: “Tango” Mrożka

Mój pierwszy kontakt z Tangiem Mrożka miał miejsce na początku liceum,  jeszcze przed przeczytaniem książki. Wybraliśmy się z klasą do jednego ze szczecińskich teatrów. Pamiętam jak polonistka przed rozpoczęciem, przedstawiała tym bardziej zainteresowanym zarys fabuły, całą opowieść kończąc słowami: tylko to dość zawiłe, trudne do zrozumienia. I faktycznie, nic wówczas nie zrozumiałam, cała symbolika wydała mi się być bardzo niespójna i abstrakcyjna, a z teatru wyszłam wyjątkowo niezadowolona. Nic mi się wówczas nie podobało, a z całej sztuki zapamiętałam wyłącznie bardzo nieestetyczny widok męskich pośladków jednego z aktorów, występującego w bardzo skąpej bieliźnie. Ogólnie wszystko, co otaczało aktorów i stroje w których występowali, wydawały mi się stanowić klasyczny przerosty formy nad treścią. Wówczas byłam nieświadomym widzem i pozwalałam sobie tkwić w przekonaniu, że widocznie tak musiało być. Widocznie był to zabieg słuszny, a ja nie zrozumiałam niczego, bo jak tu zrozumieć treść sztuki, bez znajomości lektury? Dziś jednak wiem, że byłam w błędzie.

uid_8b1ce5846af54b79339255f623a353771350058641656_width_600_play_0_pos_0_gs_0
fot. Jan Bogacz / TVP

Dowiedziałam się o tym niedługo później, gdy natrafiłam na spektakl w reżyserii Jerzego Jarockiego, nagrany w 2012 roku dla Teatru Telewizji. Nadal przed przeczytaniem książki, z dużym dystansem podchodziłam do tego obrazu, decydując się na obejrzenie, właściwie głównie przez wzgląd na fantastyczną obsadę. Gniewkowska, Frycz, Englert, Wiśniewska, Małecki, Hycnar i Baar – zagęszczenie talentów na metr kwadratowy sceny, wprost niebywałe, trudno było się oprzeć. Nie spodziewałam się jednak, że gra aktorska, to jedynie jeden z wielu elementów, tworzących twór właściwie idealny – wyważoną, subtelną w przekazie, a co za tym idzie przyjemną i łatwą w odbiorze sztukę. Zagraną w sposób, który nie zaburzały proporcji, nic też nie rozpraszało niepotrzebnie mojej uwag. Scenografia prosta, stroje aktorów neutralne, charakterystyczne dla danych bohaterów, ale nie karykaturalne. Groteska z tekstu Mrożka została delikatnie stłumiona i nieco wyciszona – bez obaw jednak, wejście na poważniejsze tony, jest na tyle subtelne, że działa wyłącznie na korzyść. Postać Edka, mistrzowsko wykreowana przez Grzegorza Małeckiego, w końcu zyskuje cenny rys psychologiczny. Jarocki uczłowiecza tę postać, nie traktując go dosłownie jako pochodzącego z nizin społecznych gbura i pijaka, ale jako działającego w białych rękawiczkach, prostego, ale wyjątkowo przebiegłego i w tej przebiegłości – inteligentnego człowieka. Zabieg nadania bohaterom cech ludzkich, stosuje zresztą w przypadku każdej postaci. Stomil Jana Frycza na ten przykład jest już bardziej dwuznaczny niż u Mrożka, balansuje na cienkiej granicy między tragedią a groteską. Eleonora Gniewkowskiej natomiast nie tak wyraźnie jak u Mrożka przedstawia dramat zdewaluowanej w swej roli kobiety, na pierwszy plan wychodzą raczej jej uczucia matczyne oraz potrzeba bycia kochaną i zauważaną w związku. Pozwala to spojrzeć na tę postać z innej, nieco ciekawszej moim zdaniem strony i postawić ją za przykład osoby, której świat runął, bo to,  w co dotychczas wierzyła, zostało zachwiane przez troskę o syna, silniejszą niż wiara w idee Stomila.

uid_40628e11027ac77be2ae5e9d6f79a0dc1349785487417_width_600_play_0_pos_0_gs_0
fot. Jan Bogacz / TVP

Dziś dodatkowo, po kilkukrotnym przeczytaniu dzieła Mrożka, wiem, że jest to dokładnie to, co chcę widzieć. Wszystkie te obrazy, chcę mieć przed oczami każdorazowo w trakcie lektury, a przewracając kolejne kartki, od pierwszej chwili mam w głowie głosy i sylwetki aktorów z adaptacji Jarockiego. Kreacje aktorskie są  tu bowiem bardzo dobrze przemyślane, oddają intencje i idee, odpowiadające danemu bohaterowi, w mig dające możliwość rozpoznania, kolokwialnie mówiąc, kto jest za czym oraz jaki rodzaj relacji łączy poszczególne postaci. To wszystko odpowiada mojej potrzebie scenicznego minimalizmu oraz wierności oryginałowi w najistotniejszych kwestiach – zwłaszcza tak wspaniałemu oryginałowi, jak tekst Mrożka – współgrającej harmonijnie z wizją artysty-reżysera. Po dziś dzień jest to bowiem moja najmilej wspominana lektura szkolna. Takie rozwiązanie zadowoli każdego, kto potrzebuje zrozumienia tekstu i dużego skupienia na emocjach poszczególnych postaci, które Jarocki – choć stworzył z nich spójną całość – potraktował bardzo indywidualnie. Na tyle, by widz mógł swobodnie poruszać się, pomiędzy intencjami i uczuciami każdego z bohaterów, obserwując dramaty wewnętrzne każdego z nich.

Sztuka Jarockiego nadal wystawiana jest na deskach warszawskiego Teatru Narodowego, a tekst dzieła Sławomira z roku na rok, nie tylko nie traci na aktualności, ale wręcz zyskuje coraz większą siłę przekazu. I tę siłę przekazu oraz współczesność połączoną z wiernością literackiemu pierwowzorowi Tango z Narodowego niezmiennie zachowuje.

fot. Michał Englert
fot. Michał Englert

Przewrotnie dopiero kilka lat później obejrzałam Tango w reżyserii Macieja Englerta z 1997, również nagrane dla Teatru Telewizji. I tym razem reżyser nie zdecydował się na ingerowanie w tekst Mrożka, wiernie oddając dialogi postaci i relacje, jakie ich łączyły. Zatem w moim odczuciu jest to również zdecydowanie udana adaptacja, obejrzana przeze mnie z ogromną przyjemnością, pozwalająca na poczucie spójności obrazu z dobrze mi już znanym tekstem. Danuta Szaflarska w swojej kreacji zdziecinniałej babci Eugenii, skradła moje serce najbardziej i jako jedyna mogła z powodzeniem konkurować, z uwielbianą przeze mnie Eugenią Ewy Wiśniewskiej. Pod względem wizualnym Tango Englerta osadzone zostało dość jednoznacznie w określonych realiach przestrzennych i przez to –  w moim odczuciu – po 19 latach, które minęły od premiery, czuć już tu ten brak aktualności. Przyzwyczajona do uniwersalizmu i minimalizmu u Jarockiego, tu znacznie trudniej jest mi się odnaleźć, w tej dość obfitej w umeblowanie scenografii, bardziej filmowej niż – jak to było u Jarockiego – teatralnej. Jest to jednak czysto subiektywna uwaga, w żaden sposób nie mająca wpływu na ogólny obraz naprawdę udanej adaptacji Englerta, a obydwa spektakle funkcjonują w absolutnej zgodzie z dziełem Mrożka i stanowią idealną propozycję dla każdego, kto szuka obrazu, dopełniającego słowo pisane.

Justyna Potasiak

Nieustannie zatopiona w planach kulturalno-wyjazdowych. Kulturę najchętniej pochłania w bezpośrednim kontakcie z twórcami, bo kontakt z żywym człowiekiem, z emocjami „tu i teraz” uważa za najwyższą wartość.

1 Komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany