Jak ja Panią/Pana podziwiam

Jak się trzęsą ręce! – usłyszałam za plecami, gdy kilka dni temu rozmawiałam z Andrzejem Wajdą. Rzeczywiście, nie byłam w stanie utrzymać w dłoni markera. Przez chwilę zachciało mi się śmiać, bo przypomniałam sobie o selfie z Krystyną Jandą. Gdy kilka miesięcy temu próbowałam uwiecznić moment spotkania z aktorką, powstały z tego dwa rozmazane zdjęcia. Trzeba dobrze się przyjrzeć, żeby odkryć kto się na nich znajduje. Przy pierwszym spotkaniu z Andrzejem Sewerynem zgubiłam żakiet. Przed Magdą Umer wręcz odtańczyłam taniec ludowy, przy Michale Bajorze zapomniałam o istnieniu mojego aparatu fotograficznego. A zapytana przez Małgorzatę Zajączkowską o to, czym będziemy kręcić wywiad, odpowiedziałam bez zająknięcia, że komputerem. Przy Mistrzu Wajdzie udało mi się zachować pozorny spokój. Gdyby tylko nie te drżące ręce! I łzy w oczach, i słowotok, i zupełna dezorientacja utrzymująca się przez kolejne kilka godzin…

W podstawówce nienawidziłam wypracowań na temat osób, które się podziwia. Nigdy nie wieszałam nad łóżkiem plakatów, nie miałam idoli, nie rozumiałam całej tej idei bycia czyimś fanem. Słuchałam zresztą zupełnie innej muzyki niż moi rówieśnicy, czytałam dziwne książki, nie lubiłam oglądać filmów (a co dopiero seriali!), uciekałam przed wszystkim, co modne i na topie, co wiązało się z brakiem współtowarzyszy do wspólnych rozmów o – chociażby – Marku Grechucie (Marek Grechuta? A kto to?). We wspomnianych wypracowaniach pisałam banały, które nie miały żadnego przełożenia na życie. Że chciałabym być jak ten czy tamten, że imponuje mi to czy tamto… Koloryzowałam, z rozprawek powstawały opowiadania, w których fikcja wygrywała z rzeczywistością.

Aż do momentu, gdy – zupełnie nie wiem ani kiedy, ani w jakich okolicznościach – po raz pierwszy zobaczyłam na ekranie Andrzeja Seweryna. Byłam już wtedy na etapie teatralnej fascynacji (ta przyszła do mnie bardzo szybko), a Seweryn wpisywał się we wszystkie definicje mojego aktora idealnego. Dzięki niemu też odkryłam – jako kilkunastolatka – twórczość Wajdy. Miłość do tych dwojga artystów przesłoniła mi nawet niechęć do Mickiewicza – pamiętam, jak z wypiekami na twarzy oglądałam Pana Tadeusza, dziwiąc się swojej ekscytacji tą ekranizacją.  Dopiero po kilkunastu latach – już na studiach – do listy podziwianych przeze mnie osób dołączyła Krystyna Janda. A potem – równy rok temu – Małgorzata Zajączkowska.

Gdybym miała teraz napisać wypracowanie na temat osób, które podziwiam, wymieniłabym właśnie tę czwórkę. Wcale nie musiałabym koloryzować – ich życiorysy, splecione w jednym tekście, stworzyłyby najciekawszą historię, jaką tylko można sobie wymarzyć. Na szczęście wypracowania szkolne (pisane pod klucz – zmora!) mam już za sobą, dlatego postanowiłam wykorzystać szansę możliwości swobodnej wypowiedzi.  Nie boję się już autorytetów, wyrosłam z głupich myśli, które nakazywały mi twierdzić, że podziwianie kogoś i wzorowanie się na kimś prowadzi do całkowitej utraty odrębności. Jest przecież zupełnie inaczej. Nie trzeba wcale powielać czyichś pomysłów, iść tą samą drogą, mieć dokładnie takie samo zdanie w każdej kwestii. Nie na tym polega podziw.

Podziwiam artystów za oryginalność i odwagę w realizacji własnych planów i marzeń. Każdy nowy film, spektakl, książka czy płyta wiąże się przecież z pewnym ryzykiem. Spodoba się czy się nie spodoba? – na świecznik wystawione jest nie tylko artystyczne życie twórców, ale także ich prywatne sprawy, które – niestety! – nierzadko przyćmiewają zawodowe sukcesy. Żyjemy w końcu w bezkompromisowym świecie, który kocha wystawiać oceny, szczególnie za rzeczy, które uważa za błędne lub z którymi zwyczajnie się nie zgadza. Gdybym chciała zliczyć, ile razy nasłuchałam się nieprzyjemnych rzeczy o osobach, które podziwiam, na pewno nie skończyłabym pisać dziś tego tekstu. Na szczęście nauczyłam  się już dość dawno, że to ja sama muszę zbudować sobie w głowie czyiś obraz, nie media czy inni ludzie.

Dlatego postanowiłam nie spocząć na laurach. W czasach popkultury pojęcie autorytetu przewartościowało się. Jeśli kogoś lubisz lub lubisz coś, co ktoś robi (wystarczy choćby jedna mała rzecz), stawiasz go sobie za wzór. Najlepiej, gdy osoba, którą podziwiasz jest kimś znanym szerokiej publiczności i słynie z kontrowersyjnych zachowań – wtedy więcej o niej piszą, dzięki czemu masz szansę lepiej ją poznać. Na pewno? Nie wyobrażam sobie nie móc rozmawiać z osobami, które stawiam sobie za wzór. Oczywiście, nie zawsze jest to możliwe. Za wypicie filiżanki kawy z Osiecką oddałabym naprawdę wiele. Nikt jednak nie jest mi w stanie tego podarować. Mimo to moja wiedza na temat poetki nie kończy się na znajomości kilku tekstów jej piosenek i anegdot z kolorowych gazet na temat prowadzonego przez nią dość imprezowego życia. Podziwiam, więc chcę poznawać. Czasem się rozczaruję, czasem zasmucę, ale to poznawanie jest i tak najprzyjemniejszym momentem podziwiania. Najbardziej jednak lubię rozmawiać. Chociaż każde spotkanie wiąże się z emocjami, które niejednokrotnie znacznie przekraczają granice zdrowego rozsądku, nie zamieniałbym ich na nic innego. Możliwość konfrontowania swoich wyobrażeń z rzeczywistością za każdym razem zachwyca i zadziwia mnie jednocześnie.

Dlatego namawiam – podziwiajcie, poznawajcie i – jeśli jest to możliwe – rozmawiajcie. Przez ostatni rok poznałam wielu ludzi, którzy jeżdżą za swoimi mistrzami po całej Polsce. Czasem tylko po to, aby odbyć kilkuminutową rozmowę; bywa i tak, że musi wystarczyć uścisk dłoni lub rzucone w pośpiechu dzień dobry. Najbardziej lubię jednak historie o rodzących się przyjaźniach, znajomościach, które owocują współpracą… A ja potwierdzam – gdy ma się świadomość, że osoba, którą podziwiasz szczerze ci kibicuje, można przenosić góry.


Już za tydzień  startujemy z nowym cyklem. Będziemy przedstawiać sylwetki osób, które podziwiamy, które w artystycznych poszukiwaniach są dla nas ważne. Bo warto mówić i pisać o mądrych ludziach, którzy zmieniają – nawet jeśli tylko nasz mały – świat.

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

1 Komentarz
  1. no ja czułam, że to Iga napisała 😀
    Według mnie i moich doświadczeń najtrudniejszy moment w poznawaniu to właśnie pierwsze spotkanie. Chociaż ja za każdym razem się trzęsę i stresuję okropnie! No ale warto i też polecam wszystkim 😉
    pozdrawiam!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany