Arkadiusz Jakubik w rozmowie o „Prostej historii o morderstwie”

Nowy film Arkadiusza Jakubika – Prosta historia o morderstwie – jest obecnie wyświetlany w kinach. Aktor, znany m.in. z Drogówki oraz Wołynia, a także ról teatralnych, zadebiutował za kamerą dziełem Prosta historia o miłości. O swoich zmaganiach z karierą reżyserską i o bogatej symbolice swojego nowego obrazu, Arkadiusz Jakubik opowiedział mi przy okazji pokazu podczas festiwalu Tofifest 2016 w Toruniu.

Kajetan Wyrzykowski: Pozwolę sobie zacząć od tematu, który zapewne krąży wokół dyskusji o Prostej historii o morderstwie, czyli czynnikach łączących Pana film z Wojtkiem Smarzowskim. Oglądając ten film, odniosłem wrażenie, że niewiele takich spoiw można znaleźć – Pan rozumie obraz, budowanie narracji w sposób zupełnie odmienny. Czy były zatem jakieś inspiracje czerpane z jego filmów? A może chciał się Pan odciąć od podobnych skojarzeń?

Arkadiusz Jakubik: Chciałem się zdecydowanie i całkowicie odciąć. To znaczy – znam parę filmów wspomnianego reżysera…

KW: Nawet w niektórych się Pan pojawił (śmiech)…

AJ: Nawet w niektórych występowałem. I stając po drugiej stronie kamery, podczas realizacji Prostej historii o morderstwie, doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że próba wejścia w filmowe buty Smarzowskiego skończy się twórczym samobójstwem. Najgorsze byłoby bowiem kopiowanie, ściąganie z tego bardzo charakterystycznego, wypracowanego przez lata stylu Wojtka, jego języka narracyjnego. Tak jak obserwujemy jego kolejne obrazy, one się zmieniają, w pewien sposób ewoluują.

Na samym początku ustaliłem z moim operatorem, że dla mnie Prosta historia o morderstwie jest głównie dramatem obyczajowym. Procentowo, retrospekcje zajmują największą część metrażu. Dlatego też zależało nam na długich ujęciach, statycznych kadrach, po to, żeby takim chłodnym okiem obserwatora podpatrywać te toksyczne relacje rodzinne. A ponieważ ja bardzo lubię w kinie nielinearne, niechronologicznie opowiadane historie, stąd postanowienie, że te dwie warstwy – obyczajowa, społecznie zaangażowana oraz kryminalna, bowiem ten dramat ubrany jest w garnitur kryminału – muszą być jakoś formalnie oddzielone.

I żeby widzowi pomóc, również w sposobie pracy kamery, te dwie warstwy był naprzemiennie montowane, przenikające się nawzajem tak, by można je było odróżnić. Nie ma bowiem żadnych dat, żadnych miejsc, zatem czujność widza była dla nas kluczowa. A z mojej strony musiałem dać jak najwięcej przynęt, pewnych podpowiedzi, informacji, które pomogą widzowi w znalezieniu właściwego wektora. Stąd pomysł, żeby kamera była rwana, szarpana, z ręki, nerwowa i emocjonalna, właśnie w tej części kryminalnej. Ale to oczywiście nie jest pomysł ściągnięty od Smarzowskiego.

KW: W taki sposób kręciło już wielu przed nim.

AJ: Wiadomo, generalnie wszystko już było. Ale tę świadomość, by akurat jego stylu nie kopiować miałem cały czas z tyłu głowy.

z19978256q-wolyn-rez-wojciech-smarzowski
Źródło: Filmweb.pl

KW: Jest zatem pewien podział, widoczny w Prostej historii o morderstwie, te dwie narracje biegnące równocześnie. Z mojego punktu widzenia, wspólnym mianownikiem dla tych dwóch warstw, była przemiana głównego bohatera. Począwszy od zarysu protagonisty jako zbawcy, który stawia sobie za cel poukładanie życia swojej rodziny, jego obraz się zmienia. Ostatecznie, czy to była Pana idea – by w pewien sposób obalić mit takiego człowieka, który wierzy w swoją zdolność pomocy?

AJ: To jest stary jak świat archetyp – chociażby mit tebański mówiący o tym, że istnieje fatum i przez nie synowie zamieniają się w swoich ojców. Jestem przekonany, że Jacek ma pełną świadomość zagrożenia, które niesie w swoim DNA. Przez długi czas, pisząc z Grzegorzem Stefańskim oraz Igorem Brejdygantem scenariusz do tego filmu, miałem takie kluczowe zdanie, tzw. longline. To zawsze brzmi nieco banalnie i infantylnie, ponieważ jak można w jednym zdaniu opowiedzieć, o czym jest film? Lars Von Trier kiedyś powiedział, że film jest dążeniem do rzeczywistości, o której całe życie się marzy. I jeśli nazwiemy to słowem, to pojawia się pytanie – po co robić o tym film?

KW: Wystarczy to po prostu je wypowiedzieć?

AJ: Tak, wystarczy to zwyczajnie wyartykułować. Ale wracając do tego longline’a, na początku brzmiał on następująco: napiętnowany przemocą domową syn zamienia się w ojca bandytę. To jedno zdanie zaczęło mnie jednak gdzieś uwierać, ponieważ nie wyobrażałem sobie historii o tak wąskiej tematyce. Zacząłem zatem wymyślać kolejne, przeciwstawne longline’y. Gdyż w chwili spojrzenia na tę historię z boku, to paradoksalnie, przyjmując pozycję adwokata diabła, ten szlachetny człowiek, o którym Pan mówi, chce uratować swoją rodzinę i przerwać ten zaklęty krąg zła, ale tak naprawdę to może on jest winien istnienia tego kręgu?

KW: Też tak odebrałem postać Jacka.

AJ: I może gdyby nie starał się zmieniać tego status quo, to nie doszłoby do tragedii, którą widzimy. Czy po tym wszystkim, ten ciężar, który dźwiga, pozwoli mu zbudować normalną rodzinę, normalnie żyć? Czy może ten krąg zła będzie dalej istniał i promieniował?

Ale podkreślam – film jest od tego, by widza zmusić do myślenia, zadać mu pytania, na które on sam powinien szukać odpowiedzi. Każdy widz musi sobie to przefiltrować przez własną wrażliwość i własne doświadczenia. Śmiem twierdzić, że ten problem dotyka wielu polskich rodzin. Po pierwszych pokazach Prostej historii o morderstwie, przychodziło do mnie wiele osób – i sami mówili o tym, że to znają, albo mieli to wypisane w swoich oczach. Niewiele jest takich sytuacji, gdy  ktoś ma odwagę powiedzieć: To moja historia – to moja rodzina i to ja byłem byłem jednym z elementów takiej toksycznej układanki. Myślę, że ten film może trafić do dużej liczby osób.

arkadiusz-jakubik2
Źródło: Filmweb.pl

KW: Będąc już przy wątku głównego bohatera, nie daje Pan tego poczucia katharsis z nim związanego. To ciekawe odczucie, że ten raptowny koniec, ten niedosyt, ma akompaniament w postaci nieco sielankowej sceny – szczęścia, które chociaż jest widoczne, nie jest w zasięgu ręki bohaterów.

AJ: Uściślając – mówimy o scenie z samochodzikami?

KW: Dokładnie.

AJ: Ta krótka scena z samochodzikami została oddzielona czernią. W przedostatniej scenie nasi bohaterowie idą przed siebie i każdy z widzów sam powinien dorobić dalszy ciąg historii – czy ułożą sobie życie czy może wręcz przeciwnie, nawzajem się zniszczą, nie radząc sobie z tym piętnem. Te samochodziki są dla mnie bardzo metaforyczne, utrzymane w pewnym onirycznym klimacie, pokazane w zwolnionym tempie. Symbolizują wolne elektrony, odbijają się od siebie, szukają własnych ścieżek i obrazują to pytanie: Co będzie dalej? Uda im się czy nie?

Widza traktuję jako inteligentnego kumpla, którego zapraszam na film, który sam chciałbym zobaczyć. Stawiam na jego wrażliwość, na jego interpretację. Nie chciałem dawać gotowej odpowiedzi, gdyż takim katharsis byłaby pewnie scena, gdzie woda występuje z rzeki i zalewa całe miasteczko. Ten wątek powodzi jest prowadzony i można sobie wyobrazić, że zaraz to miasto stanie w wodzie. Pamiętam obraz z 1997 z Wrocławia i to mogłoby być takim wręcz biblijnym, antycznym katharsis. Ale to by było zbyt dosłowne.

KW: Pragnę też zapytać o rolę muzyki. Wspominał Pan o tym podziale, który jest obecny w filmie. Przy wątku kryminalnym muzyka była pulsująca, wibrująca, dzięki niej czułem niepokój. Jak zatem wyglądała współpraca z kompozytorem?

AJ: Bartosz Chajdecki, autor muzyki do Prostej historii o morderstwie, jest wybitnym kompozytorem. To bardzo doświadczony muzyk, ale specjalizuje się przede wszystkim w innym gatunku muzyki filmowej, wystarczy posłuchać chociażby Chce się żyć lub Bogów. Ma łatwość w pisaniu tematów lirycznych, pisanych na fortepian. Ale to, co poczytuje sobie za swój sukces, to przekonanie Bartka do tego, by się całkowicie otworzył, spróbował zbadania obszarów, których nigdy wcześniej nie eksplorował.

Kupił sobie nawet stary sprzęt, samplery, cały zestaw! Pokazywał mi zdjęcia klawiszy, dziwnych urządzeń, których nie potrafił na początku obsługiwać (śmiech). Szukał na YouTube lekcji, które pomogłyby w zrozumieniu znaczenia tych wszystkich pokrętełek, przycisków i gałek. Bardzo go to ucieszyło, ten właśnie kierunek tematów muzycznych. To było jego główne zadanie – by te dwa światy był podświadomie zasygnalizowane widzowi również poprzez ścieżkę.

Ponadto, ja uwielbiam muzykę w kinie. Dzieła Clifta Mansella, Cliffa Martineza – ich ścieżki nie są dosłowne, idą w kontrze do obrazu, dodając tym samym pewną wartość. W Prostej historii o morderstwie miałem bardzo sprecyzowaną wizję muzyki.

30468361306_d632a0cd23_h
Zdjęcie z archiwum festiwalu Tofifest

KW: A czy nie obawiał się Pan, że obecna popularność Wołynia, w którym gra Pan jedną z głównych ról, nie będzie zagrożeniem dla Prostej historii o morderstwie? Że ciężko będzie udowodnić widzom, że Arkadiusz Jakubik to człowiek o innej wrażliwości, że ma swój własny język filmowy?

AJ: Nie jestem rzemieślnikiem, który dostaje scenariusz, realizuje go, zarabia na tym i może sobie to dodać jako kolejną pozycję w reżyserskim CV. Dla mnie to musi być historia, którą muszę przepracować i przemyśleć. Nie zajmuję się liczbami, tym ile osób przyjdzie do kina – wtedy robiłbym komedie romantyczne, albo głupawe filmy z celebrytami z telewizji. To mnie kompletnie nie interesuje.

Do filmu muszę mieć emocjonalny stosunek. Poza tym wiek robi swoje – nad Prostą historią o morderstwie pracowałem 5 lat, nad moim debiutem reżyserskim, czyli Prostą historią o miłości – 4 lata. Chciałbym mieć takich lat aktywności twórczej jeszcze dużo, ale nie mam czasu na rzeczy błahe, szkoda mi marnować swoją energię.

Co do Wojtka – podobnie rozumiemy kino, o podobnych tematach mówimy. Prosta historia o morderstwie to film o tym kim jest człowiek, relacjach w tej najmniejszej komórce, ale także o genezie zła – dlaczego kłamiemy, żeby to zło ukryć i jakim prawem na kłamstwie budujemy fundamenty rodziny? Chociażby teodycja, gałąź teologii, próbuje wyjaśnić paradoks istnienia dobrego absolutu, Boga – jak zwał, tak zwał – z współistniejącym złem na świecie. Interesują mnie takie poważne tematy i o nich chciałbym opowiadać.

KW: A czy w takim razie coś się już klaruje na przyszłość?

AJ: Mam pomysł i nie powiem jaki (śmiech). Reżyseria jest jak zaraza, jak wirus  – bynajmniej nie chodzi o to, że można poszpanować, że aktor został reżyserem. Tu chodzi o możliwość kreowania świata, od momentu przelania słów na papier w scenariuszu, powolne nasycanie tego świata emocjami, relacjami, bohaterami, a potem jego konstrukcja na planie filmowym – niebywałe uczucie. A jednak aktorstwo funkcjonuje na zupełnie innej płaszczyźnie, to inna planeta. Aktorstwo to emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Tam jest mało miejsca na kreację – aktor jest trybikiem w wielkiej filmowej machinie. I cenię sobie to, że mogę pomiędzy tymi planetami podróżować – nie chcę żadnej z nich opuszczać. Tylko żeby polecieć na planetę reżyserii potrzeba wielu lat. Jestem ponadto zabobonny i bywało tak, że za dużo mówiłem na prawo i lewo, że coś dojdzie do skutku. Jak są umowy podpisane,w wtedy możemy działać. Już mam kilka pomysłów, ale nigdy nie wiadomo, z którego powstanie dobry scenariusz. Napisanie dobrego scenariusza jest początkiem i końcem filmowej rozmowy. Ja zawsze będę pisał scenariusze z kimś, żeby zestawiać swoje opinie, pokłócić się, poawanturować. To są dwa, trzy lata pracy. Jak się ponoć mówi w Stanach: Z dobrego scenariusza może powstać dobry film, ze złego nigdy.

KW: Bardzo dziękuję za tę rozmowę. To był zaszczyt Pana poznać.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany