41. Festiwal Filmowy w Gdyni – relacja

Iga: I zaczęło się! Czerwony dywan, oficjalne przywitanie, kolejki do sal kinowych… Tęskniłam za tym gdyńskim chaosem i życiem od filmu do kawy, od kawy do filmu, od filmu… I tak dalej, i tak dalej. Program festiwalu, schowany na dnie plecaka, codziennie zapełnia się nowymi adnotacjami. Na to idę; o tym muszę pamiętać; to chcę zobaczyć, z tym porozmawiać. Minęły dwa festiwalowe dni – na moim koncie sześć filmów z Konkursu Głównego. Każdego poranka zastanawiam się, jak wydłużyć dobę, ale jak dotąd nie udało mi się tego odkryć.

fot. Anna Rezulak / źródło: Facebook FFG
Fot. Anna Rezulak / źródło: Facebook FFG

Kasia: Mamy za sobą pierwsze dwa festiwalowe dni i ani myślimy zwalniać tempa. Śmiało można powiedzieć, że Festiwal się zmienia, a wraz z nim zmienia się Gdynia, która w ciągu roku obrodziła w nowe, przyciągające miejsca. Przede wszystkim jednak zastał nas tutaj bardzo rozbudowany program, znacznie bogatszy od tego zeszłorocznego. Sam Konkurs Główny to szesnaście tytułów, nie wspominając już o innych konkursach, przeglądach, sekcjach, wystawach, debatach, wydarzeniach branżowych i spotkaniach autorskich… Z bólem serca codziennie bierzemy w ręce książeczkę z programem, planując kolejne dni, wybierając filmy, które zobaczymy kosztem rezygnacji z innych, niemniej atrakcyjnych wydarzeń. Tutaj można by podjąć dyskusję o tym, czy w Konkursie Głównym, który rzecz jasna cieszy się największym zainteresowaniem i obłożeniem w obiektach festiwalowych, któremu towarzyszy największy splendor i blichtr, powinno znaleźć się aż tyle tytułów. Po pięciu, jak na razie, filmach konkursowych na koncie, śmiało mogę powiedzieć, że większa selekcja byłaby wskazana. Do największych rozczarowań w moim osobistym rankingu zaliczam Sługi boże. Kulejący scenariuszowo, z dialogami z rodzaju tych, jakie padają wyłącznie w filmach, a jakich nigdy nie usłyszymy w życiu i postaciami wydmuszkami – bez historii i charakteru. Nie przekonał mnie ani drewniany Topa, ani obojętna Kijowska. Jeszcze przed festiwalem byłam pewna, że do listy dołączy Planeta Singli – film, którego obecność w konkursie głównym uznałam za żart. A tu proszę, niespodzianka! Obraz okazał się bardzo dobry w swoim gatunku. Ma wszystkie cechy, jakie powinna mieć komedia romantyczna – bawi, wzrusza i tworzy postaci, którym ochoczo się kibicuje. Pozostaje tylko przyklasnąć, że film o sukcesie komercyjnym odnalazł swoje miejsce w Gdyni. Bo jak powiedział zresztą reżyser – Mitja Okorn: W filmie istnieją tylko dwa gatunki – dobry i zły.

 

Iga: Odpowiadam Ci dosłownie kilka minut po obejrzeniu Planety Singli i muszę przyznać Ci rację. Nienawidzę komedii romantycznych –  na seans wybrałam się z powodu mojej miłości do aktorstwa Maćka Stuhra. Aktor nie zawiódł, sam film również z powodzeniem zaliczyć można do udanych. W przeciwieństwie do Królewicza Olch, otwierającego tegoroczną edycję festiwalu. Nie jestem fanką filmów, w których brak konkretu, które pełne są metaforyki i niedopowiedzeń, a historia nie układa się w jedną, logiczną całość. Domyślam się, że debiut Czekaja może spodobać się zwolennikom romantyzmu – pomieszanie fikcji z rzeczywistością, wykorzystanie poezji, nastrojowa muzyka. A obok tego historia, którą tak naprawdę dość trudno ubrać w słowa. Może dlatego w filmie jest tak wiele ciszy. Ciszą naznaczone są również Zjednoczone stany miłości, opowiadające historie czterech kobiet, różnych od siebie, jednak tak naprawdę dążących do tego samego – kochania i bycia kochaną. Po obejrzeniu filmu Wasilewskiego zakochałam się i ja – w genialnej Dorocie Kolak, która stworzyła rolę, o której nie sposób zapomnieć. Wcześniej podziwiałam ją w teatrze, nie widziałam zbyt wiele filmów z jej udziałem, ale wiem, że po seansie Zjednoczonych stanów miłości będę chciała nadrobić zaległości. Jeśli chodzi natomiast o sam film, mam co do niego mieszane uczucia. Bywały momenty, kiedy czułam się już zmęczona i przytłoczona problemami bohaterek. Brakowało jakiegoś impulsu, pikanterii, czasem dialogu. Z czterech przedstawionych historii najbardziej intrygująca była opowieść o samotności Renaty, w której rolę wcieliła się właśnie Dorota Kolak. Potencjał miała także historia Agaty (Julia Kijowska), jednak w tym przypadku zdecydowanie czegoś zabrakło – być może słów, a być może chociażby kilku kadrów więcej.

Źródło: FilmPolski
Źródło: FilmPolski

Kasia: To prawda, Zjednoczone Stany Miłości zostały opakowane w modną stylistykę, kostiumy a’la 90s, meblościanki i paprotki, ale nie ma w tym filmie zbyt wiele treści. Były świetne pomysły, tego nie można odmówić filmowi, choć moim zdaniem zupełnie niewykorzystane reżysersko. W efekcie otrzymujemy kilka etiud o smutku kobiet, z czego żadna nie doczekała się spuentowania. Ot, taki film co ni grzeje, ni ziębi. Inaczej było z Jestem Mordercą Macieja Pieprzycy, który absolutnie mnie zachwycił. Nie miałam co do tego filmu żadnych oczekiwań. Spodziewałam się raczej typowego kryminału, panów z wąsami w tweedowych garniturach, palących papierosy, biegających za mordercą. Po trosze tak było, ale po seansie, nie nazwałabym już tego filmu kryminalnym, lecz psychologicznym. Genialne aktorstwo (Kulesza godająca po śląsku), scenariusz, muzyka, budowanie napięcia. Świdruje mi w głowie ten film i nie daje o sobie zapomnieć. Będę mocno trzymać kciuki, aby w sobotę ekipa została nagrodzona.

Źródło: Agorafilm.pl
Źródło: Agorafilm.pl

Iga: Chciałabym zobaczyć swoją minę przed seansem Jestem mordercą, gdy wchodziłam na salę, nie mając pojęcia, czego mogę się spodziewać i po zobaczeniu filmu. Oczekiwałam czegoś zupełnie innego – w sumie sama nie wiem czego, bo informacji o filmie w Internecie nie było zbyt dużo, tymczasem miło się rozczarowałam. To dobrze opowiedziana historia – bez zbędnego przedłużania, bez epatowania drastycznymi scenami, za to ze świadomie poprowadzonymi postaciami. Znakomita rola Jakubika, który dostał chyba najtrudniejsze zadanie – pokazanie stadium przeżyć człowieka skazanego na wyrok śmierci. Po obejrzeniu filmu znaczenia nabiera także sam tytuł, który – z pozoru banalny – odwołuje się do czegoś więcej niż tylko do pościgu za seryjnym mordercą Wampirem. Z sześciu obejrzanych jak dotąd przeze mnie filmów (Sługi Boże, Zjednoczone stany miłości, Kamper, Planeta Singli, Królewicz Olch i wspomniany wyżej Jestem mordercą), to właśnie film Pieprzycy spodobał mi się najbardziej. Pod koniec drugiego dnia zaczęłam już powoli gubić się w projekcjach i zapominać tytuły tych filmów, które już udało mi się obejrzeć, ale kadry z Jestem mordercą wciąż przewijały się w moich myślach.

Od środy zaczyna się dla mnie najważniejsza część festiwalu – pokazy Zaćmy Bugajskiego i Ostatniej rodziny Matuszyńskiego. To na te filmy czekam najbardziej, spotkania z ich twórcami są dla mnie najistotniejsze. Tym bardziej, że historie w nich przedstawione oparte są na faktach, a dla mnie biografie zawsze (bez względu na to czy dotyczy to literatury, czy filmu) wydają się najciekawsze. Jednocześnie reżyserowanie filmów biograficznych wymaga ogromnej empatii i ostrożności, dlatego niecierpliwie czekam na skonfrontowanie swoich oczekiwań z wizją Bugajskiego i Matuszyńskiego. Ale o tym w kolejnej części relacji… Właśnie biegnę na konferencję prasową Zaćmy, potem spotkania, blok filmów Młodego Kina… Niech czas do soboty płynie powoli!

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany