Wszędzie dobrze, ale gdzie najlepiej?

Zawsze z ciekawością słuchałam historii moich rodziców z czasów ich studiów. Trochę im zazdrościłam; wyobrażałam go sobie jako niesamowicie zabawny czas. Chciałam spędzić go podobnie, by w przyszłości na samo wspomnienie uczelni uśmiech pojawiał mi się na twarzy. Dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, że minione trzy lata studiów – moich studiów – były przecież tak bogate w różne doświadczenia, że z powodzeniem mogłabym już w tym momencie napisać o tym książkę.

Większość migawek, które pojawiają się w mojej głowie na hasło studia to mieszkanie, które wynajmowałam przez pierwsze trzy lata. Trafiłam na nie całkowicie przypadkiem. Całkowicie przypadkiem też zostałam w nim na dłużej. Na pierwszy rzut oka nie było wyjątkowym miejscem – dwa dwuosobowe pokoje, przestrzenna kuchnia z dużym stołem. Niektóre ściany cichutko prosiły o remont, jednak jak na studenckie standardy było w porządku.

Pierwszy rok to dla mnie rok gier planszowych. W okresie jesienno-zimowym spędzałyśmy ze współlokatorkami całe wieczory przy stole w kuchni, pijąc grzane wino i grając do późnych godzin w Carcassonne i Scrabble. Jako, że drzwi do naszego mieszkania niemal nigdy nie były zamykane na klucz, średnio raz dziennie w przedpokoju pojawiał się ktoś znajomy; nierzadko bez zapowiedzi. Swoje kroki w pierwszej kolejności kierował zawsze do kuchni, by nastawić sobie wodę na herbatę. Często więc przy stole było nas więcej niż posiadałyśmy w mieszkaniu krzeseł.

20150130_220449

img_0547

Absolutnym hitem była pora obiadowa – zdarzało się, że pojawiało się wtedy w mieszkaniu tyle osób, że gotowaliśmy makaron w trzech garnkach, a później jedliśmy go siedząc na blacie kuchennym czy na podłodze; wszędzie, gdzie znalazła się wolna przestrzeń.

Drugi rok to głównie długie rozmowy. Zarówno między nami – współlokatorami, jak i naszymi gośćmi; z Polski i zza granicy. Przyjmowałyśmy wtedy wielu couchsurferów, nawiązałyśmy mnóstwo międzynarodowych przyjaźni.

Trzeci rok to eksperymenty kuchenne i wiosenne wieczory spędzane wspólnie na balkonie. Także wspólne śniadania – właśnie wtedy w godzinach porannych odwiedziła nas rekordowa liczba znajomych. Każdy przynosił składniki, które mogły przydać się przy gotowaniu, parzyliśmy wielki dzbanek kawy, włączaliśmy radio i świętowaliśmy. Zazwyczaj nic szczególnego – po prostu fakt, że możemy spędzić razem czas.

Z rozrzewnieniem wspominam moje pierwsze – i ostatnie jak do tej pory – mieszkanie. Chociaż fizycznie nie było idealne, stało się epicentrum spotkań towarzyskich. Wszystkie ważne rozmowy, ciekawe spotkania i świetne imprezy odbyły się właśnie w nim. Dlatego musiałam (a właściwie dalej muszę) się mocno tłumaczyć znajomym, kiedy w czerwcu postanowiłam, że nie chcę tam już dłużej mieszkać. Ale jak to? Taka lokalizacja, taka cena, a przede wszystkim – TAKIE miejsce! Ono ma już swoją własną historię, nosi w sobie setki naszych historii. Wobec tego czemu nie chcę mieć już z nim więcej do czynienia?

img_0062

Powodów było kilka. Mimo całej swojej cudowności, zwyczajnie mi się znudziło. Przestało mnie cieszyć wracanie po ciężkim dniu do tego samego miejsca, co zawsze i chyba nie wytrzymałabym robienia tego czwarty rok. Zaczęło mnie nudzić, że wiem o nim wszystko; znam jego układ i każdą rysę na podłodze na pamięć. Nie miałam już ochoty robić zakupów w tych samych sklepach i codziennie mijać na schodach tych samych sąsiadów. Strefa komfortu, w której żyłam przez ostatnie trzy lata, najzwyczajniej w świecie zaczęła mi ciążyć. Przestała być komfortowa.

Kiedy przed studiami koleżanka, z którą chciałam wynająć mieszkanie zasugerowała, że może jednak zdecydowałybyśmy się na akademik, wyraziłam niechęć. Jedna łazienka na dziesięć osób? Wspólna kuchnia na całe piętro? Ograniczona prywatność i ciągłe imprezy za ścianą? To zdecydowanie nie dla mnie. Powtarzałam to przez trzy lata studiów. A później złożyłam wniosek o akademik.

Jutro minie miesiąc od kiedy tu mieszkam. Z zaskoczeniem muszę przyznać, że czuję się lepiej, niż się spodziewałam. Nagle okazało się, że w łazience wcale nie ma kolejek, a kuchnia jest idealnym miejscem do poznawania ludzi. Wystarczy pójść do niej pod pretekstem zrobienia obiadu – za każdym razem wychodzi się z nowym znajomym z piętra. Bardzo zwracam uwagę i doceniam drobne rzeczy jak to, że – zgodnie z tradycją – gdy mija się w kuchni lub na korytarzu kogoś z jedzeniem, życzy się mu smacznego. Podoba mi się, że gdy potrzebuję kleju montażowego, by móc naprawić sobie buta, wystarczy zapukać do pokoju z naprzeciwka. Nie jest powiedziane, że sąsiedzi ów klej będą posiadać, jednak często w zamian zaproszą na herbatę czy piwo. Nie istnieje tu coś takiego jak samotność. A gdy zdarzy jej się pojawić, trzeba wyjść na korytarz. Tam na pewno spotka się kogoś, kto będzie miał ochotę spędzić wspólnie czas.

Gdybym zamieszkała w akademiku na pierwszym roku, myślę, że nie czułabym się w nim tak dobrze jak teraz. Denerwowałyby mnie wszechobecne dźwięki, brak świętego spokoju i brak piekarnika. Jestem jednak szczęśliwa, że w odpowiednim momencie zamknęłam usta mojej strefie komfortu; jeszcze zanim zaczęła narzekać, że życie w akademiku to nie to samo co w mieszkaniu. Miałaby całkowitą rację. Ale czy inne musi oznaczać gorsze?

20141018_102626

Wszystkie zdjęcia pochodzą z galerii prywatnej autorki.

Magda Futyma

Trochę przeraża ją bezczynność. Autostopowiczka, fanka gór i długich poranków.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany