Zimna miłość na końcu świata

Fala fascynacji przyszła do mnie zeszłorocznej wiosny. Zaczęłam o niej czytać, oglądać zdjęcia, a z czasem się niecierpliwić. Kiedy ją w końcu poznam? Czy się polubimy? A jeśli okaże się zbyt chłodna z charakteru? Słyszałam, że lubi taka być. Bezpośrednia i dosyć oschła, jednak jednocześnie tak czarująca, że każdy, kto zobaczy ją choć raz, nie może doczekać się kolejnego spotkania. Wszystkie opinie, z jakimi się spotkałam, miały dokładnie taki sam wydźwięk: niesamowita. Przepiękna. Imponująca. Potrafi rozkochać w sobie największego twardziela. Budzi respekt, a po pierwszym tête-à-tête z nią nic nie jest już takie samo. Zostaje w głowie na zawsze. Niby wierzyłam w te słowa, lecz jednocześnie starałam się trzymać dystans. Nikt w końcu nie obiecał, że przypadniemy sobie do gustu. Co więcej, nie jestem typem melancholijnej marzycielki-romantyczki, dlatego uduchowione peany na jej cześć nieco mnie drażniły. Dochodziła do tego obawa, że te wszystkie fantastyczne zdjęcia ukazujące jej niebywałą urodę są podrasowane dobrze każdemu znanym programem graficznym. W końcu, na początku września zeszłego roku, zdecydowałam – czas się poznać. Znalazłam tanie bilety na koniec października; wylot dokładnie tydzień po moich urodzinach. Czy to nie idealny prezent dla siebie samej? I poleciałam spotkać się z moją idolką.

Z Islandią.

dscf5003

Szybko przekonałam się, że żaden z mdłych i egzaltowanych artykułów znalezionych w Internecie nie był przerysowany. Ciężko przychodzi mi opisanie tego, co czuję, gdy myślę o Islandii, jednak odważę się napisać: zdjęcia nie odzwierciedlają tego, jaka jest. W rzeczywistości każdy obraz zatrzymany w klatce aparatu jest gorszy. Brzydszy. Nawet mimo tego, że zdaje się zapierać dech w piersiach. Sama nie wiem jak to możliwe, jednak Islandia jest o wiele, wiele piękniejsza na żywo. Trudno to wytłumaczyć, a jeszcze trudniej udowodnić.

Pierwsza rzecz, na jaką zwróciłam uwagę po wyjściu z samolotu to zapach powietrza. Było zimne i bardzo gęste; tak, że chciało się mimowolnie brać jak najgłębsze oddechy. Z każdym dniem pobytu na wyspie pachniało czymś nowym. Dzisiaj w moich wspomnieniach ostateczny zapach Islandii to mróz, siarka i owcza wełna.

_dsc0161

Nie bez powodu Islandia nazywana jest wyspą lodu i ognia. Odnoszę wrażenie, że w tym kraju skumulowały się wszystkie najpiękniejsze zjawiska, jakie mogą występować w przyrodzie. Lodowce i wulkany, gejzery i ziemia skrzypiąca od mrozu. Równie wielkimi kontrastami potrafi zaskoczyć pogoda. Przed wyjazdem natknęłam się na powiedzenie: Jeśli nie podoba ci się islandzka aura, poczekaj pięć minut. Potraktowałam je z dozą dystansu; jasne, pogoda może być zmienna i kapryśna, jednak pięć minut to chyba przesada. Jak się okazało, ani trochę. Podczas przemierzania islandzkich dróg i bezdroży niejednokrotnie zdarzały nam się sytuacje, że pogoda była piękna, temperatura całkiem wysoka, a słońce świeciło jak szalone. Pół kilometra dalej niebo zaciągało się czarnymi chmurami i… zaczynał sypać gęsty śnieg.

_dsc0120

_dsc0317
gejzer Strokkur

_dsc0457

dscf4904

Islandia czaruje przestrzeniami. Krajobraz zmienia się tu dosłownie co kilkaset metrów. Na płaskim pustkowiu wyrasta nagle wulkan, a tuż za nim pojawiają się góry, by chwilę później ustąpić miejsca wodospadowi. Właściwie nie trzeba mieć planu zwiedzania. Wystarczy jechać przed siebie, od czasu do czasu skręcając w losowo wybraną wąską dróżkę. I tak będzie pięknie.

_dsc0068
to nie obraz; widok przez okno z opuszczonego domku znalezionego na pustkowiu
_dsc0370
czarna plaża Vik

dscf4867

dscf4996

Najdziwniejsze jest to, że tam nie zawsze chce się rozmawiać. Czasami wręcz nie ma się na to najmniejszej ochoty. Może dlatego, że wiatr bywa tak silny, że wzięcie głębszego oddechu, by wydusić z siebie choć kilka słów, bywa naprawdę trudne. Może dlatego, że właściwie do pełni szczęścia wystarczy słuchanie tego wiatru i obserwowanie. A w nocy patrzenie w niebo. Jest takie powiedzenie: Kto choć raz w życiu zobaczy zorzę polarną, do końca swoich dni będzie szczęśliwy. Gra jest więc warta świeczki, prawda?

Wróciłam niemal rok temu. Od tego czasu odwiedziłam co najmniej siedem nowych państw. Mimo wszystko, myślę o niej – z ręką na sercu i bez koloryzowania! – codziennie. Wierzę już w te wszystkie ochy i achy na jej temat, ufam egzaltowanym artykułom na jej cześć. Sama takie tworzę, choć nadal nie umiem wytłumaczyć, dlaczego ona ma na ludzi tak dziwny wpływ. Jednak wspinając się na niewielkie, samotnie stojące wzgórze (nazywane zresztą górą trolli) w pobliżu lodowca Mýrdalsjökull, postanowiłam – pewnego dnia wrócę na Islandię.

Po to, żeby tam zamieszkać.

_dsc0002
nocny widok na Esję
_dsc0041
lodowiec Mýrdalsjökull
_dsc0107
wrak samolotu US Navy w pobliżu czarnej plaży Vik
_dsc0128
opuszczony basen Seljavellir
_dsc0232
park narodowy Þingvellir
_dsc0415
Dyrhólaey

_dsc0130

20151027_094333

20151028_144222

20151031_154343-kopia
widok na Mýrdalsjökull z góry trolli

20151030_151332

dscf4948

dscf4955

dscf5001

dscf5004

dscf5005

dscf5030
park narodowy Þingvellir
dscf5044
park narodowy Þingvellir

dscf5012

dscf5145
czarna plaża Vik
dscf5211
Dyrhólaey

dscf5119

DCIM100MEDIA
szlak prowadzący nad wodospad Glymur

 

Wszystkie zdjęcia są autorstwa uczestników wyjazdu: Magdy Futymy, Magdaleny Teterycz, Kuby Jaworskiego i Czarka Antolaka.

Informacje praktyczne dotyczące kraju i przygotowania do wyjazdu, opis odwiedzonych miejsc oraz więcej zdjęć można zobaczyć tutaj.

Magda Futyma

Trochę przeraża ją bezczynność. Autostopowiczka, fanka gór i długich poranków.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany