To dobry czas, żeby zwolnić

Pobudka maksymalnie o 8.30. I to zazwyczaj w weekendy – w ciągu tygodnia budzik dzwoni wcześniej; ciężko pozwolić sobie na rozpustę w postaci długiego wylegiwania się w łóżku. Każdy dzień to trochę wyścig z czasem – jak nie zajęcia na uczelni, to inne obowiązki: jedno radio, drugie radio, w międzyczasie trzeba przygotować audycję, wysłać dziesiątki maili do różnych instytucji, wywiązać się ze zobowiązań dotyczących pracy. Co wieczór kładę się z przekonaniem, że doba powinna trwać co najmniej trzydzieści godzin.

Kartki w kalendarzu zazwyczaj zapełnione są na miesiąc w przód. Staram się wypełnić maksymalnie każdy dzień – w końcu nie od dziś wiadomo, że im mniej czasu człowiek ma, tym więcej rzeczy jest w stanie w nim zrobić. Nie lubię mieć wolnych przebiegów. Mając mniej czasu dla siebie, bardziej go doceniam.

Po każdym pracowitym okresie dopada mnie w końcu Ten Dzień (okres ten trwa zawsze trochę krócej wiosną i jesienią). Dzień, w którym wszystkie funkcje życiowe są utrudnione. Zatkany noc, obolałe gardło, przeszywająca migrena, duszący kaszel. Lekarski werdykt – to niewątpliwie choroba.

Przepisuję pani wagon paskudnych leków i nie pozwalam ruszać się z łóżka przez następnych kilka dni.

– Ale… Uczelnia, koncerty, spotkania… Nie mogę nawet na chwilę?

– Jeśli marzy pani o zapaleniu płuc, droga wolna.

Przyznaję się bez bicia: mam jeden zasadniczy problem. Nie potrafię funkcjonować inaczej, niż w biegu. Za dzieciaka chyba każdy lubił chorować – było to równoznaczne z niechodzeniem do szkoły, leżeniem całymi dniami w łóżku i czytaniem książek lub oglądaniem bajek w telewizji. Było miło. Jednak z każdym rokiem najmniejsze nawet przeziębienie, które każe mi siedzieć przez kilka dni w domu, denerwuje mnie coraz bardziej.

felieton-jutro

Znajomi pocieszają jak mogą: przecież mam w końcu czas, by posłuchać wszystkich płyt, obejrzeć wszystkie filmy i przeczytać wszystkie książki, które z tygodnia na tydzień odkładam na półkę, bo wciąż brakuje mi na nie czasu. Mogę leżeć w dresie pod kocem i brać współlokatorkę na litość, prosząc ją skrzypiącym od chrypki głosem o kolejną herbatę. Nie muszę wyglądać, nie muszę się spieszyć, mogę spać ile tylko mi się zamarzy.

Do pewnego momentu zawsze oponuję. Wydaje mi się, że dopóki nie mam gorączki, nawet bez głosu dam radę zawojować świat. Jednak po kolejnej nieprzespanej przez kaszel nocy pasuję. Smutno mi, że jest weekend, za oknem wreszcie pojawiło się słońce, a ja jestem uziemiona. Smutno mi, że nie spotkam się ze znajomymi, że nie pójdę na długo wyczekiwany koncert Smolika i Keva Foxa, że nie będę w stanie poprowadzić najbliższej audycji w radio.

Smutno mi, że nie potrafię odpoczywać.

felieton-jutro2

Postanowiłam być jednak dzielna. Skompletowałam wszystkie zaległe dobra kultury – filmy, płyty i książki. Wyciągnęłam z szafy ulubiony koc.

Uzbroiłam się w szczerą nadzieję, że ten zestaw pomoże mi nauczyć się czasami zwolnić.

Magda Futyma

Trochę przeraża ją bezczynność. Autostopowiczka, fanka gór i długich poranków.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany