Sopockie lato teatralne

Lato — pora roku wyczekiwana przez uczniów i studentów, by wreszcie odpocząć od trudów dnia codziennego, ale znienawidzona przez wszystkich miłośników teatru, którzy nie są wówczas szczególnie rozpieszczani. Aktorzy przez dwa miesiące nabierają sił, by od września znów ruszyć pełną parą i z energią wkroczyć w nowy sezon. Na nasze szczęście na teatralnej mapie Polski pojawiają się nieliczne jasne punkty, będące ratunkiem dla wszystkich uzależnionych.

Miejscem, w którym „leczyłam się” przez pracę przez cały miesiąc, jest sopocki Teatr Atelier im. Agnieszki Osieckiej. Lato Teatralne pod dyrekcją artystyczną Jerzego Satanowskiego nie zawierało co prawda żadnych spektakli dramatycznych, jednak obfitowało w liczne koncerty i recitale.

Piotr Piksa
Piotr Piksa w „Tylko, że ja na morzu”

Sierpień rozpoczęliśmy dziewiętnastą edycją Konkursu Pamiętajmy  o Osieckiej. Od 1. sierpnia gościliśmy w Sopocie zarówno artystów znanych już bywalcom teatrów z ich scenicznych popisów, jak i osoby rozpoczynające dopiero swoją przygodę w światłach reflektorów.  Po wielu godzinach prób z fantastycznym zespołem, składającym się z muzyków grających na co dzień między innymi w Teatrze Roma, pod dyrekcją Jakuba Lubowicza, po wielu zmianach, uwagach reżysera, własnych spostrzeżeniach, po wielu zawahaniach i stresach, ale w radosnej i przyjacielskiej atmosferze, pełnej wzajemnego wsparcia i szacunku, nadszedł wreszcie cykl ośmiu koncertów. Sale każdorazowo wypełnione były do granic możliwości — taki stan nie budzi zaskoczenia, ponieważ poziom tegorocznego Konkursu był bardzo wysoki i stosunkowo wyrównany. W tym roku szczególną uwagę zwróciła Joanna Ewa Zawłocka, która, wyśpiewawszy spektakularnie „Ja cię mam” (muz. Jacek Mikuła) i „Raz w życiu karnawał” (muz. Jacek Mikuła), zdobyła zarówno nagrodę publiczności, jak i pierwszą nagrodę jury. W głosowaniu jurorów drugie miejsce zajęła Karolina Łopuch, którą to widzowie podejrzewali o pokrewieństwo z Ewą Bem ze względu na niebagatelny wokal i jazzowe wykonania utworów „Czarodzieje” (muz. Andrzej Zieliński) i „Dom na jednej nodze” (muz. Jacek Mikuła).

Stephanie Jaskot i Agnieszka Bielecka
Stephanie Jaskot i Agnieszka Bielecka w utworze „Sing, sing”

Zaraz za nią, na trzecim miejscu uplasował się drugi w historii konkursu duet. Stephanie Jaskot i Agnieszka Bielecka dla swojego duetu nazwy jeszcze nie mają, jednak ich interpretacje „Sing, sing” (muz. Jacek Mikuła) oraz „Yokohamy” (muz. Jacek Mikuła) były na takim poziomie, że sygnowanie ich własnymi nazwiskami powinno być dla dziewczyn dumą. Docenione zostały one także nagrodą sponsora Teatru — firmy Doraco. Ostatnie z przyznanych w tym roku wyróżnień — nagroda Atelier — powędrowało do jedynego mężczyzny, biorącego udział w tym etapie konkursu, aktora Teatru Narodowego w Warszawie, Piotra Piksy, który zachwycił publiczność lirycznym „Tylko że ja na morzu”  (muz. Maciej Małecki) i zabawnym, mistrzowskim aktorsko „Chodzi o to, żeby nie być idiotą” (muz. Seweryn Krajewski). Gala Finałowa Konkursu odbędzie się 26. września 2016 roku w Teatrze Muzycznym Roma w Warszawie.

Zza kulis: Na tremę nie ma reguły. Wbrew pozorom ci, którzy na scenie są od lat i znają ją od każdej strony, stresowali się równie mocno, co początkujący. Jednak wyrozumiała sopocka publiczność swoim faworytom dodawała tyle energii, że na czas występów po zdenerwowaniu znikał ślad.

Arkadiusz Brykalski (Kaszana zdalnie sterowana)
Arkadiusz Brykalski w utworze „Luz i zapał”

Spośród całego repertuaru, najbardziej nie mogłam doczekać się tego jednego spektaklu. „Kaszana Zdalnie Sterowana”. Miałam szczęście, przez zupełny przypadek, doświadczyć tego widowiska w maju w Poznaniu i od początku absolutnie zdobyli moje serce. Według Satanowskiego jest to: „Poetycko-kabaretowa opowieść o współczesnej Polsce niepozbawiona akcentów uniwersalnych”.
Od strony technicznej „Kaszana…” to zbiór dwudziestu trzech piosenek autorstwa Piotra Bukartyka, w wykonaniu Katarzyny Żak, Magdaleny Piotrowskiej, Krystyny Tkacz, Doroty Osińskiej, Arkadiusza Brykalskiego i Jana Jangi Tomaszewskiego. Tym znamienitym artystom towarzyszył zespół muzyków akompaniujących przy spektaklach między innymi w Teatrach Roma i 6. piętro. Sama scenografia — ascetyczna, ale wystarczająca. Kilka kolorowych krzeseł, blat restauracyjnego stołu, bar, trzy obrazy, samolot, balonik. Te drobne elementy oraz gra świateł idealnie oddawały treść mistrzowskich tekstów Bukartyka, które zdawały się być wręcz stworzonymi dla wykonujących je aktorów. „Durna miłość”  Osińskiej i Brykalskiego łapie za serce od pierwszej chwili, „Ryb swąd” Żak i Jangi wprowadza w sielski, wakacyjny nastrój, „Przygoda z karłem” Piotrowskiej zapewnia uśmiech na długie chwile. Niestety, spektaklowi brak konkretnej fabuły, co jest cechą charakterystyczną realizacji Satana, jednak jeżeli przyjdziemy do teatru z odpowiednim nastawieniem — z chęcią wysłuchania i obejrzenia świetnego koncertu, a nie musicalu — to otrzymamy wszystko, czego oczekujemy.

Zza kulis: Są osoby o wielkim talencie, które nie są swojej wielkości świadome i z szacunkiem traktują organizatorów, z wdzięcznością odnoszą się do tych, którzy oddają serce dla Teatru i wstają skoro świt, żeby ci mogli występować na czystej scenie i przesiadywać w uporządkowanej garderobie. Ale często zdarza się, że wydanie kilku płyt, zagranie w paru spektaklach wywołuje taką manię wielkości, postawę czysto roszczeniową, że „gwiazda” rości sobie prawa do — nie owijając w bawełnę — nadzierania się na wszystkich, którzy chcieli pomóc. Przykro jest oglądać większy „popis wokalny” za kulisami, niż na scenie.

Katarzyna Żak
Katarzyna Żak

„Bardzo przyjemnie jest żyć”. Takim optymistycznym hasłem zatytułowana jest najnowsza płyta Katarzyny Żak. Aktorka kojarzona przede wszystkim z ról Aliny Krawczyk w „Miodowych latach” i Kazimiery Solejukowej w „Ranczo”, idąc za sugestią Hadriana Filipa Tabęckiego, znanego kompozytora i pianisty, zgłosiła się do — obiektywnie rzecz biorąc — największych autorów tekstów w Polsce. Słowa specjalnie na tę płytę wypłynęły spod pióra takich postaci, jak Wojciech Młynarski, Andrzej Poniedzielski, Jan Wołek, Artur Andrus czy Magda Czapińska. Choć wśród autorów pojawia się tylko jedna pani, to cały krążek jest bardzo kobiecy, pełen różnorodnych emocji, raz zabawny, raz melancholijny. Od 16. do 18. sierpnia mieliśmy możliwość wysłuchania trzech recitali z tej płyty, za każdym razem przy pełnej widowni. Artystka bardzo lubi opowiadać. Już na początku ostrzegła publiczność, że będzie dużo gadać. Półtoragodzinny koncert przeplatany był licznymi dowcipnymi zapowiedziami i anegdotami, które spotkały się z żywą reakcją i radosnym odbiorem. Choć Katarzyna Żak słusznie nie podaje się za wokalistkę, a za „aktorkę śpiewającą”, i nie możemy spodziewać się z jej strony wyjątkowych ozdobników i koloratury, to sam recital, dzięki fantastycznym kompozycjom i szczerym wykonaniom jest niezwykle przyjemny w odbiorze, co widać także w rozpromienionych twarzach słuchaczy, wychodzących z sali.

Zza kulis: Pani Katarzyna, ze swoim wszechstronnym dobytkiem artystycznym i znanym nazwiskiem, mogłaby mieć pełne prawo do tego, żeby mieć się za gwiazdę. Żeby być pewną siebie i nosić nos trochę wyżej. Ale nie robi tego. Jest kobietą niezwykle skromną, z pokorą odnoszącą się do wykonywanego zawodu, do sceny, do publiczności, szanującą każdego rozmówcę. Już za sam charakter należą jej się brawa.

Artur Andrus
Artur Andrus

Najbardziej oblegany ze wszystkich spektakli tegorocznego Lata Teatralnego — recital kabaretowy Artura Andrusa. Szczerze? Nie wiedziałam dlaczego wszyscy się tak zachwycają. Jak to go określają: człowiek multimedialny, który wcisnął swoje artystyczne pięć groszy już do każdej dziedziny mediów. Za Wikipedią: „dziennikarz, poeta, autor tekstów piosenek, piosenkarz, artysta kabaretowy i konferansjer”. Jednak już pierwszymi minutami jego show udowodnił, że podziw publiczności jest w pełni zasłużony. Prowadzi koncert w charakterystyczny dla siebie sposób — ze stoickim spokojem, bez cienia uśmiechu, opisuje rzeczywistość. „Ta konwencja jest banalnie prosta: my występujemy — państwu się podoba”. Fantastyczne, ironiczne teksty w połączeniu z genialną muzyką to już z założenia przepis na sukces. Szef kuchni Artur doprawił to jeszcze sporą szczyptą swojego inteligentnego dowcipu i otrzymał gotowe danie, które zaspokoi najbardziej wybrednego klienta.

Zza kulis: Sam Pan Artur osobowością nie zachwycił, w codziennych kontaktach zwykłe „dzień dobry” usłyszeli od niego zaledwie nieliczni. Za to jego Zespół po stokroć to nadrabiał, zostając tym samym najbardziej rozrywkowym i najsympatyczniejszym gronem muzyków tego lata. Łukaszu, Pawle, Wojtku, Łukaszu — dzięki!

Wreszcie nadszedł 24. sierpnia . Do tego koncertu odliczałam dni i godziny, opowiadałam o Asi całemu Teatrowi, „męczyłam” płytę w kółko… Aż w końcu przyjechała ona — Joanna Lewandowska. Niepozorna kruszyna o potężnym głosie, wielkiej wrażliwości, pięknym uśmiechu i szczerym sercu. Zdobywczyni pierwszego stypendium im. Marka Grechuty dla najbardziej obiecującego młodego artysty na 42. Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie. Aktorka musicalu „Metro” w warszawskim Teatrze Buffo. Osoba, o której Satanowski powiedział: „Jest kilka powodów, dla których piszę piosenki. Jednym z nich jest Joanna Lewandowska”
Koncert był doprawdy magiczny. Przyznać muszę, że miałam ogromny dylemat, czy dać się porwać emocjom
i przesłuchać recitalu z zamkniętymi oczami, czy jednak na siłę te oczy otworzyć, by móc podziwiać piękną wokalistkę. Tytułem zarówno płyty, jak i całej trasy koncertowej, jest: „Mężczyźni mojego życia: Marek G.
z Krakowa”
. Nietrudno zatem było domyślić się, co Joanna przedstawi publiczności. Było to dziesięć znakomitych utworów, które kiedyś wykonywał sam Grechuta, a w których udało się dostrzec kobiecy pierwiastek, które pozwoliły się przepuścić przez damską wrażliwość, by wydobyć z nich kolejne warstwy i dna. Aby odnieść się do Fundatorki Teatru, bisy były „Osieckowe”. Na zakończenie koncertu usłyszeliśmy dodatkowo wspaniałe „Uciekaj moje serce” oraz „Konie”. Melancholijną i nastrojową atmosferę wprowadzaną przez Asię skutecznie „rozkręcali” muzycy, na czele z Grzechem Piotrowskim — saksofonistą, który, wyczuwając, że sopockiej widowni przypada zwykle do gustu luźny klimat, wtrącał komiczne wstawki, rozbawiając tym zarówno słuchaczy, jak i samą wokalistkę.

Zza kulis: Znałam Asię już wcześniej, poznałyśmy się przy okazji „Tuwima dla dorosłych”, później otrzymałam od niej nieocenione wsparcie przy jednym z moich szalonych pomysłów. Jest to taki typ, którego nie da się nie pokochać od pierwszego spotkania. Naturalna i bezpretensjonalna. Szczera i wdzięczna. Otwarta i zawsze skora do pomocy. Dusza człowiek z sercem na dłoni.

Hanna Banaszak
Hanna Banaszak

Tegoroczne Lato Teatralne zakończyliśmy cyklem czterech recitali Hanny Banaszak — postaci, której nikomu nie trzeba przedstawiać, bo któż nie znałby chociażby „Pogody ducha”  czy „W moim magicznym domu”? No właśnie. Wydaje mi się, że przede wszystkim na te dwa utwory czekała większość widzów. I o ile pierwszy dane nam było usłyszeć, choć tylko w wykonaniu pianisty — Jacka Szwaja, a nie samej wokalistki (niemniej jednak wykonanie to było po prostu fenomenalne!), o tyle drugi z utworów przeznaczony był tylko dla wybranej publiczności, ponieważ artystka codziennie zmieniała listę wykonywanych utworów, nie zawsze uwzględniając jeden ze swoich największych przebojów. Mówiąc jednak o samym koncercie — Hanna Banaszak budzi podziw. Lekkość, z jaką wydobywa z siebie nieludzkie wręcz dźwięki, zadziwia. Sama artystka — przepiękna. Do czego można się przyczepić, to że czasem brakowało mi w danych utworach tekstu. Na przykład, kiedy prezentowała świetną kompozycję Chucka Mangione z filmu „Dzieci Sancheza”, wykonując partię trąbki z tego utworu, a więc od początku do końca skatując. Jak dla mnie, był to jeden z momentów przeznaczonych wyłącznie dla zagorzałych koneserów jej głosu, pochłaniających niczym gąbka każdy kolejny dźwięk. Nie był to koncert, który w szczególny sposób przemówiłby do mojego serca, jednak cenię i szanuję tę Panią za cały dorobek artystyczny i nieustającą sceniczną klasę.

Zza kulis: O Pani Hani złego słowa nie można powiedzieć. Nie nawiązałyśmy żadnej bliższej relacji, jednak
w codziennych kontaktach była niezwykle uprzejma, wielki plus należy jej się za stały promienny uśmiech.

Nadszedł 28 sierpnia. Wszystkie bilety wyprzedane. W Teatrze Atelier im. Agnieszki Osieckiej wybrzmiał ostatni dźwięk. Sezon zakończyliśmy, jakże wyraziście, „Sambą przed rozstaniem”. Publiczność zachwycona. Pożegnalne kwiaty wręczone. Jeszcze tylko chwila na autografy. Jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć. Już rozbłyska flash. Wzruszenie na twarzach. Czas się żegnać. Czas opuścić mury Teatru w nadziei, że spotkamy się ponownie. Za rok. Za dwa. A może wcześniej? Nawiązane w teatrze przyjaźnie są trwałe, nie pokona ich ani odległość, ani czas. Tak więc… do zobaczenia!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany