Człowiek, którego podziwiam: Dorota Jarema

Zimowy wieczór w 2006 roku, ja, 14-letnie wtedy dziecko, spędzałam ferie pod Łodzią u znajomej. Dawno leżałam w łóżku,  kiedy ona siłą wręcz zaczęła mnie z niego wyciągać, krzycząc: Muszę Ci coś pokazać! Wytoczyłam się z łóżka, usiadłam przed telewizorem i pierwszy raz usłyszałam piosenkę Niech mówią, że to nie jest miłość. Oglądałyśmy teledysk, przy pianinie prócz solistów Olgi Szomańskiej i Przemka Brannego, „chórek”, a wśród niego kobieta, która od razu wydała mi się znajoma, choć kompletnie nie mogłam skojarzyć dlaczego. Na płycie były jeszcze dwie piosenki, wśród nich duet Ludzie to Adam i Ewa. Usłyszałam głos solistki i znowu to uczucie, że skądś go znam. Po powrocie do Łodzi sprawdziłam, że kobieta z teledysku i z duetu to ta sama osoba – Dorota Jarema (wtedy jeszcze Marczyk). I tak właśnie zaczęła się jedna z najpiękniejszych i najważniejszych znajomości, a z czasem przyjaźni w moim życiu – jak widzicie  dość banalnie.

Przygoda z Tryptykiem Świętokrzyskim Rubika i Książka, którego Dorota była solistką pochłonęła mnie na dobre. Koncerty, kolejne płyty, fora internetowe, a wszystko to, tak naprawdę, z powodu jednego głosu i tego ciągłego poczucia bliskości i znajomości. Zachwyt nad artystką nie malał, a ja szukałam sposobu by wydarte gdzieś w tłumie autografy zamienić na chwilę rozmowy i uścisk dłoni.

Marzenie spełniło się w 2008 roku. Dorota miała dać koncert w Łodzi, przez forum skontaktowałam się z jej manager upragnione spotkanie doszło do skutku. Jak przez mgłę pamiętam co się działo. Denerwowałam się jak nigdy, ale kto by się nie denerwował, stojąc przed spełnionym marzeniem i wspaniałą, podziwianą osobą? Tego samego roku moja mama wraz z Dorotą i jej manager zorganizowały dla mnie niespodziankę, którą zapamiętam na długo. Pod pretekstem odwiedzin u rodziny pojechaliśmy z moją 6-tygodniową siostrą (kiedy teraz o tym myślę, to było totalne szaleństwo) do Warszawy, gdzie spędziliśmy cały dzień na turnieju golfa, podczas którego Dorota występowała. Nie wiedziałam nic do ostatniej chwili. Możecie wyobrazić sobie moją radość, ale i zdziwienie, że ktoś wydawać by się mogło zupełnie obcy zadał sobie tyle trudu, by sprawdzić mi taką przyjemność.

full-1
fot. Szymon Brodziak

W tym samym roku premierę miała druga solowa płyta Doroty – SONI. I tak zaczęła się intensywna podróż po Polsce: Warszawa, Wrocław, Jelenia Góra… Do dziś dziwię się mojej mamie, która bez żadnych oporów puszczała swoje 16-letnie dziecko, tylko w towarzystwie przyjaciółki (o rok młodszej!) w tę pogoń za marzeniami. Wszystkie te kolejne wydarzenia, maile, koncerty, spotkania (również całkiem prywatne) sprawiły, że uwierzyłam w siebie. Mnie, zamkniętej w swoim łódzkim, bardzo hermetycznym świecie dziewczynie, trudno było uwierzyć, że ktoś z „innego świata” ma ochotę poświęcić swój czas dla mnie. Mijały kolejne miesiące, koncertów było coraz mniej, okazji do spotkań również, ale zachwyt artystką i zwykła, ludzka potrzeba kontaktu nie zmniejszały się absolutnie.

Dorota to artystka niezwykła. Obdarzona niskim, pięknym głosem, nazywana przez wielu najbardziej czarną polską wokalistką. Swobodnie porusza się w wielu stylach muzycznych. Ma na swoim koncie dwie solowe płyty: Sekret (1997) i SONI (2008), udział we wspomnianym już przeze mnie Tryptyku Świętokrzyskim, współpracę m.in. z Kabaretem Olgi Lipińskiej i jazzowym zespołem Walk Away. Ja jej głos doskonale pamiętam z dzieciństwa, z ulubionego Króla Lwa. Za nagranie wokalu do polskiej wersji filmu Hercules, otrzymała specjalny list gratulacyjny od firmy Disney Character Voices International, Inc. – za najlepszą wersję obcojęzyczną w Europie. Od 2014 występuję w spektaklu muzycznym Wanna Archimedesa (muz. Krystyna Kwiatkowska, reż. Flip Jaślar) w warszawskim Teatrze Rampa. Obecnie wraz z Gabrielą von Seltmann, Kamillą Baar-Kochńską, Pawłem Szamburskim , Patrykiem Zakrockim i Beniaminem Bukowskim współpracuje przy spektaklu Żar-Ptak z tekstami Zuzanny Ginczanki, współtworząc muzykę i śpiewając. To oczywiście tylko kropla w całym dorobku artystycznym Doroty. Wiem jednak, i mogę Wam to obiecać, że Dorota nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, a kolejny krok, który zrobi będzie krokiem milowym.

grafika: Klaudia Dopierała
grafika: Klaudia Dopierała

Wszystkie te rozmowy i całe to zainteresowanie, tworzyło przez te lata niezwykłą więź, która zaprocentowała na całe moje życie. Teraz po latach, gdy siedzimy razem przy kawie, słyszę od Doroty, że to zawsze działało w obie strony, to czasem trudno uwi14794053_1563051223720637_672050014_nerzyć, że ten jeden moment, wtedy zimą, przyniósł nam obu piękną przyjaźń, z której obie jesteśmy bardzo dumne. Połączyła nas jakaś kosmiczna siła, śmiejemy się, że tak musiało być i już. Zwyczajnie rozumiemy się bez słów, a ja czuję, że znalazłam w Dorocie bratnią duszę i wsparcie w każdej sytuacji.

Kiedy dzisiaj o tym myślę, nie wiem jak wyglądało by te ostatnie 10 lat, gdyby nie ten pamiętny zimowy wieczór. Gdzie bym była, co robiła i czy kiedykolwiek poznałabym Dorotę? Być może nigdy nie odważyłabym się na wiele rzeczy, takich jak np. przeprowadzka do Warszawy i nie dałabym sobie szansy na te piękne historie, które mnie tu wciąż spotykają. Dziękowałam już wiele razy, ale tutaj podziękuję jeszcze raz – wszystkim, którzy mnie w tym moim szaleństwie wspierali i Dorocie, za to, że otworzyła się na mnie i tę moją (w sumie kilka lat temu) natrętność, i że dzięki temu mogę mieć blisko siebie kobietę , którą podziwiam, i która jest dla mnie ogromnym autorytetem.

I niech to trwa.

Justyna Kowalska

Miała być aktorką, ale okazało się, że zdecydowanie woli stać za sceną niż na niej. Marzycielka. Włóczykij.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany