41. Festiwal Filmowy w Gdyni – podsumowanie

Kasia: Czerwony dywan został zwinięty, Gdyńskie Centrum Filmowe i Teatr Muzyczny uprzątnięte z festiwalowych gazet i materiałów, wracają do swojego naturalnego tempa. Z Gdyni znikają filmowi turyści i odpowiedzialni za wszystkie ekranowe wzruszenia twórcy. Żegnamy miasto, nie kryjąc rozrzewnienia, mając nadzieję, że kolejny rok upłynie nam szybko. W międzyczasie odwiedzamy różne festiwale – filmowe, muzyczne, teatralne, ale tak naprawdę żyjemy od Gdyni do Gdyni, bo takiej energii jak tutaj, nie ma nigdzie. Za nami poruszająca, wieńcząca święto polskiego kina gala wręczenia nagród, ale na podsumowanie zasługuje cały tydzień.

 

Iga: A jest co podsumowywać! Myśląc o tej edycji festiwalu, sama nie wiem, od czego można byłoby zacząć. Działo się tak dużo, że po powrocie do domu wyciągnęłam notes i ołówek, próbując spisać wszystkie wydarzenia, jakie miały miejsce, filmy, które zdołałam obejrzeć… Było ich tak wiele, że i tak mam wrażenie, że o połowie sytuacji zdążyłam już zapomnieć (a bardzo nie chciałabym, żeby tak było!). Zacznijmy od tego, że szczególne brawa należą się organizatorom. Rozmawiałyśmy o tym nawet przy którejś festiwalowej kawie, wypitej w Cafe Klaps (kawiarni znajdującej się niedaleko Gdyńskiego Centrum Filmowego, w której na ścianach wiszą fotosy z filmów, a także znajdują się podpisy wielu wybitnych artystów). Festiwal to nie tylko splendor, nagrody i bankiety, ale przede wszystkim – ciężka praca dziesiątek ludzi. To oni pracują – przez cały rok – nad tym, by wrześniowy, filmowy tydzień nie zawiódł nawet najbardziej wymagających widzów i przyciągnął do Gdyni jak najwięcej filmowych turystów.

Organizatorzy; fot. Anna Rezulak / źródło: profil FFG na Facebooku
Organizatorzy; fot. Anna Rezulak / źródło: profil FFG na Facebooku

 

Kasia: Obserwując przygotowania do gali, można było zobaczyć, że nawet tak pozornie proste przedsięwzięcie wymaga prowadzenia przez doświadczonego reżysera i całego sztabu pracowników, którzy dbają o najmniejsze szczegóły. Ale nie będziemy rozmawiać o detalach technicznych. Abstrahując od wyników, do których zaraz przejdziemy, na gali zamknięcia można było poczuć się jak na dobrym spektaklu z najlepszą obsadą. Scena gościła twórców, którzy – co tu dużo mówić – znaleźli się w gronie naszych faworytów. Oprawa muzyczna nawiązywała do zeszłorocznych laureatów – usłyszeliśmy Sonię Bohosiewicz wykonującą On the sunny side of the street z soundtracku Ekscentryków, czyli po słonecznej stronie ulicy Janusza Majewskiego, laureata tegorocznych Platynowych Lwów; w podobną rolę weszła Marta Mazurek i Marcin Kowalczyk, którym akompaniowały Ballady i romanse, odpowiedzialne za ścieżkę dźwiękową do nagrodzonych w ubiegłym roku Córek dancingu Agnieszki Smoczyńskiej. Cóż mogę powiedzieć, jeśli chodzi o werdykty… Mieliśmy do czynienia z bardzo mocnym Konkursem Głównym, jak się okazało, nie tylko na w kwestii ilości filmó, ale również ich jakości. Kino bardzo różnorodne, niosące za sobą odmienne emocje i myśli. Cieszę się, że w przeciwieństwie do 40. Festiwalu Filmowego w Gdyni, nagrody w znacznej większości trafiły w ręce twórców, którym głośno kibicowałam. Ostatnia rodzina, zgodnie z powszechnymi przypuszczeniami, rozbiła bank. Bardzo cieszy mnie docenienie czarnego konia konkursu, świetnego filmu Jestem mordercą. Niemożliwym byłoby jednak, gdyby obyło się bez rozczarowań. Zapewne zgodzisz się ze mną, że wśród laureatów zabrakło Marii Mamony, odtwórczyni głównej roli w Zaćmie. Sam film, który opuścił Gdynię bez żadnej nagrody, stanął w szrankach z mocniejszymi konkurentami. Nie odmawiając bardzo dobrego autorstwa Aleksandrze Koniecznej, trzeba powiedzieć, że rola Julii Brystigerowej była rolą życia, rolą w filmie dominującą. To podobny zawód, jak zeszłoroczna nagroda w tej samej kategorii dla Agnieszki Grochowskiej z pominięciem genialnej roli Małgorzaty Zajączkowskiej w Nocy Walpurgii. Trochę boli.

Marcin Kowalczyk śpiewający "Byłaś serca biciem"; fot. Krzysztof Mystkowski / źródło: profil FFG na Facebooku
Marcin Kowalczyk śpiewający „Byłaś serca biciem”; fot. Krzysztof Mystkowski / źródło: profil FFG na Facebooku

 

Iga: Byłam pewna, że Mamona dostanie tę nagrodę. Ale rok temu taką samą pewność miałam co do Zajączkowskiej… I niestety – rok w rok – rozczarowanie. Kreacja Koniecznej była perfekcyjna, nie można jej tego odmówić. W stu procentach zasługiwała na wyróżnienie, ale uważam też, że jury powinno doceniać Mamonę. Przecież to, co aktorka pokazała przed kamerą trudno nawet ubrać w słowa! Absolutny geniusz, klasa. Pozornie oszczędna gra aktorska, dzięki której powstał naprawdę emocjonalny obraz. Mogłabym pisać o niej godzinami… Na szczęście przy nagrodzie za pierwszoplanową rolę męską nie poczułam się ani trochę rozczarowana. Wręcz przeciwnie, głośno wiwatowałam i tupałam, gdy okazało się, że zwyciężył mój – zresztą chyba nie tylko mój, lecz całej redakcji – faworyt, a jednocześnie – moja największa miłość aktorska. Tak, jak pisałam w poprzednim gdyńskim tekście, gdy tylko dowiedziałam się o tym, że główną rolę w Ostatniej rodzinie odegra Seweryn, byłam pewna, że będzie to majstersztyk. Ale to, co zobaczyłam na ekranie przerosło moje wyobrażenie. Beksińskiego-Seweryna kocha się całym sercem – za jego szaleństwo, za nieporadność, za wrażliwość, za pasję, za każdy najmniejszy gest. Jestem przekonana, że aktor zdobędzie za tę rolę jeszcze niejedną nagrodę. Podobnie jak sam film. Niech jego najlepszą recenzją będzie fakt, że nie mogę doczekać się 30. września, gdy będzie mieć miejsce kinowa premiera Ostatniej rodziny. Rzadko, naprawdę bardzo rzadko, oglądam filmy po kilka razy, w kinie – właściwie nigdy. Ale w tym przypadku nie mam wątpliwości – muszę jeszcze raz spędzić dwie godziny w domu Beksińskich. Nawiasem, wciąż trochę mi przykro, że nagrody za scenariusz nie dostał Robert Bolesto. Co prawda w dużej mierze opierał się o autentyczne materiały (m.in. nagrania wykonane przez Zdzisława Beksińskiego), ale mimo wszystko trzeba szczerze przyznać, że dialogi w Ostatniej rodzinie są po prostu znakomite. Jest i zabawnie, i wzruszająco; taki scenariusz to już połowa sukcesu filmu i równocześnie wielkie ułatwienie dla aktorów przy budowaniu roli. Chociaż muszę przyznać, że – podobnie jak ty, Kasia – jestem zadowolona, że Srebrne Lwy (a także nagroda za wspomniany przed chwilą scenariusz) otrzymał film Jestem mordercą w reżyserii Macieja Pieprzycy. To był mocny konkurent dla Ostatniej rodziny. Tak sobie teraz myślę, że generalnie byłyśmy w naszych ocenach bardzo podobne…

fot. Krzysztof Mystkowski / KFP; źródło: profil FFG na Facebooku
Andrzej Seweryn po usłyszeniu werdyktu; fot. Krzysztof Mystkowski / KFP; źródło: profil FFG na Facebooku

 

Kasia: Jestem mordercą to mój czarny koń. Nie spodziewałam się dosłownie niczego po tym filmie, będąc więc tak zaskoczona po projekcji, gorąco mu kibicowałam. Skończył się festiwal pokazujący, że polskie kino nie ma kompleksów. Filmy konkursowe w znacznej większości poradzą sobie na kolejnych festiwalach, przeglądach, w salach kinowych i za granicą. Jestem teraz jeszcze bardziej ciekawa, który obraz zostanie wybrany na polskiego kandydata do Oscara. Przypuszczam, że będzie to Ostatnia rodzina, która zrobi jeszcze dużo szumu. Wierzę nawet, że jest to film, który przebije sukcesem frekwencyjnym Bogów Łukasza Palkowskiego. Przejdźmy może do kulis ostatniego dnia. Trzeba przyznać, że gala zamknięcia była bardzo społecznie zaangażowana. Nagrodzeni w swoich przemowach, może nie tak dobitnie jak Maciej Stuhr na Orłach, ale jednak, odnosili się do sytuacji politycznej i wolności artystycznej. Pojawiały się wątki walki kobiet o swoje prawa, a z filmowego podwórka – o przywrócenie charakteryzatorom i kostiumografom tytułu twórców filmowych. Mam wrażenie, że chociaż rok temu uczestniczyłyśmy w 40. jubileuszowej edycji festiwalu, tegoroczna okazała się ważniejsza. Zarówno jeśli chodzi o jakość prezentowanych filmów, jak i to, co twórcy mają do powiedzenia, przed kamerą, za nią i w festiwalowych kuluarach.

Reżyser Jan P. Matuszyński - reżyser "Ostatniej rodziny" - po odbiorze Złotych Lwów; fot. Krzysztof Mystkowski / źródło: profil FFG na Facebooku
Reżyser Jan P. Matuszyński – reżyser „Ostatniej rodziny” – po odbiorze Złotych Lwów; fot. Krzysztof Mystkowski / źródło: profil FFG na Facebooku

 

Iga: Jeśli już wspominamy o festiwalowych kuluarach, możemy chyba uchylić rąbka tajemnicy, zdradzając kilka zabawnych anegdot dotyczących sytuacji, jakie miały miejsce w Gdyni. Nie wypada zdradzać tajemnic innych ludzi, ale ja z chęcią opowiem o mojej najzabawniejszej przygodzie festiwalowej. Tych, którzy znają mnie i moje roztargnienie wcale to pewnie nie zdziwi. Otóż – na uroczystym bankiecie po oficjalnej premierze Powidoków Andrzeja Wajdy, połączonej z świętowaniem Jego 90. urodzin… Wypiłam specjalnie przygotowane dla Mistrza wino! Oczywiście niecelowo i tylko pół kieliszka, ale i tak wciąż nie mogę uwierzyć w moje rozkojarzenie. Nie istnieje dla mnie taki festiwal (umówmy się – nie istnieje dla mnie taki dzień), podczas którego czegoś bym nie zgubiła – w tym roku padło na identyfikator, który na szczęście odnalazł się równie szybko, co – rok temu – portfel. Mogłabym swoje faux pas wymieniać w nieskończoność, ale chyba chcę pozostawić po sobie chociaż cień powagi, dlatego podsumowując tegoroczny festiwal powiem tylko: Gdynio, jak ja cię kocham!

 

 

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany